Klaskali mu nawet Finowie

drukuj
Opracował Henryk Mażul, 18.02.2019

2019 – rokiem stulecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego

W sporcie, żeby dojść do światowych wyników, trzeba trzech podstawowych rzeczy: talentu, silnej woli w dążeniu do celu i lat ciężkiej pracy. Zwłaszcza w sportach wytrzymałościowych cechy wolicjonalne odgrywają ogromną rolę. W biegach na średnich i długich dystansach wcześniej czy później dochodzi do chwil słabości i zwątpienia, w głowie kłębią się myśli: nie tylko, czy dam radę wygrać, lecz czy w tym tempie w ogóle dobiegnę do mety. Przecież już jestem tak zmęczony… Poddanie się takim zwątpieniom – to pewna przegrana.

Janusz Kusociński, złoty medalista Igrzysk Olimpijskich z Los Angeles w roku 1932, w biegu na 10 000 metrów, kiedy to rozprawił się z dominacją fińskich biegaczy na długich dystansach, w ciągu swej kariery biegacza dowiódł, że siłą woli mało który z biegaczy mógł mu dorównać. Charakter, a właściwiej byłoby powiedzieć "charakterek", upór, nieraz – jak to się mówi – ośli, wykazywał już jako dziecko. I tak było aż do przedwczesnej śmierci.
Swoje wspomnienia sportowe Kusociński zatytułował "Od palanta do olimpiady", a powinien "Od wyścigów z końmi i psami". Bo zanim zaczął grać w tę popularną w czasach jego dzieciństwa grę, uwielbiał ganiać się za zwierzętami.
Żywy jak iskra, od najmłodszych lat jest utrapieniem dla rodziców, szczególnie matce, która zajmowała się domem i wychowaniem dzieci. A Kusocińscy mieli trzech synów i dwie córki. Rodzice kilka miesięcy po urodzeniu się Janusza (15 stycznia 1907 roku) przenieśli się do Ołtarzewa. Ojciec, urzędnik kolejowy lubiący wieś, znalazł w podwarszawskiej, wówczas niewielkiej mieścinie, spokój i trochę ziemi pod ogród. Wreszcie miał, co chciał: oazę spokoju.
Janusz, od kiedy mógł bawić się z rówieśnikami, biegał z nimi całymi godzinami. Zdradzał wyraźny pociąg do wyścigów nie tylko z rówieśnikami, lecz też z końmi i psami. Szczególnie te ostatnie przypadły mu do gustu. Tresował je, a małe szczeniaki tak lubił, że sporo czasu spędzał z nimi… w budzie. Trochę starszy wymyka się poza niewielki ogród na pola, gania po łąkach i lasach. Matka nie może sobie dać rady, denerwuje się jego wielogodzinną nieobecnością. Z czasem, nie widząc innego sposobu utemperowania syna, godzi się z jego sposobem bycia.
W nieco późniejszym wieku Janusz bardzo chce dorównać starszemu bratu, uczniowi szkoły Ronthalera, który znakomicie gra w palanta. Zaczyna zapamiętale ćwiczyć, wykorzystuje w tym każdą wolną chwilę. Robi błyskawiczne postępy i bardzo szybko zostaje "matką", który to zaszczyt przypada najlepszym.
Po raz pierwszy i w tak młodym wieku wykorzystuje cechy charakteru, dzięki którym w przyszłości zawojuje świat, choć wtedy nawet nie może zdawać sobie z tego sprawy. Chyba jednak rozumie, że "chcieć – to móc", wystarczy się czemuś poświęcić bez reszty, a można to coś osiągnąć.
Mieszkanie w Ołtarzewie ma swoje plusy, można się wyhasać biegając po okolicy, ale to choć miejscowość bliska stolicy, panują tu zupełnie inne niż mieszczańskie zwyczaje. Dzieci wychowuje się "po wsiowemu", inaczej mówią, ubierają się i zachowują. Manierą chłopców jest nieustanne trzymanie rąk w kieszeniach. Najlepiej po łokcie. Matka próbuje z tym walczyć, lecz bezskutecznie. Wpada więc na "genialny" pomysł i żeby syna nauczyć właściwego zachowania się, zaszywa mu kieszenie we wszystkich spodniach. Janusz nie ma gdzie trzymać chustki do nosa, wyciera więc go ręką bardzo energicznie i to stale w jedną stronę aż uszkadza sobie chrząstkę. Do końca życia zostanie mu nieco skrzywiony nos. Na nic się zdały "korekty" – wycieranie w przeciwną stronę.
Gdy zaczął chodzić do szkoły Nawrockiego, mieszczącej się w Warszawie przy ulicy Marszałkowskiej w pobliżu Ogrodu Saskiego, stracił głowę dla… piłki nożnej. Chłopcy podczas dużej przerwy wybiegali do ogrodu i zapamiętale kopali szmaciankę. Bez względu na pogodę. Powstały dwie drużyny: Polska i Palestyna. 
Nauka zeszła na drugi plan. Rodzice zupełnie nie mieli zrozumienia dla sportu, a że synek nauką się nie przemęczał, stopnie miał mizerne, co powodowało w domu częste połajanki. Na nic się zdawały. Bardziej pociągała go piłka niż polski lub matematyka i wszystkie inne przedmioty.
Po skończeniu trzech klas u Nawrockiego miał przenieść się do innej szkoły. Ale… nie zdał egzaminów.
Po szkole powszechnej rodzice przenoszą go do szkoły ogrodniczej. Tu Kusociński znajduje znacznie lepszy klimat. Na sport nie patrzono bowiem z pogardą jak w "powszechniaku". Jako 15-latek zakłada klub sportowy, oczywiście piłkarski. Niestety, życie jego jest krótkie. Nikt z organizatorów, kolegów, rówieśników nie ma żadnego doświadczenia, jak prowadzić i zarządzać klubem, stąd ten wkrótce jest jedynie wspomnieniem.
Kusociński zapisuje się do kilku klubów, w końcu trafia do C-klasowego "Sarmaty". Piłka zupełnie przewraca mu w głowie, jest ważniejsza od szkoły, dziewczyn. W domu – coraz częstsze awantury, sprowadzające się do pytania: "co z ciebie wyrośnie".
W roku 1925, jako niespełna 18-latek, pokazuje swoją stanowczość, którą w latach późniejszych zadziwi otoczenie. Jak coś postanowi, nie ma odwołania. Po słownym starciu z kierownikiem drużyny piłkarskiej "Sarmaty" rezygnuje z udziału w meczach. Nie pomagają żadne namowy. Ku zdziwieniu profesorów i rodziców bierze się za naukę. 
Zmiana zainteresowania nie trwa długo. Podczas święta klubów robotniczych ulega namowom i staje na starcie biegów sztafetowych, zastępując nieobecnego kolegę. Startuje w jednej z następnych sztafet na 1000 metrów i przybiega najszybciej. Procentuje kondycja zdobyta podczas dziecięcych zabaw i biegania za piłką. Kusociński zaczyna "zdradzać" piłkę i coraz częściej biega. Wprawdzie raczej dla zabawy niż z myślą o przyszłej karierze lekkoatlety.
Bieganie wciąga go coraz bardziej. W roku 1927 zaczyna naprawdę trenować. Nie bardzo wie jak, podpatruje więc zawodników, z którymi spotyka się na zawodach robotniczych. Ku wielkiemu zdziwieniu, przeważnie wygrywa. Zwycięstwa są jednak okupione bólami mięśni nóg. Stara się je bagatelizować, będąc zdania, że powodem jest zbyt lekki trening, mięśnie nie są przyzwyczajone do wzmożonego wysiłku.
Uzyskane wyniki przez młodego biegacza zwracają na niego uwagę działaczy. Zostaje wysłany na igrzyska robotnicze do Pragi. Na 800 metrów przybiega trzeci, na 1500 metrów – drugi. Może miejsca byłyby lepsze, gdyby nie to, że przed startem… napił się piwa. Biegł ociężale, czuł, jak chlupie mu w brzuchu.
W "Sarmacie" nie ma właściwych warunków do treningu. Ani łaźni, ani masażysty. Na szczęście, dostaje się do grupy trenera Aleksandra Klumberga. Dla początkującego biegacza jest on ogromnym autorytetem, poddaje się więc bez dyskusji jego wskazówkom. 
Wiosną 1928 roku bierze udział w Biegach Narodowych, stanowiących okazję do spotkania się z czołowymi biegaczami kraju. Zdobywa mistrzostwo Warszawy. Wciąż odczuwa bóle nóg, a masażysty nadal nie ma. Przegrywa eliminacje do Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie. W biegu na 5 000 metrów nie osiąga minimum 16 minut. 
Dziś taki wynik wzbudza uśmiech, gdyż znacznie szybciej biegają nawet kobiety, ale w tym czasie, przy ówczesnych metodach treningu, umożliwiał start w Igrzyskach. Co gorzej, nabawia się kontuzji ścięgna. Postanawia zmienić klub. Dostaje zwolnienie z "Sarmaty", przenosi się do "Warszawianki".
Na zewnątrz nie okazuje, jakim ciosem było dlań niezakwalifikowanie się do reprezentacji olimpijskiej. Podrażniona zostaje ambicja. Koledzy nie szczędzą drwin. Taki dobry i nie jedzie na Igrzyska do Amsterdamu. Na szczęście, "Kusy" jest typem człowieka, którego niepowodzenia nie załamują, a przeciwnie mobilizują do pracy.
Zaczyna więc trenować rano i po południu. Wciąż uczy się w szkole ogrodniczej. Dociąga do ostatniej klasy, głównie z obawy przed ojcem. Koledzy trochę kpią z niego, że nie interesuje się dziewczynami, nie przychodzi na potańcówki. Uczy się tańczyć, zaczyna chodzić na wieczorki. A to za mało, aby zwrócić uwagę pensjonarek, tym bardziej, że nie grzeszy urodą. Jest uparty i wkrótce staje się dobrym tancerzem. Na finiszu szkoły mobilizuje się do nauki. Zdaje egzaminy, dostaje dyplom.
Zazdrości tym, którzy znaleźli się w reprezentacji olimpijskiej. Ale cieszy się z pierwszego złotego medalu dla Polski, jaki wywalczyła w Amsterdamie Halina Konopacka w rzucie dyskiem, a swą supremację przypieczętowała rekordem świata. Nie wiadomo, czy ten bezprzykładny triumf, którym zachwycał się cały kraj, entuzjastycznie opisywała prasa, nie jest zapowiedzią równie błyskotliwego sukcesu Kusocińskiego cztery lata później w Los Angeles. Może postanawia, że nie będzie gorszy. A jak na coś się uprze, nie ma siły, która by go od tego odwiodła.
Ma dopiero niespełna 22 lata. Zaciska zęby, realizuje wskazówki trenera polskich lekkoatletów, Estończyka Aleksandra Klumberga. Wpada ponadto na niezwykły pomysł. Zawiesza w pokoju na sznurze rower i pedałuje w powietrzu przez godzinę dziennie. Przed południem biega na przełaj, po południu jeździ do Warszawy i na bieżni trenuje przyśpieszenia. Między jednym a drugim biegiem wypoczywa w marszu. Interwałowa metoda przynosi pożądane efekty. Koledzy z klubu nie wytrzymują tak intensywnego obciążenia, ćwiczy więc sam. Rodzice w dalszym ciągu nie rozumieją jego pasji. Zajęty pracą ojciec nie może poświęcić tyle czasu na krzątaninę w ogrodzie, właściwie w gospodarstwie, a tymczasem syn, zamiast pomóc, hasa w najlepsze po polach.
Im więcej biega, tym większy odczuwa ból nóg. Uważa, że najlepsze lekarstwo to… biegać jeszcze więcej. Zwiększa więc dawkę treningową: 4-10 kilometrów przed południem po polach; po południu ćwiczy natomiast szybkość na bieżni w Warszawie. I bóle ustępują.
Postanawia pokazać, co potrafi. W obecności Klumberga biegnie na 5 000 metrów, a że uzyskuje czas poniżej 16 minut, zyskuje możliwość sprawdzenia się na tym dystansie podczas mistrzostw Polski.
Po strzale startera natychmiast obejmuje prowadzenie. Gdy Marian Sarnacki i Stefan Szelestowski depczą mu po piętach, zwiększa tempo. Nie odczuwa zmęczenia, rywale odpadają, on natomiast przyspiesza. Na 200 metrów przed metą zaczyna finisz. Wygrywa, a uzyskany czas – 15 min 41 sek. jest nowym rekordem Polski. Sukcesowi towarzyszy wielki entuzjazm publiczności, gratulacje kolegów, Klumberga.
W domu nie mogą zrozumieć jego radości. Ani tego, że parę dni później będzie reprezentować Polskę w meczu z Czechosłowacją. W Pradze wypada rewelacyjnie, śrubując na dystansie 5 000 metrów własny rekord Polski – 15.34.0.
Jesienią zostaje wcielony do wojska. Służbę odbywa w batalionie administracyjnym 4. kompanii na Pradze. Nie może racjonalnie trenować, jest zmęczony i zaabsorbowany obowiązkami. A jednak startuje. Do historii przechodzą jego pojedynki z przybyłym z Łotwy Stanisławem Petkiewiczem. Większość z nich przegrywa na finiszu.
W polskim sporcie nie ma podobnego przykładu niechęci, wprost nienawiści, jaką nawzajem odczuwali i czego wcale nie kryli obaj biegacze. Kusociński nie może się pogodzić z przegranymi na końcowych metrach, zdaje sobie sprawę, że musi jeszcze popracować nad szybkością, ale jest w wojsku, prawie nie trenuje. Co gorsza, z powodu przemęczenia mięśni postanawia nie startować do końca sezonu. Ale jakaś siła ciągnie go na bieżnię wbrew rozsądkowi. Za każdym razem nadweręża ścięgna i mięśnie, musi przeleżeć kilka dni w szpitalu, co wzbudza niezadowolenie wojskowego przełożonego, który nie chce go skierować do szkoły podoficerskiej. 
Przeżywa depresję, pogłębianą przez śmierć młodszej siostry. Samopoczucia nie poprawia zgoda kapitana na szkołę podoficerską. Zaczyna pić. Chwila słabości czy koniec świetnie zapowiadającej się kariery? Na szczęście, przychodzi opamiętanie. Wiosną następnego roku jest jednak bez formy. W biegu na przełaj w Łodzi metę mija dopiero jako trzeci. Mimo wkładanego wysiłku forma nie wraca. Przegrywa bieg za biegiem. Jest zrozpaczony, ale nie upada na duchu. Trenuje jeszcze intensywniej niż kiedykolwiek. Podczas trójmeczu Polska – Litwa – Łotwa w Rydze w czasie biegu na 10 000 metrów nogi odmawiają posłuszeństwa, kuleje, powinien zejść z bieżni, ale koledzy dopingują: "Kończ! Musisz! Inaczej przegramy!".
Diagnoza lekarska: zapalenie ścięgien z powodu przemęczenia. Szpital, leżenie, nuda. Jedyna osoba, która go odwiedza – to matka. Po trzech tygodniach może się podnieść. Chodzi o lasce. Dostrzega pełne litości wymowne spojrzenia "mistrz się skończył", które wytrącają go z równowagi. "Nie dam się, pokażę jeszcze, co potrafię" – wmawia sobie setki razy dziennie. Zaczyna bardzo ostrożnie trenować. Z upływem czasu czyni to coraz bardziej intensywnie. Przygotowuje się do mistrzostw armii. Ale trening pogarsza stan nóg. Lekarze zabraniają startów. Kolejny raz ulega namowom i startuje. A skutek? Leczenie musi rozpocząć od nowa.
Po przerwie, jak kilkakrotnie w przeszłości, wznawia trening od początku. Odnowa, jak byśmy dziś powiedzieli, łaźnie, masaże przynoszą rezultaty. Wraca do formy, intensywnie trenuje szybkość na bieżni. I są rezultaty. Po raz pierwszy wygrywa z Petkiewiczem jego własną bronią: spurtem na finiszu. Triumf pogania triumf. Sezon 1930 kończy rekordem Polski na 1500 metrów – 3.52,0, na 10 000 metrów osiąga wynik – 31.39,8, czwarty wśród najlepszych na świecie. 
31 lipca 1932 roku, broniąc barw Polski w Igrzyskach Olimpijskich w Los Angeles, na Stadionie Coliseum Janusz Kusociński odnosi życiowy sukces. W biegu na 10 000 metrów minął metę jako pierwszy, uzyskując czas 30.11,4, zmuszając do oglądania pleców całą światową czołówkę z faworyzowanymi Finami Laurim Virtanenem i Volmarim Iso-Hollo na czele. Wygrał, choć z powodu źle dobranych pantofli miał boleśnie startą stopę, z której lała się krew. Ból był tak wielki, że chciał nawet zejść z bieżni, na co nie pozwolił mu hart ducha i ambicja, nakazujące wykorzystanie szansy zapisania się w poczet mistrzów olimpijskich. Zwycięstwo było tym bardziej spektakularne, gdyż, choć legendarny Paavo Nurmi zdyskwalifikowany przez IAAF za przekroczenie praw amatorskich nie wystartował, znaczyło przerwanie niepodzielnej od roku 1912 hegemonii biegaczy tego północnego kraju na długich dystansach.
– Zaraz po zwycięstwie usiadł na trawie. Gdy zrzucił pantofle, można było widzieć przez lornetkę z naszej prasowej loży, że nogi ma całe w bąblach podeszłych krwią – tak złoty bieg Janusza Kusocińskiego wspominała dziennikarka Kazimiera Teofila Muszałówna.
W Los Angeles polski biegacz ustanowił też dwa rekordy świata na 3 000 m (19 czerwca 1932, czas – 8.18.8) i na 4 mile (30 czerwca 1932, czas – 19.02.6).
"Hurra! Kusociński mistrzem Olimpiady – donosił zaraz po tym sukcesie "Przegląd Sportowy". – Janusz Kusociński we wspaniałym biegu rozbił w zarodku koalicję Finów Iso-Hollo i Virtanena, otrząsnął się z pod jej naporu już w połowie biegu i zmusił do rozpaczliwej walki obronnej, z której wyszedł zwycięsko we wspaniałym stylu, ustanawiając nowy rekord olimpijski – 30.11,4, gorszy o sześć sekund od rekordu światowego, a lepszy od rekordu Polski. Wśród niemilknących owacji sztandar Polski wjeżdża na maszt, a orkiestra gra Mazurka Dąbrowskiego".
Nie trzeba mówić, że triumf ten z nawiązką kompensował jego dotychczasowe wyrzeczenia. Miał prawo dać unieść się sławie, jaka nań spłynęła. Gdy miesiąc później olimpijczycy dopłynęli na pokładzie "Pułaskiego" do Gdyni, a następnie złoty medalista dotarł do Warszawy, na Dworcu Głównym witał go tak rozemocjonowany tłum, że mistrz znów musiał wykazać się talentem biegowym, aby… schronić się w komisariacie policji. 
Amerykański sukces przekłada się na rozległą rozpoznawalność "Kusego" w kraju. Ten skromny chłopak z miejsca staje się bywalcem salonów. O jego przyjaźń zabiegają największe tuzy ówczesnej Warszawy. Mimo braku aparycji amanta przykuwa uwagę wszystkich dziewczyn w stolicy. W nagrodę za osiągnięcia prezydent Mościcki przyznaje mu mieszkanie w Łazienkach Królewskich.
Rok olimpijski zakończył Kusociński na następujących miejscach w tabelach europejskich: na 10 000 i 3 000 m – na pierwszych, na 5 000 m – na czwartym, na 1500 m – na trzecim. Wydawało się, że kolejne sukcesy – to tylko kwestia czasu. Może już w następnym sezonie. Miał przecież dopiero 25 lat. 
Pech prześladuje go nadal. W styczniu 1933 roku skręca nogę w kostce i kolanie. Na pozór banalna kontuzja okazuje się bardzo poważna. Aż trzy lata spędza w sanatoriach i salach operacyjnych, co przekreśli jego start w berlińskich Igrzyskach Olimpijskich. Doszedłszy do pełni zdrowia, szykuje się do następnych w roku 1940 w Helsinkach. 
Sportowiec dobrze wykorzystał okres przerwy w startach. Pomimo częstych kuracji, wyjazdów i pobytów w sanatoriach, zdołał zdać maturę oraz ukończyć Centralny Instytut Wychowania Fizycznego (dzisiejsza AWF w Warszawie). Współpracował z gazetami sportowymi m.in. jako redaktor naczelny "Kuriera Sportowego". Wydał swoje wspomnienia "Od palanta do olimpiady".
W 1938 roku mało kto wierzył, że po tak długiej przerwie 31-letni już lekkoatleta powróci na bieżnię. Jednak rok 1939 przyniósł pierwsze efekty jego morderczej pracy, dwukrotnie poprawione rekordy Polski na 5 000 m w Helsinkach i Sztokholmie.
– Wszyscy, którzy znali Kusocińskiego, byli przekonani, że ponownie odegra wielką rolę na Igrzyskach Olimpijskich w Helsinkach w 1940 roku – wspominał publicysta Lesław Bartelski.
"W 1939 roku rozpocząłem na nowo i od początku życie zawodnicze, życie człowieka lekkoatlety, który już tyle doświadczył. W wyniku tych doświadczeń postanowiłem raz jeszcze popracować nad sobą i do igrzysk w Helsinkach przygotować się tak samo jak do olimpiady w Los Angeles przed siedmiu laty. To jest mój cel, jeśli chodzi o karierę sportową" – pisał Janusz Kusociński w "Przeglądzie Sportowym" 17 sierpnia 1939.
Wybuch drugiej wojny światowej przekreśla wszystko. Gdy we wrześniu 1939 roku Niemcy atakują Polskę, zgłosił się jako ochotnik do wojska. Został wcielony do kampanii karabinów maszynowych II batalionu 360. pułku piechoty. W czasie kampanii wrześniowej brał udział w obronie Warszawy, gdzie odznaczył się dużym poświęceniem i męstwem. Dwukrotnie ranny otrzymał nawet Krzyż Walecznych, przyznany mu przez dowódcę obrony stolicy gen. Juliusza Rómmla.
Okres okupacji był trudnym czasem dla polskich sportowców. Niemcy zlikwidowali kluby sportowe, zawiesili rozgrywki i zakazali Polakom uczestnictwa w zawodach. Kusociński musiał znaleźć nowe zajęcie, które pozwoliłoby mu na regularne zarobkowanie. W okupacyjnej rzeczywistości o zatrudnienie nie było łatwo, a sytuacja często wymagała szybkiego przekwalifikowania się i dostosowania do trudnych warunków. 
Sportowcy imali się więc różnych zajęć. Kusociński zdecydował się na pracę kelnera w barze "Pod Kogutkiem", zlokalizowanym przy ul. Jasnej w Warszawie. Korzystając ze sprzyjających warunków lokalowych, zdecydował się na wsparcie coraz prężniej działającego polskiego podziemia. Wszedł w skład Związku Walki Zbrojnej (w 1942 roku organizacja ta przekształciła się w Armię Krajową) oraz Organizacji Wojskowej "Wilki", gdzie otrzymał pseudonim "Prawdzic". W konspiracji awansował do stopnia kapitana. Pracę "Pod Kogutkiem" wykorzystywał do bieżącej działalności niepodległościowej, starając się kolportować materiały ZWZ oraz informacje o rosnącym w siłę polskim podziemiu. Cechowała go niezwykła aktywność, podobnie jak w czasie kariery sportowej, gdy z ogromnym zapałem oddawał się treningom.
Siostra Janina Kusocińska-Czaplińska wspomina: "Był nieostrożny. Już po wydaniu przez Niemców zarządzenia o oddawaniu aparatów radiowych, przewoził z moim mężem radio, wcale się tym nie kryjąc. Wszelkie przestrogi zbywał uśmiechem: "Co mi tam zrobią"?
Uważał, że Niemcy, mający szacunek do sportowców, skoro zaprosili go na Igrzyska do Berlina w 1936 roku, gdy nie mógł startować, nie snują niecnych zamiarów. Nie przestrzegał zasad konspiracji, zbyt często wypowiadając to, co myślał.
26 marca 1940 roku został aresztowany przez gestapo w bramie domu przy ulicy Noakowskiego 16, gdzie mieszkał i osadzony w więzieniu na Rakowieckiej. Podczas przesłuchania był bity i torturowany. Nie wydał nikogo. Dwa tygodnie spędza w kazamatach przy alei Szucha. Milczy. Ma odbite płuca i nerki, wybite zęby. Kolejny etap gehenny – więzienie na Pawiaku. Przetrzymywany jest o głodzie ze skutymi rękoma i nogami. 21 czerwca wraz z innymi współwięźniami zostaje wywieziony na polanę w Palmirach, gdzie zdążono już wykopać rowy, a pluton egzekucyjny repetował broń…
Strzały oprawców przerwały życie tego świetnego biegacza, który obok Stanisławy Walasiewiczówny należał do najwybitniejszych sportowców Polski trzeciego dziesięciolecia ubiegłego wieku. Historycy przypuszczają, że "Kusy" mógł uniknąć śmierci, gdyby zgodził się zostać trenerem lekkoatletów niemieckich. Takie propozycje były składane m.in. Bronisławowi Czechowi, który odmowę przypłacił wywózką do Oświęcimia. Fakt, że Kusociński nie dał się złamać gestapo, świadczy o odwadze najwyższej próby. Czym innym jest przecież walka z własnymi słabościami na stadionie przy wiwatującym tłumie, a czym innym znoszenie w odosobnieniu tortur nazistowskich zwyrodnialców.
Niezwykle cieszy, że postaci spoczywającego w warszawskich Palmirach Janusza Kusocińskiego, wielkiego sportowca, ale jeszcze większego patrioty, nie przykrywa kurz historii. Patronuje bowiem w nazwie szkołom, ulicom, obiektom sportowym na terenie całego kraju, "spogląda" z pomników. Ponadto, poczynając rokiem 1954, co roku odbywa się memoriał oraz przyznawana jest nagroda jego imienia.
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 7/2019

KALENDARZ "M.W." NA DRUGIE PÓŁROCZE

SERCU BLISKIE ROCZNICE

  • Wolność mierzyli krzyżami
  • Orzeł Biały z Pogonią się zbratałi

POLITYKA

  • Na bieżącoi

 NASZA WIARA

  • Wakacje – czasem pielgrzymowania
  • W hołdzie Chrystusowej golgocie

POZNAJMY POLSKĘ

  • Konkurs Instytutu Polskiego w Wilnie
  • Swarzewo – "Kaszubska Częstochowa"

SPORT

  • Nigdy na deskach

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach "na saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O mowie

Nasza księgarnia

Stanisław Moniuszko w Wilnie
Wilno po polsku

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie

Wiadomości (wp.pl)