Matka "Solidarności"

drukuj
Marek Kulczyk, 13.08.2019

Na 90. rocznicę urodzin Anny Walentynowicz

Już za życia była legendą. Cieszyła się powszechną sympatią. Dla wielu była autorytetem. Represjonowana i więziona przez władze komunistyczne. SB posunęło się nawet do próby zabójstwa. Zginęła 10 kwietnia 2010 roku w katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. 

W jej pogrzebie uczestniczyły tysiące ludzi. Żegnając Annę Walentynowicz, ówczesny przewodniczący NSZZ "Solidarność" Janusz Śniadek powiedział, że była matką "Solidarności". Nie było to tylko kurtuazyjne stwierdzenie. Była to prawda wypowiedziana w obliczu majestatu śmierci o "kobiecie z żelaza", bez której nie byłoby "Solidarności"… 

Trudne dzieciństwo
Anna Walentynowicz z domu Lubczyk urodziła się 15 sierpnia 1929 roku w Równem na Wołyniu. Gdy miała 10 lat, wybuchła II wojna światowa. Jej ojciec zginął w trakcie kampanii wrześniowej, matka zmarła na zawał serca, nie mogąc się pogodzić ze stratą męża. Równe zajęli Sowieci, zaprowadzili nowe porządki i zamknęli szkoły. Rosjanie aresztowali i wywieźli grupę dorastających chłopców, w tym również starszego brata Anny – Andrzeja. Nigdy więcej go nie zobaczyła. Prawdopodobnie zginął w jednym z licznych sowieckich gułagów. 
Młodziutka Anna została sama. Przygarnęła ją polska rodzina, choć wyraz "przygarnęła" nie jest chyba najlepszy, by opisać jej sytuację w tej rodzinie. Bowiem "opiekunowie" traktowali ją jak darmową siłę roboczą. Była wykorzystywana do pracy, która przerastała siły 10-letniego dziecka, bita i poniżana. "Musiałam zarobić na utrzymanie całej rodziny. Nigdy nie miałam niedzieli, nigdy nie miałam świąt, nigdy nie miałam wakacji. Nie wolno było mi utrzymywać z nikim znajomości" – wspominała po latach w wywiadzie telewizyjnym. 
Nie było dla niej miejsca przy stole. Szczególnie trudne były dla niej wigilie Bożego Narodzenia, które często spędzała w stajni ze zwierzętami, bo one, zwłaszcza konie, były wówczas jedynymi jej przyjaciółmi. Jedną z takich wigilii opisuje bardzo przejmująco: "Przygotowywałam święta, a gospodyni przyniosła mi opłatek do kuchni. Zalałam się łzami i z tym opłatkiem szłam do stajni". Wśród koni była piękna klacz nazywana Złotką. "Była jak tancerka, bała się kieratu, nie umiała chodzić w kółko" – wspomina Anna Walentynowicz.
I dalej – nie kryjąc wzruszenia – "Z tym opłatkiem weszłam do stajni, podaję koniowi i mówię: Złotka, ty mnie rozumiesz, prawda? A ona przymykała duże powieki, jakby odpowiadając, że rozumie". Po kolejnej awanturze z gospodarzem zdecydowała się odejść od "dobroczyńców". Początkowo pracowała dorywczo, m.in. jako pomoc domowa czy opiekunka do dzieci.

Przodownica pracy
W 1950 roku ukończyła kurs spawacza i została zatrudniona w Stoczni Gdańskiej. Została przodownicą pracy, wyrabiającą po kilkaset procent normy. Ciężko pracowała, co spowodowało, że bardzo szybko zyskała popularność wśród załogi. Uwierzyła w głoszone przez komunistów hasła budowy sprawiedliwej ojczyzny, równości wszystkich obywateli i przestrzegania praw pracowniczych. Przez kilka miesięcy była członkiem ZMP, pojechała na festiwal młodzieży do Berlina. Wstąpiła do Ligi Kobiet. 
Jej wybory wynikały z jednego imperatywu – chciała służyć słabszym. Angażowała się w akcje społeczne, zabiegała o prawa pracowników, ujawniała różne nieprawidłowości w zakładzie, w tym m.in. defraudację pieniędzy z funduszu zapomogowego. Reakcja władz przekonała ją, że głoszone przez komunistów hasła są jedynie frazesami. Wtedy zaczęły się kłopoty z Urzędem Bezpieczeństwa, represje, szykany, początkowo administracyjne. 
W 1968 roku pierwszy raz próbowano wyrzucić ją z pracy, ostatecznie – pod wpływem presji ze strony załogi – przeniesiono na inny wydział. "Kiedy zaczęłam pracować w stoczni, nie miałam świadomości, że żyję w państwie policyjnym, gdzie funkcjonariusze bezpieki i milicji kontrolują wszystkie obszary życia społecznego. Takiej świadomości nie miałam też dużo później, ale od razu zaczęłam dostrzegać wiele nieprawidłowości i nieprawości, z którymi Hanka Lubczyk, jako człowiek i jako członek ZMP zgodzić się nie mogła. To był pierwszy raz, po którym zaczęłam zwracać uwagę na to, co dzieje się we władzach stoczni, w Radzie Zakładowej, jaki jest los robotnika i co tak naprawdę dzieje się z jego pieniędzmi" – wspominała po latach Anna Walentynowicz. 
Ciężka praca spawacza doprowadziła do utraty zdrowia. W 1965 roku lekarze zdiagnozowali u niej żelazicę, czyli pylicę płuc – chorobę zawodową spawaczy, początkowe stadium nowotworu. Dawano jej najwyżej 5 lat, pod warunkiem że będzie prowadzić oszczędny i higieniczny tryb życia. Na szczęście, po przebytej operacji nowotwór cofnął się. 
"Bardzo nie miałam ochoty umierać. Musiałam być między ludźmi, przebywać z nimi i przeżywać to, co oni przeżywają" – mówiła Walentynowicz. Dlatego nie przeszła na rentę, choć miała do tego prawo, lecz po orzeczeniu komisji lekarskiej została – na swój wniosek – przeniesiona do lżejszej pracy – na suwnicę. 
Brała udział w strajku w Stoczni Gdańskiej w grudniu 1970 roku. Przeżyła pacyfikację zakładu. Razem z koleżankami zajmowała się przygotowywaniem posiłków dla strajkujących. 21 stycznia 1971 roku była delegatką załogi na spotkaniu z załogami strajkujących zakładów z Edwardem Gierkiem. Gierek i jego ekipa dużo obiecywali, w tym m.in. zbudowanie pomnika ku czci poległych stoczniowców i ukaranie winnych masakry robotników. 
"Uwierzyliśmy jeszcze raz. Przecież rozmawiał z nami robotnik, mówił prosto i chyba szczerze, rozumiał nas. Kiedy pytał: − Pomożecie? – odpowiedzieliśmy: Pomożemy! I ja też chciałam pomóc. I mój głos brzmiał w tym zgodnym chórze. Ale już wtedy wiedzieliśmy, że «pomożemy» nie znaczy «bezmyślnie wykonamy, podporządkujemy się»" – mówiła Walentynowicz. 
Wkrótce po Grudniu’70 spadły na nią kolejne cierpienia. 10 października 1971 roku umiera – na nowotwór płuc – jej mąż Kazimierz, a w dwa tygodnie później syn otrzymuje wezwanie do wojska, do Ustki – po przysiędze zostaje przeniesiony do jednostki w Gdyni-Oksywiu. Anna swoje życie dzieli między pracę w stoczni, odwiedziny grobu męża i wizyty u syna w jednostce wojskowej. Żeby wypełnić pustkę po stracie męża, angażuje się w działalność społeczną, służbę biednym, samotnym, chorym i potrzebującym pomocy. Jednocześnie na zebraniach związkowych mówi o pogarszających się warunkach bhp w stoczni, rozkradaniu majątku stoczniowego i innych nieprawidłowościach. A to oczywiście powoduje kolejne represje i szykany ze strony władz.

Wolne Związki Zawodowe
W 1978 roku Anna wstąpiła do założonych w Gdańsku przez Andrzeja Gwiazdę, Krzysztofa Wyszkowskiego i Antoniego Sokołowskiego Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża (WZZ), których celem była m.in. obrona praw pracowniczych i obywatelskich. Aktywnymi działaczami lub współpracownikami WZZ byli m.in. Joanna Duda-Gwiazda, Andrzej Kołodziej, Lech Kaczyński, Alina Pienkowska, Bogdan Borusewicz, Bogdan Lis. 
Działalność w WZZ sprawiała Annie Walentynowicz prawdziwą satysfakcję. Spotkała tam ludzi myślących podobnie jak ona, chcących poprawić los polskich robotników. Stała się jedną z najbardziej aktywnych działaczek WZZ. Udostępniła swoje mieszkanie na punkt kontaktowy WZZ i zespołu redakcyjnego gazety "Robotnik Wybrzeża". Przewinęła się przez nie czołówka działaczy opozycyjnych. 
Walentynowicz pisała artykuły do "Robotnika Wybrzeża". "Pisała świetne artykuły, w każdej sytuacji znajdowała odpowiednie słowa, żeby przemówić, niezależnie – czy stawała wobec głowy państwa, czy wśród kolegów na hali" – wspominał po latach Andrzej Gwiazda. Kolportowała prasę niezależną w Stoczni Gdańskiej. A nie było to łatwe zadanie. Początkowo ludzie nie wykazywali zainteresowania, bo "ten i ów patrzył". 
Za tę działalność Walentynowicz zapłaciła kolejnymi szykanami, rewizjami, aresztowaniami na 48 godzin, przymusowymi przeniesieniami z wydziału na wydział. "Więcej byłam wtedy w sądzie niż w pracy" – wspominała w jednym z wywiadów. Z tego okresu datuje się jej znajomość z Lechem Kaczyńskim, późniejszym prezydentem, który, będąc specjalistą z zakresu prawa pracy, wspomagał stoczniowców w sądowych bojach o ich prawa.

ZSZZ "Solidarność"
8 sierpnia 1980 roku Anna Walentynowicz – pod pretekstem niepodjęcia pracy na nowym stanowisku – zostaje dyscyplinarnie zwolniona ze Stoczni Gdańskiej. 14 sierpnia rozpoczyna się strajk. Główne żądanie strajkujących – to przywrócenie do pracy Anny Walentynowicz, a także podwyżka płac o 1 tys. zł i przyznanie "dodatku drożyźnianego". Później lista żądań została uzupełniona m.in. o postulaty wzniesienia pomnika ofiarom Grudnia’70, wzrostu płac o 2 tys. zł, uwolnienia więźniów politycznych, gwarancji bezpieczeństwa dla uczestników strajku. Strajk w stoczni został poparty przez inne zakłady pracy Trójmiasta. 
Negocjacje zakończyły się przywróceniem do pracy Anny Walentynowicz, obietnicą wzrostu wynagrodzeń o 1,5 tys. zł oraz gwarancją bezpieczeństwa dla strajkujących. 16 sierpnia komitet strajkowy ustami Lecha Wałęsy ogłosił zakończenie strajku. Stoczniowcy zaczęli się szykować do opuszczenia zakładu. 
I wówczas do akcji wkracza Anna Walentynowicz, której bynajmniej nie zadowoliła własna wygrana. Wspólnie z Aliną Pienkowską doprowadziła do kontynuowania strajku, który przybrał formę ogólnokrajowej akcji protestacyjnej, sformułowania 21 postulatów i powstania NSZZ "Solidarność" – pierwszej niezależnej organizacji w bloku komunistycznym. 
Walentynowicz stała się sztandarową postacią polskiego Sierpnia’80. Należała do elity tworzącego się Związku. Zasiadała w jego kierowniczych gremiach. Ale jej autorytet i popularność doprowadziły do sporu z Lechem Wałęsą. Ten spór miał nie tylko charakter personalny – Lech Wałęsa obawiał się, że Anna Walentynowicz może zagrozić jego pozycji w Związku – ale przede wszystkim merytoryczny. Dotyczył koncepcji funkcjonowania Związku, jego niezależności, demokracji wewnątrzzwiązkowej, kierowania nim i sposobu podejmowania decyzji. 
Koncepcja Anny Walentynowicz zdecydowanie różniła się od linii prezentowanej przez Lecha Wałęsę. Ona zdecydowanie broniła tych wartości, natomiast on najczęściej postępował według zasady "kto nie jest ze mną, niech wyjdzie z sali". "Ten podwójny konflikt – personalny i ideowy był dla Anny Walentynowicz ciężką próbą. Niezrozumiana, po raz pierwszy w życiu, atakowana przez "swoich" kolegów ze Związku i kolegów ze stoczni, nie miała wielu świadomych obrońców. Broniła Annę popularność, ale stopniowo odsuwano ją w cień i podważano jej autorytet" – wspomina Joanna Gwiazda. Zostaje kolejno odwoływana ze wszystkich funkcji pełnionych w Związku. Nie uzyskuje nawet mandatu na zjazd krajowy. Ale nie załamuje się, nadal aktywnie działa w "Solidarności".

Stan wojenny 
Gdy 13 grudnia 1981 roku wprowadzono stan wojenny, Anna Walentynowicz była w podróży, dlatego uniknęła internowania. Przedostała się do Stoczni Gdańskiej i uczestniczyła w strajku okupacyjnym. Po pacyfikacji zakładu została internowana. Zwolniona w lipcu 1982 roku. Po miesiącu aresztowana pod zarzutem organizowania strajku. Skazana na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu, opuściła więzienie w marcu 1983 roku, ale w grudniu tego roku aresztowano ją po raz trzeci za udział w próbie wmurowania tablicy, upamiętniającej poległych górników kopalni "Wujek". Zwolniona w kwietniu 1984 roku. Później wielokrotnie zatrzymywana przez SB na 48 godzin. 
Mimo tak zintensyfikowanych szykan nie zrezygnowała z opozycyjnej działalności. Brała udział w licznych uroczystościach patriotyczno-religijnych, manifestacjach i protestach. Sama również je organizowała. M.in. prowadziła protest głodowy w obronie więzionych czołowych działaczy związkowych. Była to głodówka rotacyjna w kościele pw. Najświętszej Maryi Panny w Krakowie-Bierżanowie Starym. Trwała od 19 lutego do 31 sierpnia 1985 roku. Uczestniczyło w niej 371 osób z 62 miejscowości.
Głęboko przeżyła zamordowanie księdza Jerzego Popiełuszki. Na znak protestu zwróciła Radzie Państwa odznaczenia, które otrzymała za pracę w stoczni – dwa brązowe, jeden srebrny i jeden Złoty Krzyż Zasługi. Zorganizowała m.in. też pielgrzymkę z Gdańska do Suchowoli – rodzinnej miejscowości ks. Jerzego. Później angażowała się w działania na rzecz budowy jego pomnika w Suchowoli, remont domu rodzinnego i pomocy rodzicom.

Przed i po Okrągłym Stole
Sytuacja gospodarcza kraju była coraz bardziej dramatyczna. We wrześniu 1986 roku Lech Wałęsa powołał Tymczasową Radę "Solidarności", która zadeklarowała gotowość porozumienia z władzami, a także zaapelowała do Stanów Zjednoczonych o zniesienie sankcji gospodarczych, nałożonych na PRL po wprowadzeniu stanu wojennego. Anna Walentynowicz z oburzeniem przyjęła ten apel. Nie szczędziła mu słów krytyki, porównując go z Targowicą. 
W 1987 roku działacze Związku, w tym m.in. Andrzej Gwiazda, Lech Dymarski, Seweryn Jaworski, Jerzy Kropiwnicki, Grzegorz Palka, Zbigniew Romaszewski, Andrzej Słowik i Stanisław Wądołowski powołują Grupę Roboczą Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność". Jej celem jest reaktywowanie statutowych władz Związku. Tę inicjatywę popierała Anna Walentynowicz. Grupa Robocza kilkakrotnie zwracała się do Lecha Wałęsy z wnioskiem o zwołanie Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność", która uporządkowałaby sprawy kompetencyjne i określiłaby program Związku. Anna Walentynowicz usiłowała również samodzielnie podjąć rozmowy z Wałęsą w tej sprawie. Jego odpowiedź była negatywna. 
Po fali strajków w 1988 roku generał Czesław Kiszczak zapowiedział rozpoczęcie rozmów Okrągłego Stołu z "konstruktywną opozycją". Anna Walentynowicz krytycznie odniosła się do idei porozumienia z komunistycznymi władzami. W ostrych słowach piętnowała je jako zdradę ideałów "Solidarności", uczestnikom negocjacji odmawiała prawa do reprezentowania społeczeństwa i wypowiadania się w jego imieniu. W jej ocenie było to jedynie porozumienie elit. 
W lutym 1989 roku udała się na obrady kierownictwa Komitetu Obywatelskiego przy Przewodniczącym NSZZ "Solidarność". Nie została jednak na nie wpuszczona. Jak musiała się czuć "legenda Solidarności", która przez dawnych przyjaciół – w obronie których stawała i którym udzielała gościny w swoim mieszkaniu – została potraktowana jak osoba niepotrzebna, której Lech Wałęsa zagroził wyrzuceniem, jeżeli sama nie odejdzie? Z pewnością musiał to być dla niej niemały wstrząs. 
Obrady Okrągłego Stołu rozpoczęły się 6 lutego, a zakończyły się – kilkakrotnie przerywane – 5 kwietnia 1989 roku podpisaniem porozumienia. 4 czerwca 1989 roku odbyły się częściowo wolne wybory do Sejmu i całkowicie wolne wybory do Senatu. Wieczorem tego dnia w "Dzienniku Telewizyjnym" aktorka Joanna Szczepkowska ogłosiła "koniec komunizmu". 
Kilka tygodni później – 19 lipca – na prezydenta PRL (od 31 grudnia 1989 r. Rzeczypospolitej Polskiej) został wybrany przez Zgromadzenie Narodowe generał Wojciech Jaruzelski. W pierwszym niekomunistycznym rządzie Tadeusza Mazowieckiego tekę wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych objął generał Czesław Kiszczak, a ministra obrony narodowej – generał Florian Siwicki. Andrzej Gwiazda, Anna Walentynowicz i związane z nimi środowiska – bezskutecznie – nawoływały do bojkotu wyborów. 
"Legenda Solidarności" z niepokojem i krytycyzmem obserwowała rozwój sytuacji politycznej w kraju. Wskazywała, że ludzie z dawnego aparatu nie ponieśli żadnej odpowiedzialności za swoje działania. Wprost przeciwnie – wielu z nich nadal zajmowało eksponowane stanowiska w życiu publicznym. Np. jeden z prześladujących ją esbeków został wykładowcą w przyzakładowej szkole stoczniowej w Gdańsku. 
Opowiadała się za oczyszczeniem życia publicznego z agentów, esbeków i byłych funkcjonariuszy partyjnych. Wspierała protesty i demonstracje na rzecz lustracji i dekomunizacji. Żądała rozliczenia i ustąpienia Lecha Wałęsy z urzędu Prezydenta RP. Dużo podróżowała po Polsce, brała udział w uroczystościach patriotycznych i religijnych. Nadal walczyła – choć coraz bardziej osamotniona – z wszelkimi przejawami niesprawiedliwości, która w naszym kraju wykluczała grupy obywateli poza nawias społeczny. 
Fryderyk Schiller stwierdził kiedyś, że "nie w szczęściu, w nieszczęściu może człowiek okazać swą prawdziwą wielkość i cnotę". Trawestując nieco to stwierdzenie, można powiedzieć, że właśnie osamotnienie i marginalizowanie ujawniły właśnie te cechy u Anny Walentynowicz. Okazała swą wielkość, nie porzuciła drogi solidarności, prawdy i sprawiedliwości, pamiętała o cierpiących i pozbawianych pracy. 
Angażowała się w działalność reaktywowanych Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża. Współpracowała również m.in. z Solidarnością Walczącą (Kornela Morawieckiego), Ruchem dla Rzeczypospolitej (Jana Olszewskiego), Ruchem III Rzeczypospolitej (Jana Parysa). Była też inicjatorką i współorganizatorką cyklu sympozjów "W trosce o Dom Ojczysty". Każda z konferencji była poświęcona innej tematyce, w tym m.in. sytuacji gospodarczej Polski, kondycji rodziny, Wolnym Związkom Zawodowym, marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu, Sierpniowi’80, stanowi wojennemu, Okrągłemu Stołowi, III Rzeczypospolitej. Pierwsze sympozjum odbyło się w dniach 15-17 kwietnia 1988 roku. Po 2005 roku konferencje z tego cyklu były organizowane we współpracy z Sejmem i Kancelarią Prezydenta RP. Anna Walentynowicz organizowała je aż do swojej tragicznej śmierci w 2010 roku. 
Za jedyną pozytywną zmianę w sytuacji Anny Walentynowicz po Okrągłym Stole można chyba uznać fakt, że na początku 1990 roku – po niemal 20 latach – zaprzestano wreszcie jej inwigilacji. Obecnie na podstawie danych ujawnionych przez IPN wiemy, że w 1981 roku inwigilowało ją ponad 100 funkcjonariuszy i tajnych współpracowników SB. Można by w tym miejscu zapytać – jak ta drobna i coraz bardziej schorowana kobieta to znosiła? 
Odpowiedź jest bardzo prosta. Zresztą sama mówiła o tym wielokrotnie, wskazując na opiekę Boskiej Opatrzności. "Była osobą głęboko wierzącą i ta wiara ją chroniła. Była wierna niezłomnym zasadom i nigdy od nich nie odstępowała, niezależnie od proponowanych jej apanaży i od ceny, jaką za to musiała zapłacić" – wspomina Andrzej Gwiazda. Wielki wpływ wywarło na nią nauczanie św. Jana Pawła II, który do podstawowych cnót chrześcijańskich wiary, nadziei i miłości zaliczył również solidarność. Dla Anny Walentynowicz był to drogowskaz działania.

We wspomnieniach wnuka
Mimo szeroko zakrojonej działalności społecznej nie zapomniała o rodzinie. W wywiadzie dla PAP Piotr Walentynowicz tak wspomina swoją babcię: " Dla mnie była to babcia bardzo kochająca, ciągle poświęcająca swoim bliskim uwagę. Gdy byłem w szkole podstawowej, wiele z babcią wyjeżdżałem. Razem zwiedziliśmy chyba całą Polskę − od morza po góry. Do tej pory ciepło wspominam wiele miłych sytuacji. (…) Pamiętam, że uwielbiałem być chory. Jako dziecko moja wiedza o chorobach sprowadzała się do tego, że nie można stać w przeciągach, wychodzić zimą bez czapki czy z mokrymi włosami. Żeby móc jak najwięcej czasu być z babcią, właśnie to robiłem. Gdy chorowałem, babcia była cały czas przy mnie. Przynosiła mleko z miodem, chleb z czosnkiem, owoce, czytała bajki. Czułem się otoczony tym ciepłem i miłością, dobrocią". 
Piotr Walentynowicz wspomniał również o wyjeździe wraz z babcią oraz Andrzejem i Joanną Gwiazdami do Norwegii. Na spotkaniach z Polonią była mowa m.in. o niszczeniu polskiego przemysłu, rozkradaniu majątku Skarbu Państwa. "Zauważyłem, że ludzie podchodzą do babci z wielkim szacunkiem, niemalże namaszczeniem. Zrozumiałem, że w Polsce babcię spycha się na margines, wyklucza się ją z życia publicznego, medialnego, a tutaj tak wiele osób docenia i rozumie, co babcia dobrego dla Polski zrobiła" – podkreślił Piotr Walentynowicz. I trudno nie przyznać mu racji.

Wreszcie doceniona
Bezkompromisowa postawa i zasługi Anny Walentynowicz zostały w końcu docenione na świecie i w Polsce. W 2005 roku powołana przez amerykański Kongres Fundacja Pamięci Ofiar Komunizmu przyznała jej Medal Wolności Trumana-Reagana za "okazywanie niezwykłej odwagi i siły w podtrzymywaniu pragnienia życia w wolności", który przekazała jako wotum do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Krakowie-Łagiewnikach. 
W 2006 roku Anna Walentynowicz została odznaczona przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Orderem Orła Białego "w uznaniu znamienitych zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej, za działalność na rzecz przemian demokratycznych i wolnej Polski". 
W 2009 roku rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski uhonorował ją nagrodą im. Pawła Włodkowica za "odwagę w występowaniu w obronie podstawowych prawd i wartości nawet wbrew zdaniu i poglądom większości". 
15 sierpnia 2009 roku prezydent Lech Kaczyński przygotował w Pałacu Prezydenckim kameralną uroczystość z okazji 80. urodzin Anny Walentynowicz. Oprócz szefa państwa uczestniczyła w niej rodzina i przyjaciele jubilatki. 
Postanowieniem prezydenta Andrzeja Dudy z 13 marca 2018 roku została pośmiertnie odznaczona Krzyżem Wolności i Solidarności.

Non omnis moriar
Była bardzo szczęśliwa, że prezydent zaprosił ją na uroczystości 50-lecia zbrodni katyńskiej. "Katyń był dla babci bardzo ważny" – mówił Piotr Walentynowicz. Wspomniał, że w domu zawsze były figurki Matki Boskiej, tulącej żołnierza z przestrzeloną głową. Anna Walentynowicz jeszcze w czasie Sierpnia’80 upominała się o budowę pomnika upamiętniającego polskich oficerów pomordowanych w Katyniu. Osobiście chciała oddać im hołd. Niestety, nie zdążyła. Prezydencki samolot TU 154M rozbił się pod Smoleńskiem. 
Annę Walentynowicz żegnały tłumy. "Pani Aniu, przyszliśmy tu, żeby pokłonić się przed majestatem śmierci, ale także, aby schylić głowy przed majestatem twojego życia. Twoje proste życie stało się kwintesencją «Solidarności»" – mówił na zakończenie mszy pogrzebowej ówczesny przewodniczący «Solidarności» Janusz Śniadek. 
Podkreślił, że Anna Walentynowicz była "bohaterką najpiękniejszych stron historii «Solidarności»", nie oczekiwała zaszczytów, choć zasługiwała na nie jak mało kto. Przypomniał, że dopiero prezydent Lech Kaczyński uhonorował ją najwyższym odznaczeniem za jej zasługi – Orderem Orła Białego. "«Solidarność» tworzą dziś ludzie trochę podobni do Ciebie – dumni i niepokorni, pochyleni nad człowiekiem, broniący skrzywdzonych ludzi pracy. Pani Aniu − matko «Solidarności» − zawsze okazywaliśmy ci szacunek i miłość, jaką dzieci powinny okazywać rodzicom. Wspieraj nas teraz tam, w górze, abyśmy dalej realizowali ideały «Solidarności», którym byłaś tak wierna. Wybacz, jeśli cokolwiek zawiniliśmy" – mówił lider Związku. 
Śmierć Anny Walentynowicz, choć jest niepowetowaną stratą, nie oznacza jednak, że stała się ona nieobecna w naszym myśleniu i naszej narodowej wyobraźni. W 1993 roku Joanna Gwiazda napisała: "Niezmordowana Anna Walentynowicz dopisuje ciągle nowe karty do swojego życiorysu i do historii Polski. Jej życiorys to materiał na wielką biografię i wielką epopeję". Te słowa są i pozostaną aktualne. Z biegiem lat na pewno poznamy kolejne dzieła i zasługi na rzecz wolnej i sprawiedliwej Polski tej bardzo skromnej, a jednocześnie bohaterskiej kobiety, którą chciano skazać na zapomnienie i odebrać należne jej miejsce w historii naszej ojczyzny. 
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 11/2019

Z NAKAZU PAMIĘCI

  • Uczczono 101. rocznicę niepodległości Polski
  • Błogosławione są ziemie, które bardzo kochano

SPORT

  • Sfinalizowano Wielki Konkurs, poświęcony 100-leciu PKOl
  • Uśmiech fortuny

POLITYKA

  • Na bieżąco

SZKOLNICTWO

  • Podręczniki z Polski dotarły na Litwę
  • Sentymentalna podróż do beztroskich lat

TEATR

  • Liczyły się "tylko prawdziwe uczucia"

MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ

  • Krótkie szczęście małżeństwa Sierakowskich
  • Romantyczne serca na paryskim bruku

IN MEMORIAM

  • Obrzędy pogrzebowe

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O prawdzie

 

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie