Nigdy na deskach

drukuj
Opracował Henryk Mażul, 15.07.2019

2019 – rokiem stulecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego

To były czasy! Nawet na mistrzostwa Polski juniorów waliły tłumy. Wśród kibiców nie było laików. Każdy pamiętał mistrzostwa Europy 1953 roku, których gospodarzem była Warszawa, i wspaniałe zwycięstwa: Henryka Kukiera, Zenona Stefaniuka, Józefa Kruży, Leszka Drogosza, Zygmunta Chychły… Fachowo komentowano więc występy młodych chłopców, wypatrywano następców wielkich mistrzów.
W roku 1958 juniorzy walczyli o tytuły mistrzów w stolicy Polski. Talentów wtedy naprawdę nie brakowało, zachwycano się braćmi Arturem i Zbigniewem Olechami, Januszem Pilewskim, Jarosławem Kuleszą, ale najwięcej punktów i nagrodę "Sztandaru Młodych", przeznaczoną dla najbardziej utalentowanego i najlepiej technicznie wyszkolonego zwycięzcy, zabrał mały, niezwykle dynamiczny chłopak o krótkim zasięgu rąk. Ten, który uwielbiał walkę w półdystansie i zwarciu, zamęczał rywali wysokim tempem, nie ustępował ani na krok, uderzał bardzo mocno, wydawał się być nie do zatrzymania. Jeden z kibiców skomentował to bardzo obrazowo: Ten chłopak mógłby iść na zderzenie z czołgiem, ze szkodą dla… czołgu.
To był właśnie Jerzy Kulej, zwycięzca wagi piórkowej, który coraz bardziej rozsmakowywał się w pięściarstwie, służącym mu za upust nadmiaru energii. Bo Jureczka, chłopaczka z najbiedniejszej częstochowskiej dzielnicy Ostatni Grosz o buzi aniołka, ta energia wręcz rozpierała, przez co bratał się na różne sposoby ze sportem. Zaczął od pływania, biegał, jeździł na panczenach, bo zwykłe łyżwy to było dla niego za mało, grał w piłkę nożną. Aż wreszcie w roku 1955 trafił na salę bokserską częstochowskiego "Startu", przyprowadzony przez kolegę Stefana Palę.
Był raczej mizerny, ważył poniżej 50 kilogramów. Nic zatem dziwnego, że trener Wincenty Szyiński zastanawiał się na dobre: Co z tym maluchem zrobić? Odpowiedzi udzielił on sam, przyjmując prawidłową postawę bokserską i demonstrując walkę z cieniem. Ruchy były szybkie, zdradzające, że chłopak ma instynkt.
– Chyba już uczyłeś się boksu? – zapytał trener.
– Tylko z książek – odpowiedział Kulej.
Rzeczywiście, wytrzasnął skądś podręcznik boksu i przyswoił sobie postawy. W trzy miesiące później Kulej wystąpił w "Pierwszym kroku bokserskim". Doszedł do finału wagi muszej i dostał w skórę od starszego kolegi klubowego Mariana Kozaka. Chyba się popłakał. Wydawało się, że już nie wróci na salę, bo nie tyle się załamał, ile nie był w stanie pogodzić się z porażką. Ambicja jednak wzięła górę, wkrótce zaczął ćwiczyć i na sparringu wziął na koledze srogi rewanż.
Był to pierwszy egzamin. Z charakteru. – Będzie z niego bokser – zawyrokował trener Szyiński i zaczął poświęcać Kulejowi wiele uwagi. A ten przestał próbować sił w innych sportach, skupiając się na pięściarstwie. Tym bardziej, że polscy bokserzy zaczęli odnosić wielkie sukcesy na mistrzostwach Europy, przez co stali się idolami kibiców.
Kulej rośnie, przechodzi z wagi do wagi i boksuje w innym stylu niż przyjęta w owych czasach szermierka na pięści, stanowiąca podstawy polskiej szkoły boksu. Owszem, jest doskonale wyszkolony technicznie, ale szaleje na ringu niczym tornado, jest fihgterem. Ta odmienność jest skuteczna: Kulej nie tylko wygrywa walkę po walce, ale również zyskuje akceptację. Po zdobyciu mistrzostwa Polski juniorów w roku 1958 zostaje powołany do reprezentacji na mecz z Jugosławią. Przeciwnikiem nastolatka jest doświadczony wyga ringowy Slobodan Vitić. Bije ostro, sierpami i… ginie od tej broni. Kulej dwukrotnie rzuca rywali na deski, wygrywa wysoko.
Przed tą walką nikt, może z wyjątkiem szkoleniowców PZB z trenerem Feliksem Stammem na czele, nie zakładał takiego przebiegu pojedynku. Podekscytowany Kulej, z rumieńcami na twarzy stał spokojnie w narożniku, kiedy trener Stamm tasiemką zawiązywał mu za obszerną koszulkę, aby ramiączka nie opadały na ramiona i nie krępowały ruchów, co powodowało, że Kulej przypominał bardziej aniołka niż boksera. Nie bez kozery "Przegląd Sportowy" nadał mu przydomek ministranta. 
Nic bardziej złudnego. To już wtedy był bokser z krwi i kości. Stamm wziął go więc do swojej drużyny, bo właśnie takiego bojowego zawodnika brakowało mu do kompletu. I Kulej rok później pojechał na mistrzostwa Europy w Lucernie już w wadze lekkopółśredniej. Otrzymał tu ważną lekcję. W pierwszej walce pokonał brązowego medalistę z Melbourne Rumuna Constantina Dumitrescu, boksującego w podobnym stylu. Była owacja, niesienie do szatni na ramionach, słowem, narodziny faworyta. A zaraz potem zuchwała pewność siebie i przegrana z umiejętnie kontrującym Włochem Piero Brandi, późniejszym zresztą srebrnym medalistą. I szloch w szatni.
Również z tego względu, że nie posłuchał trenera Stamma, który ułożył zupełnie inny plan walki. Kulej miał w pierwszej części pojedynku czekać na ataki przeciwnika, prowokować go do natarcia, a dopiero potem po swojemu poszaleć w ringu. Wszystko solennie obiecał, ale nie potrafił zrealizować. Poniósł go temperament. Kosztowało to więcej niż porażka. Musisz dojrzeć – postanowił Stamm i odsunął go od reprezentacji. Zwłaszcza, że w tejże kategorii właśnie pojawił się obdarzony nie mniejszym talentem i równie piekielnym uderzeniem – Marian Kasprzyk. I to on a nie Kulej pojechał na Igrzyska do Rzymu.
Po lucerneńskiej wpadce Kulej aż cztery lata czekał na swoją szansę. W barwach warszawskiej "Gwardii" wygrywa swe ligowe pojedynki, triumfuje w mistrzostwach Polski. Zaciekle walczy o odzyskanie zaufania trenera Stamma. W jego kategoriach wagowych jest ostra konkurencja, są rywale, zdobywający medale w międzynarodowych turniejach. 
Wreszcie w roku 1963 Kulej jedzie na mistrzostwa Starego Kontynentu do Moskwy. To już jest okres, kiedy pięściarze radzieccy coraz ambitniej psują medalowe szyki Polakom. Gwiazdą drużyny jest trzykrotny mistrz Europy Zbigniew Pietrzykowski, ale trener Stamm wskazuje przybyłym na trening kamerzystom telewizji nie wielkiego asa, lecz Kuleja. Jego filmujcie – mówi – on będzie czempionem! I mówi tak, by Kulej słyszał, co miało go podbudować psychicznie. Wspaniałe zwycięstwo w Moskwie, gdzie w finale pokonał startującego w barwach gospodarzy Łotysza Alojzsa Tuminša, jest zarazem legitymacją mającej się odbyć w roku przyszłym Olimpiady w stolicy Japonii.
W Tokio na Kuleja czekał tort, na którym paliły się 24 świeczki. Japońscy kucharze postawili go w dniu jego urodzin – 24 października, gdyż w taki sposób w wiosce olimpijskiej świętowano urodziny olimpijczyków. Kulej zdmuchnął świeczki, zabrał tort i schował do lodówki z mocnym przekonaniem, że zje go z kolegami po finałach. Takie prezenty są bowiem dobre dla wiecznie głodnych pływaków czy miotaczy a nie dla bokserów, mających utrzymywać niezbędną wagę.
Turniej olimpijski zasadniczo różni się od mistrzostw Europy. Ścierają się różne kontynenty, różne style. W gronie aż 35 kandydatów do medali w wadze lekkopółśredniej każdy przeciwnik jest inny. Argentyńczyk Roberto Oscar Amaya walczy agresywnie, idzie na wymianę ciosów. Dwukrotny mistrz Europy, Szkot Richard McTaggart, boksuje z dystansu, jest mistrzem ciosów prostych, Rumun Josif Mihalica oraz Eddie Blay z Ghany kochają wojnę w ringu. Wszyscy jednak muszą uznać wyższość Kuleja, który – podobnie zresztą jak niemal cała polska drużyna – jest nie do powstrzymania.
24 października 1964 roku na olimpijskim ringu w hali Korakuen w Tokio odbywają się finały turnieju bokserskiego. Gdy wybiła godzina decydującej potyczki w wadze lekkopółśredniej, w jednym narożniku znalazł się znakomity radziecki pięściarz Jewgienij Frołow, a w drugim – Jerzy Kulej. Przed pierwszym gongiem Feliks Stamm raz jeszcze przypomina: Tylko pamiętaj. Nie możesz atakować, czekaj na natarcie Frołowa.
Kulejowi ta recepta niezbyt się podobała. On przecież uwielbiał walkę non stop, walkę, w której "albo on mnie, albo ja jego", a tu Stamm nakazuje spokój, wyczekiwanie. 
Nie poszedłem więc po gongu do ataku! Nie ruszyłem naprzód, nie uderzyłem lewym ani prawym sierpem. Czekanie było dla mnie piekłem. Sędzia upominał nas cztery razy: boks! boks! boks! Patrzył jednak tylko na mnie. Publiczność gwizdała. Też na mnie. Bo to ja miałem być tym, który miał nacierać. I w końcu Frołow nie wytrzymał. Poszedł do przodu, uderzył. Wyczułem to natychmiast, pozwoliłem się zbliżyć do mnie na tyle, abyśmy znaleźli się w zasięgu rąk, kiwnąłem się w bok, lekko w dół i władowałem całą serię ciosów w tułów. Wtedy on, chroniąc się jakby przed moimi ciosami – ale nie oddalając – też lekko się pochylił, a ja natychmiast w górę i następna seria już w jego głowę. Cofnąłem się, a Frołow rzucił się do przodu, bo chciał za wszelką cenę oddać i wtedy wszystko powtórzyło się dokładnie tak samo, jak przed chwilą. I tak już było do końca pierwszej rundy. Frołow musiał atakować, a ja tylko błogosławiłem w duchu Stamma, czując jak moje pięści dochodzą do celu.
Sześćdziesiąt sekund w narożniku między jedną rundą a drugą – to niewiele. Stamm mówi krótko, szybko: jest dobrze. Teraz Ogurienkow na pewno inaczej go ustawi. A więc i ty musisz zmienić sposób walki. Ale nie zaraz. Pół rundy boksuj jeszcze defensywnie, daj mu rozwinąć nową koncepcję, a potem zmień tempo, ostro atakuj.
I znów wszystko się sprawdza co do joty. Frołow nadal w ataku, ale naciera inaczej, z dystansu, wydłużonymi podwójnymi prostymi, tak, aby nie znaleźć się w zasięgu moich sierpów. Nawet mu się to udaje, ale wtedy nagle zmieniam styl – zaczynam atakować. Frołow gubi się, zaczyna cofać się i on – mistrz obrony, staje się bezradny.
Dwie rundy wygrane, masz nieznaczną przewagę! – mówi Stamm przed trzecim, ostatnim starciem. – Teraz już boksuj jak chcesz, daj z siebie wszystko, idź na całego.
Idę na całego. Frołow – też. Co chwilę się ścieramy, bombardujemy, zasypujemy uderzeniami. Cios za cios. Brakuje mi tchu, kompletnie sucho w ustach, dosłownie gryzę ziemię, nie ustępuję, nacieram, odpieram jego ataki, blokuję jego uderzenia, sam biję seriami i pojedynczymi ciosami, sierpami i prostymi. Widzę wszystko, dojrzewam w walce z sekundy na sekundę, czuję, że jestem lepszy, wygrywam…
Istotnie sędzia podnosi w górę rękę polskiego pięściarza, spiker wygłasza tradycyjną formułę: Zwycięża Jerzy Kulej – mistrz olimpijski.
W hali Korakuen grają polski hymn. Wielkie niezapomniane chwile. Chwile? Coś więcej. Są w sporcie, w życiu takie momenty, które wyzwalają w człowieku nowe ogromne siły, zmieniają go w sposób absolutny. Tak właśnie było z Kulejem w Tokio. Gdy wchodził na ring do finałowej walki, był ciągle jeszcze jednym z wielu, bardzo wprawdzie utalentowanym, ale przecież młodym, niedojrzałym jeszcze w pełni zawodnikiem. 
A schodził z ringu jako wielki mistrz! Ileż to razy później wejdzie między liny, będzie widział w tym ringu znacznie więcej niż w poprzednim okresie swej sportowej kariery, będzie przewidywał naprzód nie jedną czy dwie akcje swego przeciwnika, a wszystkie jego działania. Boks ułoży się mu w jedną całość, jedną wielość wariantów porównywalnych, z konsekwencją szachowych posunięć.
Cztery lata od Tokio do następnych Igrzysk Olimpijskich w Mexico – to jedna wielka passa sukcesów Kuleja i absolutnej hegemonii w wadze lekkopółśredniej, a także licznych sukcesów w kategorii półśredniej, w której od czasu do czasu występował. Po raz drugi zdobywa mistrzostwo Europy w roku 1965 w Berlinie, kiedy to poniekąd obronił honor polskiego boksu (w finale nie ustał mu Duńczyk Preben Rasmussen), gdyż jako jedyny z pięciu finalistów w gronie biało-czerwonych zdeptał najwyższy stopień podium. Idąc poniekąd "za ciosem", w cuglach wygrywa przedolimpijski turniej w Meksyku. Cztery pojedynki w ciągu dziesięciu dni, w tym – zwycięstwo przez nokaut nad królem nokautu z Kuby Felixem Betancourtem. Jak zwykle w takich sytuacjach, kiedy człowieka rozpiera potęga, staje się sam dla siebie najbardziej niebezpiecznym przeciwnikiem.
W Rzymie (1967), w czwartym swym starcie w mistrzostwach Europy, kiedy polski boks znów zdobył Puchar Europy za drużynowe zwycięstwo, Kulej nie powiększył swej kolekcji z tego turnieju o trzecie "złoto". W pojedynku finałowym przegrał bowiem z bratem Jewgienija Frołowa – Walerym. Nie był w najwyższej formie, zaczęto zastanawiać się, czy dotrwa do olimpiady w Meksyku.
Tym bardziej, że los wystawia go na dwie próby. W czerwcu 1968 roku, na pięć miesięcy przed Olimpiadą, w wypadku drogowym uderza mocno w szybę samochodu, który prowadził. Ma pokiereszowaną twarz. Na szczęście, nie doznaje poważniejszych urazów, a ceną uratowania życia dziewczynie, która nagle wyjechała na szosę na rowerze, pozostaną do końca życia blizny i szramy na twarzy. 
Lekarze nie dają szans na kolejny olimpijski występ. Wbrew ich opiniom postanowił jednak przygotować się do startu w Meksyku, co wymagało specjalnej zgody ówczesnego przewodniczącego Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu Włodzimierza Reczka, gdyż wiązało się z dużym ryzykiem. Na pierwszym obozie kadry narodowej występował jeszcze ze szwami na ranach. Gonił uciekający czas jak szalony, nie dawał sobie żadnego wytchnienia. Zdążył, udało się.
Zaraz potem jednak, na pięć przed dwunastą, kiedy w Zakopanem na zakończenie zgrupowania kondycyjnego rozdano nominacje olimpijskie, dochodzi do zabawnej z dzisiejszej perspektywy, ale niezwykle poważnej w tamte czasy awantury. Incydent zaczął się od głośnego świętowania rzeczonych nominacji na Krupówkach i bójce z miejscowymi góralami przed kinem "Giewont". 
Milicyjny patrol chamsko interweniuje. Kulej, jako podporucznik MO, próbował mediować, ale nie miał jednak przy sobie legitymacji, więc stał się – jak to z mediatorami bywa – głównym winowajcą. Nie pomogły milicyjne pałki, bokserzy rozbili wzmocniony patrol, a potem chyba i cały posterunek w proch i pył. 
Zwycięska placówka straży porządku i ładu publicznego wzięła w końcu odwet, nie mogąc się pogodzić ze stratami poniesionymi w walce z Kulejem. Zrobiła się awantura wewnątrz aparatu milicyjnego. Przeciw Kulejowi przemawiały jego znane i przydatne w ringu cechy – wybujały temperament, zapalczywość. Za nim tylko jedno: absolutnie pewny złoty medal w Meksyku!
Wina była bezsporna. Dylemat polegał na wyborze pomiędzy jawną karą a niejawną pokutą. Magia Igrzysk podziałała jednak i na MSW. Kulej pojechał więc do kraju Azteków. Nie tylko po medal, ale i po odkupienie. Niewątpliwie oznaczało to ogromne obciążenie psychiczne. Choć nie wiedział jeszcze wtedy, że w stolicy Igrzysk XIX Olimpiady do najwyższego stopnia podium czeka go naprawdę droga przez piekło, jaką mu zgotują przeciwnicy.
Już na starcie trafił bowiem na swego największego rywala, znakomitego i pełnego polotu zawodnika węgierskiego – Janosa Kajdiego, z którym już kiedyś przegrał. Tym razem w morderczym pojedynku był górą, a sędziowie punktowali 3:2 na jego korzyść. W drugiej walce wygrał też niejednogłośnie (4:1) z równie trudnym rywalem – Włochem Gianbattistą Caprettim po liczeniu nawet w trzeciej rundzie. W ćwierćfinale Polak w pojedynku z nie mniej groźnym reprezentantem NRD Peterem Tiepoldem raz jeszcze przechyla szansę zwycięstwa na swoją stronę ledwie decyzją jednego z sędziów, gdyż znowu werdykt brzmi – 3:2.
Po pewnej (5:0) wygranej w półfinale z Finem Arto Nillsonem podobnie jak przed czterema laty w Tokio stanął więc Kulej do decydującego o "złocie" pojedynku, mając naprzeciw siebie czarnoskórego, piekielnie silnego Kubańczyka Enrique Requeiferosa – artystę nokautu, bijącego tak mocno, że zdjąwszy rękawice mógłby zapewne zarabiać na życie łupaniem kamieni gołą pięścią.
Kiedy stawał do finałowej potyczki, sytuacja była zupełnie inna niż w Tokio, gdzie Polacy za sprawą Józefa Grudnia, Mariana Kasprzyka i Jerzego Kuleja zdobyli naraz trzy złote medale. Tu Artur Olech i Józef Grudzień przegrali bowiem swe pojedynki. Po Kuleju już żaden Polak nie walczył w finale, stąd jego walka była pojedynkiem ostatniej szansy.
Trener Stamm stał w narożniku. Mocno przeżył porażkę Grudnia, był załamany. Raptownie się postarzał, zgarbił, nigdy go jeszcze takim nie widziałem. Nigdy też nie zapomnę jego słów: "Jurek, wiesz dobrze, że to nie tylko twoja, ale i moja ostatnia Olimpiada. Jak nie wygrasz, to już nam nie zagrają hymnu".
Chciałem wygrać, o niczym innym nie myślałem; wiedziałem, że będzie bardzo trudno, bo Kubańczycy uchodzili za pupilów miejscowej publiczności. Requeiferos, podobnie jak ja, był fighterem. Dzień wcześniej wspólnie ze Stammem przeanalizowaliśmy jego styl, ustaliliśmy plan walki. Doszliśmy do wniosku, że z miejsca muszę atakować. Bokserom Kuby nie wolno bowiem dawać szansy na atak, nie wolno dopuszczać do sytuacji, w której poczuliby, że są mocniejsi, lepsi, że mają przewagę. Wtedy błyskawicznie się rozkręcają, wszystko zaczyna im coraz lepiej wychodzić, dyktują walkę. 
Od samego początku nastawiłem się na wymianę ciosów i tu wpadłem w zasadzkę. Dopadliśmy się z miejsca na środku ringu i zaraz na wstępie dostałem straszny cios. Obaj uderzyliśmy z całej siły, obaj – celnie. Wiedziałem jedno – po tym ciosie powinienem pójść na deski i być liczony. Ale utrzymałem się na nogach. I Requeiferos też, choć przecież po moim ciosie powinien leżeć na deskach.
Słynny zawodowy champion, Jack Dempsey, miał na taką okoliczność wspaniałą radę: "Jeśli dostaniesz cios i zacznie ci się mienić w oczach na tyle, że nagle zobaczysz trzech przeciwników – to wybieraj tego pośrodku i wal w niego z całych sił". Zastosowałem się wtedy do tej rady. Zobaczyłem przed oczami ciemną plamę. Zacząłem bić w nią z uporem, z desperacją. Dziś, po latach, mam świadomość, że gdybym wtedy odruchowo, z przyzwyczajenia nie ruszył do przodu, ten cios mógłby przesądzić o mojej przegranej przed czasem.
Całą pierwszą rundę byliśmy obaj zamroczeni, biliśmy sierpowe, padaliśmy w klincze. W przerwie po pierwszej rundzie Stamm dawał mi już amoniak do wąchania. I to było też nowością w całej mojej długiej karierze. Drugie starcie miało identyczny przebieg, z miejsca – cios za ciosem. W połowie starcia ja mocno trafiam, potem jednak dostaję potwornie silny cios, znów dziwię się, że nie padam, znów cała walka toczy się jakby przez mgłę, na zasadzie automatyzmu ruchów. Dopiero w przerwie przed ostatnią rundą odzyskuję pełną przytomność. 
Stamm zaś wyłapał wreszcie błąd, faul w sposobie walki Requeiferosa. Kubańczyk uciekał przed moim lewym sierpem głębokim skłonem w dół i wtedy nieprawidłowo atakował mnie głową. Wiedziałem o tym dobrze i dlatego prawą asekurowałem podbródek w obawie, aby przy prostowaniu się w górę nie rozbił mi głową szczęki, nosa. Sędzia dawno winien był zwrócić Requeiferosowi uwagę na ten faul, ale nie czynił tego. Stamm mówi: "Zaakcentuj ten jego błąd i boksuj do końca. Wszystko zależy od tej rundy!".
Akcentuję ten błąd. Gdy Requeiferos się pochyla – idę do przodu, jego głowa wyraźnie jest wychylona również do przodu. Sędzia upomina go raz i drugi. To go peszy, a ja wzmacniam tempo, biję seriami ciosów, non stop, idę do przodu jak czołg, nie zwracając uwagi na jego uderzenia. Gdzieś na minutę przed końcem walki tracę oddech, nie mogę złapać choćby jednego tchu. Czuję się, jakby ktoś zanurzył mi głowę pod wodą i mocno trzymał, abym się nie mógł wychylić, nie mógł złapać powietrza. To jest straszne uczucie, ale nie zwalniam tempa nawet na sekundę – krok do przodu, seria ciosów, krok, seria, krok, seria…
Gong witam jak wybawienie. Requeiferos ma jeszcze siły, aby wyjść na środek ringu przed ogłoszeniem werdyktu kłaniać się i pozdrawiać kibiców, jakby już był mistrzem... 
To nie jego ręka powędrowała jednak w górę przy wskazaniu na zwycięzcę. Ostatecznie Kulej wygrał ten pojedynek. Nieznacznie, raz jeszcze – 3:2 (59-58, 60-59, 60-59, 59-60, 58-60). Gdy stanął na najwyższym stopniu podium dla medalistów i wysłuchiwał Mazurka Dąbrowskiego, czuł się tak, jakby spędził noc w prokrustowym łożu. Nigdy w życiu nie otrzymał tylu silnych ciosów i nie był tak bliski nokautu co podczas walki z Kubańczykiem. Tym pokorniej zgiął szyję po drugi w swej karierze najcenniejszy olimpijski kruszec, jakże znaczeniowo wszak cięższy niż ten w Tokio. Choćby dlatego, że w Meksyku walczył również o wymazanie z życiorysu niezbyt chlubnych zdarzeń, w które się wplątał.
"Rogata dusza" Kuleja i nieposkromiona fantazja, jaką został obdarzony, o ile pomocna mu była w ringu, o tyle poza nim przynosiła kłopoty. Legendarny "Papa" Feliks Stamm niesfornego nastolatka z Częstochowy musiał miewać na szczególnie bacznym oku: a to nie wrócił na czas do hotelu, a to gdzieś się zawieruszył, a to wdał się w pozaringową awanturę, a to poszedł do dentysty, a znalazł się… na policji…
Kuleja zawsze wypadło mocno pilnować. Nie sposób było bowiem przewidzieć, co mu może strzelić do głowy – twierdził Stamm.
Drugie olimpijskie "złoto" sprawiło, że dokonał wyczynu bez precedensu w gronie wspaniałych polskich szermierzy na pięści. To zresztą nie jedyny jego rekord. Jerzy Kulej jest bowiem jedynym polskim pięściarzem, który nigdy nie leżał na deskach po rażącym ciosie rywala. Zwierzał się na ten temat: To nie jest znowu taka moja wielka zasługa osobista. Nie jestem odporny na ciosy bardziej niż inni. Po prostu nie ma na świecie pięściarzy, którzy po celnym ciosie nie poszliby na deski. Są tylko… źle trafieni.
W swej 15-letniej karierze stoczył nie bagatela aż 348 pojedynków, z których przegrał zaledwie 25, a 6 zremisował. To również niepowtarzalny rekord. Zasłynął z tego, że zawsze walczył do ostatniej sekundy i raczej padłby niż zszedł z ringu, nie wykorzystawszy najmniejszej szansy, co wielokrotnie w recenzjach z jego występów, również tych nieprzychylnych – bo i takie się przytrafiały – podkreślano. Gdyby nie takie właśnie nastawienie, nie taki charakter, nie taka zadziorna dusza wtedy w Meksyku, zabrakłoby owego przysłowiowego rzutu na taśmę, zrywu rozpaczy. 
Był wspaniałym pięściarzem i jako taki przeszedł do historii sławnego przecież i pełnego wielkich gwiazd polskiego boksu amatorskiego. Wygrywał przede wszystkim charakterem, bojowością i ambicją, które z powodzeniem kompensowały mu braki wzrostu (ledwie 167 cm) i zasięgu ramion. Triumfował, choć żeby skutecznie wykończyć każdą kolejną akcję, musiał przebijać się przez zaporę prostych ciosów przeciwników. Nie do pomyślenia było to bez perfekcyjnego udawania, narkotyzowania przeciwnika zwodami, rotacjami, unikami, czego mistrz tak cierpliwie się uczył, przelewając strugi potu na żmudnych treningach.
Wykorzystawszy w stu procentach dwie olimpijskie szanse, z trzeciego startu olimpijskiego w Monachium Kulej, choć waleczności wszyscy mu zazdrościli, zrezygnował. Wiek robił swoje, wypadło pogodzić się z myślą, że trzeba ustąpić miejsce młodszym, aczkolwiek będąc już dwukrotnym mistrzem olimpijskim, dwukrotnie złotym i raz srebrnym medalistą mistrzostw Europy, nie miał on równych nadal w wadze lekkopółśredniej, co potwierdzają dwa ostatnie tytuły mistrza Polski w latach 1969 i 1970 (ten z roku 1970 był notabene ósmym w karierze). Decyzja o rezygnacji z dalszego uprawiania boksu była słuszna i osobista, mimo oburzenia władz sportowych, gdyż liczono, że jeszcze raz podejmie próbę spowodowania, by zagrano mu Mazurka Dąbrowskiego i biało-czerwona dumnie powędrowała na maszt.
Gdyby otwarto mu drogę do przejścia na zawodowstwo, podobnie jak słynny Węgier Laszlo Papp, doszedłby zapewne również na profesjonalnych ringach do wielkiej sławy i pieniędzy. Było to jednak niemożliwe. Dla oficera MO w stopniu kapitana szlaban był zamknięty. Może dlatego właśnie Jerzy Kulej przez pewien okres czasu działał aktywnie na rzecz profesjonalnego pięściarstwa w Polsce. 
Doszedł do tego po wielu przedsięwzięciach życiowych. Prowadził uroczą kawiarenkę "Ring na Starówce", zrobił magisterium na AWF-ie, trenował młodzież (choć bez większego powodzenia), rozpierany wciąż młodzieńczą energią jeździł po świecie na saksy. W latach 2001-2005 był posłem na Sejm, wybranym z listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej z okręgu warszawskiego. W roku 2004 przeszedł do Socjaldemokracji Polskiej; w 2005 z jej ramienia bezskutecznie ubiegał się o reelekcję w wyborach parlamentarnych.
Dał się nawet poznać w produkcji filmowej. Był konsultantem przy kręceniu "Ogniem i mieczem" oraz serialu pod tym samym tytułem, wystąpił gościnnie m.in. w "Przepraszam, czy tu biją?" i "Papa Stamm". W roku 1996 opublikował swoją biografię "Jerzy Kulej – dwie strony medalu".
Ku własnemu zaskoczeniu odkrył w sobie nieprzeciętny dar sprawozdawcy sportowego. Jego fachowe relacje na antenie Polsatu Sport przybliżały telewizyjnej publiczności sztukę walki na pięści, w czym był jakże niezrównanym mistrzem.
10 grudnia 2011 roku doznał rozległego zawału serca. Siedem miesięcy później – 13 lipca 2012 roku – zmarł w Mazowieckim Szpitalu Bródnowskim. Bezpośrednią przyczyną zgonu była choroba nowotworowa. Uroczystości pogrzebowe dwukrotnego mistrza olimpijskiego odbyły się 20 lipca 2012 w Katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie z udziałem przedstawicieli władz państwowych, a także ludzi sportu i kultury. Pochowany został na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach.
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 8/2019

OŚWIATA

  • Studia nadal pożądane

POLITYKA

  • Na bieżąco

KULTURA

  • Intensywne lato "Wileńszczyzny"

ROCZNICE, JUBILEUSZE

  • "(...) trawy pachną i więdną po polsku"
  • Matka "Solidarności"

SPORT

  • Irennisima

W PRZESZŁOŚĆ ZAPATRZENI

  • Spotkanie po 60 latach
  • Ożyło Wilno, ożył Mickiewicz
  • Ku średniowieczu i wikingom

PODRÓŻE DALEKIE I BLISKIE

  • Malta – "rozdroże" między Afryką i Europą

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄRDOŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O bezsensie sensu

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie

Wiadomości (wp.pl)