Krótkie szczęście małżeństwa Sierakowskich

drukuj
Alwida Antonina Bajor, 11.12.2019
Fot. Slawomir Subotowicz. Krzyż, upamiętniający miejsce kaźni powstańców styczniowych na placu Łukiskim w Wilnie

15 sierpnia urządzają w Wersalu zabawę zwaną "Wielkimi wodami", dla zabawienia się razem, polskie towarzystwo zajęło dla siebie kilka wagonów. Coś w maszynerii zepsuło się, odłożono oświetlenie wodotrysków na kilka godzin, o czym zapomniano zawiadomić stację paryską.
Po zabawie towarzystwo rozpierzchło się po parku, po polach Trianon (część parku wersalskiego – uw. A. A. B.), w końcu znalazło się na stacji trochę zmęczone samą zabawą i oglądaniem pałacu, galerii obrazów i innymi osobliwościami. Wszyscy jednak byli w jak najlepszym usposobieniu. Zygmunt wesół śmiejąc się, żartując postanawia wsiąść tylko do takiego przedziału, gdzie wszyscy będą młodzi, i gdzie wszystkie twarze będą mu sympatyczne. Już trzy razy za otwarciem drzwiczek woła: "Nie, nie tutaj! Idźmy dalej!". W końcu wskakujemy oboje. Wszyscy tu młodzi i weseli, jak my. Zygmunt rozbawiony przechyla się ku mnie ze słowami, tak często wymawianymi przez dzieci: "Co byś robiła w podobnym…". Nie dokończył. Rozległ się krzyk, nie jęk, ale tylko z setek piersi olbrzymie "Ach!". Później cisza – zupełna ciemność. Wagon nasz przewrócił się oknem do ziemi, przy którym siedziałam. Zygmunt jak zawsze nie myśli o sobie, osłania mnie, podtrzymując całą siłą ciężar ośmiu osób wyrzuconych ze swych miejsc. Szczęściem wszyscy młodzi, silni, już się wspinają na wierzch wagonu przez drugie okno, czepiając się półek, siatek itd. Dwunasta godzina o północy, ani jednego światełka. Lampy i latarnie pogasły. Ciemność zupełna. Po szumie drzew można się tylko domyślić, że jesteśmy w lesie. Wydostaliśmy się przez okno, pomimo nawoływań "Ne vous bongez pas! Ne vous bongez pas!". ("Nie ruszajcie się z miejsc! Nie ruszajcie się!"). Teraz słyszymy z pewnej odległości jęk i wołanie o ratunek. Służba kolejowa biegnie wzdłuż linii wołając: "Les medecius! Les medecius au secours!". (franc. "Lekarze, lekarze na pomoc!").
Wagony zwarły się. Nasz manewrował jeszcze. Kiedy kurier z Paryża wpadł, przeciął łańcuch, jedne wagony spiętrzył, inne zmiażdżył lub przewrócił tylko.
Szesnaście wagonów z podróżnymi rozbitych.
Zygmunt zostawił mnie pod drzewem, a sam pospieszył z innymi na ratunek: ratować, wydobywać, przenosić. Jakiś Anglik pospieszył na miejsce wypadku z prośbą o pomieszczenie rannych w jego blisko mieszczącym się pałacu. Oświetlono pałac cały. 
Nie będę opisywała całej grozy i scen rozdzierających. Polskie towarzystwo ocalało, prócz nieszczęśliwej pani Ciechanowieckiej, która jakoby miała obie nogi oderwane.
Nieraz później w ciężkich, bolesnych godzinach życia myślałam, dlaczego wówczas nie zginęliśmy oboje razem? Wagon nasz był pierwszym obok zmiażdżonych. Zygmunt otwierał (drzwi do wszystkich innych) i omijał – dlaczego i na co była potrzebna obojgu późniejsza męczarnia?
W Paryżu mieszkali w angielskim hotelu pani Boys przy ulicy Colisie 7. Mieszkali tu cały miesiąc, zapoznali się i zaprzyjaźnili z licznymi angielskimi rodzinami. Pod koniec pobytu musieli się z sobą rozstać. Zygmunt wybierał się w dalszą podróż – tym razem wyłącznie służbową, ona – musiała wracać do Wilna.
W przeddzień wyjazdu mego do Wilna, a Zygmunta do Algieru, chcieliśmy oboje razem załatwić niektóre sprawunki jako dowód pamięci dla rodziny i przyjaciół. W jednym ze sklepów czy zgubiłam, czy mi ktoś wyjął portmonetkę z kieszeni, w której była obrączka zbyt luźna na palcu po chorobie. Wsiadając do powozu, z przerażeniem spostrzegłam zgubę. Przesądni Litwini uważają to za smutną wróżbę. Zygmunt zwykle żartował ze wszystkich przesądów i wróżb, tym razem wyraz jego twarzy zmienił się w jedno mgnienie oka. Uspokajał i pocieszał mnie. Wszelkie poszukiwania, ogłoszenia przez policję i gazety, ofiarowanie hojnej nagrody okazały się daremnymi. Kazaliśmy zrobić drugą obrączkę. Prosiłam, więc udaliśmy się do kościoła św. Magdaleny, ślubując tam przed ołtarzem, już nie do śmierci, ale dochować wiary i po śmierci (podkreśl. moje – uw. A. A. B.).
Zakamuflowana jakaś sprawa "z tym ślubem", jakby po trosze dziecinne tłumaczenie się – jej – w później spisanych wspomnieniach, oraz Zygmunta – w jednym z jego listów pisanych niebawem do niej, do Wilna. Zakamuflowana – wobec lakonicznego urzędowego dokumentu: w raportach resortu wojny zachowała się notatka o ślubie Zygmunta Sierakowskiego w Paryżu.
W nawiązaniu do wydarzenia ze "zgubioną" obrączką i dziwnego ślubu w Paryżu, Apolonia, kontynuuje wątek "złej wróżby", przywołując zachowany w pamięci "obrazek" jej rzekomego ślubu w Kiejdanach. (I – nigdzie, nigdy o autentycznym ich ślubie w Wilnie, w kościele śś. Janów). "Obrazek kiejdański" grzeszy jeszcze większą "literackością" z regionów wyobraźni, bowiem ten, kto zna Kiejdany – nie nazwie olbrzymiego w tym mieście rzymskokatolickiego kościoła farnego pw. św. Jerzego, usytuowanego na wysokim wzniesieniu nad Niewiażą, "kościółkiem". Jest to kościół-warownia, kościół-zamek, ogromny, zbudowany z czerwonej cegły przez Krzyżaków w 1403 roku. (Kościół ten ma ponad metrowej grubości ściany, wzmocnione przyporami).
Trudno jest dociec, dlaczego po latach (przypomnę – wspomnienia spisywała w 1913-1915) Apolonia z Dalewskich Sierakowska konsekwentnie przemilcza swój pierwszy ślub, który się odbył w wileńskim kościele śś. Janów.
Zwraca uwagę, że "ślub" w Kiejdanach Apolonia opisuje w drugiej osobie. Ktoś, ale nie ona – obserwuje ten "ślub", ktoś go relacjonuje. 
Zgubiona obrączka była według Litwinów drugą złą wróżbą. Pierwsza była w dzień ślubu, który się odbył w kościółku farnym w Kiejdanach, na Żmudzi. Po dokonanym akcie Zygmunt ujął ramię żony, aby z nią wyjść z kościoła. Dzień był pochmurny. Kiedy już byli pośrodku kościoła, służba kościelna rozwarła szeroko drzwi przed młodą parą. W tej chwili spoza chmur padł jasny snop promieni na nich oboje, po czym znowu słońce skryło się za chmury, a gdy wyszli z kościoła spadł deszcz rzęsisty, przy przebłysku promieni słonecznych. Z tłumu ludu zalewającego górę, na której wznosi się kościół, odezwały się głosy zabobonnych Żmudzinów: "Bóg promieniami swymi błogosławi, szczęśliwie żyć będą, ale krótko! Deszcz z promieniami, to łzy na całe życie z przeznaczeń nieba". Oboje to słyszeli. Zygmunt przytulił mocniej ramię żony. Szedł wpatrzony przed siebie, schodząc rzekł tylko: "Niech się dzieje wola Boża – byle nie z naszej winy".
(…)
Matka nasza ze Stefanową Gieysztorową przyjęła nas na ganku chlebem i solą. A ci wszyscy, którzy zasiedli z nami spożyć pierwszy obiad, jakiż smutny, straszny był ich koniec po upłynionym roku.
Matka nasza z młodszymi siostrami zesłana za granicę Syberii. Julia z Dalewskich Berkmanowa (poszukiwana przez Murawiewa jako Julian Dalewski, komisarz Kowna, więziona wraz z mężem przez dwa lata), wywiezieni oboje do Wiatki; Franciszek Dalewski na Sybir na 20 lat katorgi; Konstanty Dalewski rozstrzelany; Tytus Dalewski rozstrzelany; Jakub Gieysztor na Sybir; Szyling zabity w powstaniu; ks. Mackiewicz, który dnia tego przybył do Berkmana, zatrzymany na obiad, powieszony; Konstanty Kalinowski rozstrzelany (powieszony – uw. A. A. Bajor). Trzech Gieysztorów synów Stefana zabitych, czwarty zesłaniec na Sybir Czapski (Marian hrabia Hutten-Czapski – właściciel Kiejdan – uw. A. A. B.) do ciężkich robót na Sybir. Jeden tylko przybyły z Petersburga Jan Staniewicz ocalał. 
Wszystkie te wspomnienia, bez świadomości przyszłych strasznych losów, z dnia ślubu, stanęły przed oczyma naszej wyobraźni. I ten mały w Kiejdanach domek (Strabejków) otoczony drzewami, podwórko z klombami różnobarwnych kwiatków, wielka gościnność i serdeczność Berkmanów przy ugaszczaniu rodziny przez tydzień; radość Zygmunta z możności spędzenia kilku dni wśród lasów, pól i ludu wiejskiego, oraz obywatelstwa z majątków sąsiedzkich; ich gościnność i uprzejme przyjęcia, wiara i uznanie mu okazywane (podkreślenie moje, z uwagą: wierzyli w niego, już wiedzieli – kim na tych terenach będzie w kwietniu 1863? – A. A. B.).
Przypomniały się nam nasze wycieczki do wspaniałych borów; najczęściej zostawialiśmy powóz na skraju lasu, a sami zagłębialiśmy się, rozkoszując się szumem drzew, widokiem przepysznych paproci i szmaragdowych polanek. Wszystko to przeżyliśmy raz jeszcze, idąc Placem Rewolucji na ulicę Colisie.
Dnia następnego przeprowadzona przez Zygmunta i pana Włodzimierza Milowicza podążyłam do Wilna.
Trzy miesiące później – jego list do niej, do Wilna…
Afryka. Algier 1/13 listopada 1862 roku. Wieczór przed północą. 
Moja Najmilsza! Moja Najdroższa! Przyczyna wszystkich zgryzot i niepokojów moich!
I tak odebrałem dziś na koniec pierwszy list od Ciebie, pierwszy list od żony!
Ten list zrobił na mnie takie wrażenie jak pokarm posilny dla człowieka umierającego z głodu. Jestem rad, szczęśliwy, ale przy tym tak wzruszony, że jeszcze nie przyszedłem do normalnego stanu. Gdybyś często, gdybyś co dzień pisywała listy, zapewne odbierałbym je bez takiego wzruszenia, jak teraz. Przyzwyczaiłbym się nawet do nich, byłyby one dla mnie chlebem powszednim – zwyczajną rzeczą – jak modlitwa codzienna. A właśnie listy żony, bodaj, że powinny być taką modlitwą, taką osłodą i pociechą codzienną. Teraz jam, jako nie tyle twój mąż dzielący wszystko z Tobą, raczej kochanek – ja drżę od wzruszenia, jestem ciągle w stanie wytężenia – i oczekiwania. A ty chcesz, żebym był zdrów, silny i dzielny. Od Ciebie to zależy – dawaj mi co dzień natchnienie – bądź moim aniołem stróżem – a będę zdrów, silny i dzielny.
Mnie miło, mnie błogo, jak do Ciebie choć słów kilka nagryzmolę. Przy tym mam zawsze Tobie tyle do powiedzenia.
Dziś czytałem kilka razy list Twój i wczoraj odebraną depeszę. Porównywałem w myśli – liczyłem dni i godziny. Telegram Twój wysłany do mnie 30 października/11 listopada do 7. Wiesz co było trzy miesiące temu? Jechaliśmy do Kościoła, żeby ślubować żyć i umierać razem! Czyż to nie dziwny traf. Ani ja, ani ty zapewne, wysyłając telegram nie myślałaś o tym.
To wszystko co mówisz i piszesz o Polci (podkreśl. ręką Zygmunta – uw. A. A. B.) – to bardzo miłe – bardzo (podkreśl. ręką Zygmunta) – nawet za szyję ją obejmujesz i pieścisz i nazywasz swoją – najbliższą!! Mówisz, że nie wątpiłaś nigdy, że się zobaczymy. Moja Najdroższa i ja nie wątpię. Trzy miesiące temu obiecaliśmy sobie "nie opuścić aż do śmierci" – już przed rozstaniem w Paryżu – powiedzieć sobie "nie opuścić i po śmierci". Wszak Bóg da – tak będzie, Polciu?! Czeka nas piękna przyszłość. Przyszłość do nas należy.
Mimo wszystkich trosk i niepokojów i zgryzot dobrze to kochać – dobrze mi z Tobą moja śliczna, miła, jasna.
Błogo mi myśleć i o Tobie i o Twoich oczkach i o Twoich włoskach i rączkach i o Twojej przeczystej duszy i prawym sercu i jasnej główce i zdrowej radzie, którą w najważniejszych kwestiach można od Ciebie zasięgnąć. Ucz się Ty teraz od mamy tych drobnych codziennych kwestyj, których znajomość jest koniecznie potrzebną. Ucz się gospodarstwa, zaglądaj do kuchni. (podkreśl. ręką Zygmunta – uw. A. A. B.). Ucz się porządek robić w domu. Mama będzie najlepszym dla Ciebie przewodnikiem. Wszak to nie przeszkodzi Tobie czytać, grać, śpiewać i radzić. Kodeks Karny jest więcej prozaiczną i uciążliwą rzeczą niż gospodarstwo domowe (podkreśl. ręką Zygmunta – uw. A. A .B.) lub kucharka podręczna, a jednak on w dzisiejszym stanie społeczeństwa jest koniecznie potrzebnym – i widzisz – Twój Zygmunt musi nim się zajmować i zajmuje się.
W liście tym pobrzękują odniesienia do spraw pracy konspiracyjnej na rzecz wyzwolenia ojczyzny. Bez większych wątpliwości można się domyślić, o jaką to POLCIĘ chodzi, którą żona Apolonia nawet "za szyję ją obejmuje i pieści i swoją nazywa". Podobnie z tą KUCHNIĄ i GOSPODARSTWEM DOMOWYM – wyraźnie organizacją konspiracyjną nazwaną już komitetem (A nazywa się on Prowincjonalny Komitet Litewski (czerwony), czyli Prowincjonalny Rząd Tymczasowy na Litwie i Białorusi).
Zaleca Zygmunt żonie radzić się matki. Dominika Dalewska dzielnie sekundowała w sprawach konspiracyjnych zajmującym się nimi synom i córkom, pomagała im w tym. Tak ich wychowała – w duchu nieprzejednania wobec nieprzyjaciół zaborców.
Pisał do żony umówionym językiem Ezopa, by baczny cenzor nie zrozumiał o co chodzi. "Kuchnia", "gospodarstwo domowe"... Nie o kuchmarzenie chodziło... Stać go było na utrzymanie rodziny, domu, kucharzy, pokojówek... W podróży, którą niedawno odbył z żoną, towarzyszył im (jak będzie wspominała Apolonia) nasz poczciwy służący stary Piotr...
"Polcia" – Polska...
Przed tą podróżą zagraniczną latem 1862 Zygmunt Sierakowski przebywał nie tylko na Litwie, ale i na Podolu, na Ukrainie. W Wilnie odbył stanowczą rozmowę z przedstawicielami "czerwonego" Prowincjonalnego Komitetu Litewskiego, a potem w Warszawie przedstawił członkom Komitetu Centralnego Narodowego, czyli ówczesnej władzy "czerwonych" całą grozę przedwczesnego wybuchu powstania. Wysyłał w tym czasie do Londynu swego kuriera z odpowiednimi poleceniami. Oczywiście – głównie do Aleksandra Hercena i osób z jego kręgu. (Hercena poznał Sierakowski w czasie swego pobytu w Londynie już wcześniej, bo w 1860 roku). We Francji spotykał się, rozmawiał z cesarzem Napoleonem oraz jego żoną, cesarzową Eugenią. Od wszystkich słyszał to samo: Za wcześnie! Poczekać!
Komitet Centralny Narodowy w Warszawie zapewniał go, że powstanie wybuchnie za rok lub za dwa lata, ale Sierakowski, baczny obserwator nastroju ulicy, środowisk, człowiek będący żywym strumieniem intuicji i świadomości – czuł, przewidywał, że "ten pęcherz pęknie" (według słów Wielopolskiego) i że już nie tylko partia "białych", ale i "czerwonych" nie będzie w stanie wybuchu powstrzymać. Na pewno musiał także wiedzieć o zapiekłym wzajemnym zwalczaniu się "białych" i "czerwonych" i że "czerwoni" niewątpliwie nie tylko nie powstrzymają tego wulkanu, ale są gotowi w każdej chwili go rozpalić. Wystarczyła nawet krótka rozmowa z gorącym studencikiem, poetą, czołowym prowodyrem Komitetu – 23-letnim Stefanem Bobrowskim, żeby się o tym przekonać. Myśli o wyrokach, które zapadły na zamachowców z "Koła sztyletników" warszawskich "czerwonych", nie opuszczają go i teraz, gdy przymierza się do napisania kolejnego listu do żony.
W tym Wilnie jeszcze trzy miesiące temu Sierakowski spotykał się z ludźmi z Prowincjonalnego Komitetu Litewskiego, z ich władzą, partią "czerwonych". Przedstawił wtedy strategiczny plan powstania. Miało wybuchnąć na Żmudzi, bo tam drogą morską miano dostarczyć broń. Następnie powstanie miano rozszerzyć na Wileńszczyznę i Grodzieńszczyznę oraz zdobyć Dyneburg. Dyneburg – to był nader ważny węzeł komunikacyjny, aby powstrzymać szybki przerzut wojsk rosyjskich do Królestwa.
Na Litwie nie było tak wielkiego rozłamu w narodzie jak w Królestwie. Mimo miana partii Białej i Czerwonej, była tam jedna tylko patriotyczna, nie wyłamująca się dotąd z ogólnego kierunku. Obywatelstwo, włościanie środkowych guberni, rzemieślnicy, młodzież akademicka i szkolna poddawała się chętnie temu kierunkowi – z początku Komitetu Centralnego, a potem Wydziału Litewskiego – napisze później Apolonia Sierakowska. A w innym miejscu:
Miano partii Czerwonej (albo tzw. Ruchu) nadawano przeważnie młodzieży rwącej się do natychmiastowego powstania, obwiniającej Wydział Litewski o zbyteczną szkodliwą zwłokę, o niekorzystanie z ogólnego nastroju. Na Litwie nadawano miano partii Białej tym, którzy uważali za niezbędną pracę przygotowawczą, pokojową poprzez szerzenie pojęć pracy, wiedzy, moralności, zjednoczenia w dążeniach ku wspólnemu celowi wszystkich warstw i wyznań.
Czego przykładem mogli służyć jej bracia. Starszy Franciszek był orientacji białej, młodsi Konstanty i Tytus czerwonej; działali zgodnie na rzecz wspólnej sprawy. Sierakowski najwyżej cenił Franciszka.
...Teraz Sierakowski tkwi wciąż w Algierii. Pracuje tu dużo, zwiedza zakłady karne, a przy "tym temacie" takoż klasztor trapistów. Dzieli się z żoną wrażeniami. 
Wczoraj zrobiłem wycieczkę konną o 3 mile od Algieru do klasztoru trapistów. Trapiści są to ci sami bielańscy kameduli, tylko pożyteczniejsi, bo kameduli zajmują się wyłącznie kontemplacją i ogródkiem. Tu panowie trapiści uprawiają ziemię i mają wyrobne rękodzielnie etc. Ogromna ich ferma jest wzorową. Trapiści ani słowa nie mówią między sobą – zaręczają, że 20 lat nie przemówili jeden do drugiego. Ale ojciec oprowadzający podróżnych (hotelnik) ma prawo zabawiać podróżnych rozmową. Wszyscy inni, których się odwiedza przy pracy, muszą milczeć – ojciec hotelnik za nich przemawia. Kusiłem ciągle wielebnych ojców, pytając ojca hotelnika, dlaczego i inni ojcowie-bracia nie mogliby przemówić do wędrowca, oświecić go i naprowadzić na dobrą drogę? Ojciec hotelnik dowodzi, że reguła zabrania, a ojcowie pracownicy, istni Francuzi, rzeczywiście rienz dans leurs barbes (uśmiech chowają w brodach) migami i gestami pokazują, że nie mogą słowa przemówić, chociaż widocznym jest, że radzi byliby i gdyby nie było ojca hotelnika chętnie zajęliby jego miejsce.
Był między nimi, przed dwoma laty jeden Polak stary żołnierz. Na odgłos wojny włoskiej zrzucił habit i wziął się do broni. Ojciec hotelnik powiada, że musiano go uwolnić z klasztoru, albowiem mimo postów i modlitwy po całych nocach słyszał trąb odgłosy, rżenie koni, szczęk oręża. Zrywał się po nocach i nieprzytomny wydawał rozkazy – gotował się do boju. Ojciec przełożony zdecydował, że widać taka wola Boża, lub pokusa diabelska – i wiarus ruszył do obozu. Po wojnie, mówią, gdy wracał do klasztoru, zginął na drodze w Maroko. 
Hej, kto Polak na bagnety! – uśmiecha się chyba teraz Pola czytając ten fragment listu męża. A my – kiedy? – zastanawia się. Za wcześnie, za wcześnie! – słyszy dookoła. A on Zygmunt – jeszcze daleko od Wilna. Myśli tam o niej, tęskni...
29 / 21 listopada Algier koło północy.
Jestem zbyt niecierpliwy, wymagający?! Czyż nieprawda? Może – nie wiem.
Ale słuchaj Polciu co Ci powiem: żadna kobieta nie była więcej, a bodaj nie była tak kochana, jak Ty jesteś kochaną. W średnich wiekach mówiono, że nie godzi się tak kochać stworzenie, że tylko Stwórcę godzi się tak kochać. (podkreśl. ręką Zygmunta Sierakowskiego – uw. A. A. B.).
Nie wiem – może można oderwanie kochać całą duszą niewidome piękno, dobro i prawdę, ale to pewno, że łatwiej wcielić miłość w widoczny przedmiot, w widoczną istotę. Ja się nie wstydzę i nie żałuję tej miłości. Ja ukochałem Ciebie w imię tego co święte, w imię piękna, dobra i miłości. Prawda, że ja wszystko pośrednio do Ciebie odnoszę, w Tobie świat widzę. Ale ja w Tobie ukochałem i chcę kochać źródło piękna, dobra i prawdy. Taka więc miłość nie może być grzechem (jak twierdzili średniowieczni ludzie). Prawda, że w Tobie skupił się świat cały, życie całe. Ja wierzyłem i chcę wierzyć, że Ty możesz być dla mnie aniołem stróżem, że Ty możesz, Ty zechcesz czuwać nad tym, żeby rozwijać w nas i naokoło nas trójcę przenajświętszą: piękno, dobro i prawdę (...)
Z dalszych partii listu Zygmunta przebija wyraźnie motyw tego "ślubu", ukrywanego przed okiem pilnie go śledzących urzędników.
Nie uląkłem się śmierci, podając Ci rękę (a myślałem o śmierci), nie uląkłem się, bo miałem nadzieję, że przez Ciebie, w Tobie będę czerpał siłę dla życia i śmierci – pięknej. Nie wstydzę się i nie żałuję tego, wierzę, że to jest możliwym, wierzę, że to może być potęgą, a nie słabością.
Ale patrz, wskutek tego, jaki mój stan: budzę się z rana – pierwsza myśl o Tobie; idę do odpoczynku – ostatnia myśl o Tobie. Mówię, robię co i jednocześnie myślę, czy dobre to? Czy Polka rada byłaby z tego? 
Patrzę na piękny widok, na pięknego człowieka i myślę – dlaczego tu Polki nie ma i zaraz druga myśl, trzeba się z Polką podzielić. I tak w najdrobniejszych nawet życia szczegółach.
Ja pracuję i chcę pracować, nawet usilniej niż dawniej, dlatego, żeby mieć prawo we własnym sumieniu, poświęcić potem godzinę do napisania do Ciebie, na rozmowę z Tobą. I dlatego, widzisz, ja mam prawo wymagać, żebyś Ty chwilę czasu poświęciła dla mnie co dzień. Ja pragnę tylko iskry wzajemności.
Polciu! Korzystaj z chwil, w których możemy się dzielić myślą i uczuciem.
W jednym z wcześniejszych listów pisał o swoich doznaniach z postrzegania tutejszego życia i ludzi.
Odsyłam konia do klasztoru, a sam, ponieważ już dziesiąta godzina – chwila wypoczynku dla pracujących udaję się pieszo wraz z nimi do ich obozu. Opatruję wszystko, jem z nimi śniadanie, zapoznaję się.
Cdn.
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 1/2020

TRZY DEKADY "MAGAZYNU WILEŃSKIEGO"

  • Ech, te lata, lata niczym na pniu słoje
  • Autorzy "niech żyją nam"!

KALENDARZ NA I PÓŁROCZE 2020

POLSKOŚCIĄ SILNI

  • Spotkanie opłatkowe ZPL
  • Tradycyjny noworoczny koncert "Wilii"
  • Nauka polskiego jest dziś najważniejsza

NASZA WIARA

  • Lekcja patronów roku 2020
  • Wileńskim Śnipiszkom – w hołdzie

POLITYKA

  • Na bieżąco

MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ

  • Krótkie szczęście małżeństwa Sierakowskich

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • Moje Soplicowo
  • Syberyjskie zesłańcze wspomnienia

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O mściwości

ROK 2019 SIĘ PRZYPOMINA

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie