O agresywności

drukuj
dr Jan Ciechanowicz, 15.06.2020

Norbert Elias twierdzi, że wrodzony człowiekowi popęd agresji stanowi przyczynę brutalności i okrucieństwa gatunku homo sapiens. Sama zaś agresywność przybiera konkretne formy na podstawie biologicznej w trakcie wychowania rodzinnego i szkolnego.

Profesor Edward O. Wilson także mniema, iż agresja jest cechą wrodzoną. Występuje jednak tylko u niektórych gatunków biologicznych i jest zależna od zagęszczenia populacji. Może ona być postrzegana jako wyspecjalizowana reakcja mająca sprzyjać jednostkom i grupom rywalizującym o jakieś ograniczone zasoby. Nie wszystkie gatunki osiągają takie zagęszczenie i taką liczebność, by rywalizacja była konieczna. Agresja nie jest żadną patologią. Historia naszego gatunku sprawia, że ludzie mają bardzo silną skłonność do odpowiadania na wszystkie zagrożenia z zewnątrz intensywną wrogością, doprowadzając ją do poziomu, który pozwala zniszczyć źródło zagrożenia i tym samym przetrwać. Mamy skłonność do lęku przed działaniem nieznanych nam ludzi i skłonność do posługiwania się agresją przy rozwiązywaniu konfliktów. Te reguły wykształciły się w trakcie tysięcy lat naszej ewolucji. Jednocześnie są one dziś już przestarzałe – znamy inne metody rozwiązywania konfliktów niż natychmiastowe sięganie po broń. 

To ostatnie zdanie niekoniecznie jest prawdziwe w swym optymizmie, natura ludzka bowiem nie zmieniła się i nadal tkwi w niej straszliwy potencjał zła i wrogości. W historii ludzkości rozdziały znaczone przelewem krwi następują po sobie nieomal jednym ciągiem i do dnia dzisiejszego nic się pod tym względem nie zmieniło. (…) Poskromiliśmy siły przyrody, zwyciężyliśmy zarazy, wytępiliśmy drapieżne zwierzęta, które były dla nas ongiś groźne. Dziś sami się stajemy dla siebie najstraszniejszymi wrogami, jeśli nie uda nam się opanować własnej agresywności (Irenäus Eibl-Eibelsfeldt, Miłość i nienawiść). 
Agresja pierwotnie stanowiła odruch samoobrony. Pojawiła się wówczas, gdy istota ożywiona nie potrafiła racjonalnie i spokojnie kontrolować sytuację egzystencjalnego zagrożenia, w której się niespodziewanie znalazła. Uzbecka mądrość polityczna głosi: sąsiad spokojny, tyś też spokojny. Dlatego wypada nie podejmować działań niepokojących sąsiada. Bo gdy się on zaniepokoi, nie będziesz miał spokoju także ty. 
Całe ludzkie życie składa się – nawet w sferze prywatnej – przeważnie z agresji i jej odpierania. Ludzie rywalizują nawet w sferze zawodowej, a każdy usiłuje wywyższyć się nad innych. Nie masz wszak tak podłych rękodzielników, aby nie spierali się co do pierwszeństwa rzemiosła, jakie uprawiają; każdy wynosi się nad tego, który wykonuje inny od niego zawód, odpowiednio do pojęć, jakie wytworzył sobie o wyższości własnego (Charles Louis de Secondat baron de Montesqieu). 
A nic tak nie drażni ludzi, jak wytknięcie im jakiejś wady lub zaniedbania, czyli "gorszości". Artystów, poetów i pisarzy nic więcej nie trwoży od owego oka, co widzi ich drobne oszustwa (Friedrich Nietzsche). Każdy tu uważa się za "wybitnego twórcę" i "autorytet", każdy się puszy i nadyma, porusza się na wyprostowanych jak kije nogach ("się szanuje") – i każdy jest mało wart. A przecież Jacques Tati (Tatischeff) wcale nie bez racji odnotował: Kto się uważa za zbyt ważnego dla małych spraw, ten przeważnie jest za mały dla spraw ważnych. Mimo iż może na konstatację tego faktu zareagować agresją.
* * *
Jeśli ktoś zbytnio przywiązuje się do czegoś na ziemi, powstaje chorobliwa agresja, łącznie z chęcią zabijania tych, którzy nie podzielają naszych uczuć i przywiązań. Na niektórych ludzi zresztą możliwość bezkarnego zabijania działa jak orzeźwiająca kąpiel narzanowa (Osip Mandelsztam). 
Jedną ze szczególnych form agresji stanowi napaść słowna, werbalna, która też w swoisty sposób zabija, tyle że powoli, nie od razu. W starożytności największą radość i przyjemność wielu ludziom sprawiał widok zabijania innych ludzi i zwierząt na arenach cyrków. Potem ten obyczaj złagodzono i niektóre ludy do dziś dnia rozkoszują się tylko widokiem zabijania byków lub kogutów. 
Ewolucja poszła jednak nie tylko w tym kierunku. Śmierć z natury rzeczy nie stanowi zjawiska nagłego, nieoczekiwanego, zaskakującego; czekamy na nią właściwie przez całe nasze życie. Co więcej, umieramy powoli w procesie stopniowego, powolnego wygasania nieubłaganie tłumionego i gnębionego życia aż do jego całkowitego zaniku. Ów stopniowy proces wygasania manifestuje się w egzystencji ludzkiej w postaci starzenia się, chorób, depresji, załamań, uwiądu, apatii i wreszcie agonii, w której procesie dusza porzuca, zwleka z siebie jak stare łachmany, niezdolne już do życia ciało ("zwłoki"). 
Ludzie jednak wynaleźli mnóstwo sposobów, aby sobie nawzajem w procesie umierania pomóc. W pradawnych czasach zabijano za pomocą rąk, nóg, zębów, kamieni, kijów. Cywilizacja wybitnie usprawniła i udoskonaliła te metody, jak też narzędzia mordu. Po maczugach, nożach, oszczepach i łukach przyszła broń palna, chemiczna, biologiczna, atomowa, neutronowa, laserowa itp. 
Ale oprócz imponującego postępu w dziedzinie bezpośredniego mordowania ludzka cywilizacja poczyniła niebywałe kroki także w zakresie sztuki powolnego zabijania – i to za pomocą słów. Język bowiem – odpowiednio spreparowany i użyty – może stanowić wysoce wyspecjalizowane i skuteczne narzędzie moralnego, a także i fizycznego niszczenia. Działając skrycie, kroplowo, metodycznie można dowolną osobę przedwcześnie postarzeć, załamać, zniechęcić do wszystkiego, pognębić, zmusić do samobójstwa. 
Kłamstwo, oszczerstwo, obelga, groźba, zjadliwość, szyderstwo, donos, obmowa – to dalece nie wszystkie metody i objawy agresji słownej. Filozof Prentice Mulford w książce Przeciwko śmierci napisał, iż ludzie dlatego tak szybko się starzeją, chorują i przedwcześnie umierają, ponieważ za często są niszczeni przez smutne słowa i myśli, przewidywania i lęki, które są czymś w rodzaju autoagresji. Czcze obawy i czcza gadanina są niepotrzebne i toksyczne. Gadanina otwiera jestestwu rozumiejące bycie ku jego światu, ku innym i ku niemu samemu, ale tak, że owo bycie ku… jest w modus pozbawionego gruntu zawieszenia. Ciekawość otwiera wszystko, tak jednak, że bycie-w jest wszędzie i nigdzie. Dwuznaczność nie skrywa niczego przed rozumieniem jestestwa, jednakże tylko po to, aby bycie-w-świecie stłumić w wykorzenieniu wszędzie-i-nigdzie (Martin Heidegger, Sein und Zeit). 
* * *
Alfred Le Vine rozróżnia pięć rodzajów agresji, które stanowią podłoże, a zarazem postacie społecznych konfliktów.
1. Agresja fizyczna (pobicie, zranienie, zabójstwo, rabunek, zabór lub zniszczenie mienia itp.).
2. Agresja werbalna (publiczna zniewaga, nieuzasadnione oskarżenie, podburzanie jednych osób przeciwko drugim etc.).
3. Agresja werbalna ukryta (puszczanie w obieg plotek, propaganda szeptana, skryte podszczuwanie).
4. Agresja sabotażowa (umyślne utrudnianie lub udaremnianie istniejącej współpracy, pomniejszanie jej efektów, sabotaż). 
5. Agresja unikowa (działanie na szkodę firmy przez niedziałanie, unikanie kontaktów i wymiany informacji, tworzenie sztucznych barier i przeszkód różnego rodzaju). 
Agresja w większości przypadków rodzi się w sytuacji stresu, niepowodzenia, lęku, niepewności swego bezpieczeństwa, czyli że u swego źródła jest ona osobowo nie ukierunkowana, lecz ujście może znaleźć wyłącznie wyładowując się na jakiejś konkretnej (nieraz przypadkowej i Bogu ducha winnej) osobie. Coś wprawia nas w stan złości, my zaś ukierunkowujemy to uczucie na kogoś, kto akurat znalazł się pod ręką. Ten zaś – o ile jest człowiekiem rozważnym – zdając sobie sprawę z tych okoliczności – postąpi wedle zasady "mądrzejszy ustąpi". 
Po części chyba to miał na myśli Jezus z Nazaretu, gdy powiadał, że po tym, gdy ktoś uderzy nas w prawy policzek, należy podstawić i lewy. W ten sposób unikamy uzależnienia od cudzej nienawiści, jak też przekształcenia mało znaczącego incydentu w długotrwały konflikt i wojnę. Wypada tedy wszelkie przejawy agresji niejako puszczać mimo siebie, nie zaś na siebie przyjmować. 
Kto odnosi wszelkie manifestacje agresji do swej własnej persony, podobny jest do głupca, który biega i świadomie podstawia się pod strzały łucznika, nawet w niego nie celującego. Po tym zresztą poznajemy głupca, że ciągle się obraża i czuje się byle czym urażony. Nie warto reagować agresją na agresję, ponieważ tak czyniąc stajemy się niejako tylko "cieniem" naszego przeciwnika, sumą reakcji na jego zachowanie; tracimy swą wolną wolę i autonomię. 
* * *
Gdy znajdujemy się w sytuacji konfliktu, wpadamy w potężne złudzenie, mniemamy mianowicie, że nasze racje są słuszne i niewzruszone i że bezapelacyjnie należy nam się zwycięstwo. "Wroga" zaś uważamy nie tylko za tego, kto błądzi i "jest głupi", lecz też za kogoś "złego", mającego niedobre intencje, a więc nie zasługującego na to, by traktować go fair. Upieranie się przy poprawności swej pozycji prowadzi do dwu faktów psychologicznych: usprawiedliwiania siebie i potępiania "drugiego". 
Obwiniając jednak kogoś, tym samym ferujemy wyrok na siebie, jaką bowiem miarą mierzymy, taką i nas się zmierzy; co więcej, będą nas sądzić jeszcze surowiej i w sposób jeszcze bardziej stronniczy niż my to czynimy. Rozumiejąc zaś i traktując spolegliwie adwersarza powodujemy, iż i nas się rozumie i traktuje wyrozumiale. Potępiając czyjeś postępowanie rzadko potrafimy postawić siebie na jego miejsce i zrozumieć, dlaczego zachował się w określonej sytuacji tak, a nie inaczej. Sądząc i atakując innych, z reguły zapominamy, że nasza własna pozycja to nic innego, jak tylko subiektywne mniemanie. 
Zanim rzucimy komuś w twarz rękawicę, powinniśmy z odrobiną zdrowego samokrytycyzmu zastanowić nad sobą: Czy naprawdę jesteśmy tak wielcy, aby domagać się, by wszyscy nas kochali, szanowali i akceptowali? Czy czasem nasza uraza nie jest urojona? A może to my nie mamy racji? Czy naprawdę uważamy, iż jesteśmy nieomylni, a cała reszta ludzkości błądzi? Szczypta autoironii spowoduje, że nie odpowiemy dobrym za nadobne i zamiast z mściwą wrogością potraktujemy partnera dyskusji z łagodną i wyrozumiałą pobłażliwością, szanując jego prawo do błędu. 
I co ciekawe, nieraz namiętnie nienawidzimy w innych to, z czym nie możemy pogodzić się w nas samych, to, co przypomina nam o dawnych rozczarowaniach, potknięciach, przykrościach. Nikt np. tak bardzo nie potępia czyjegoś pijaństwa, jak inny pijak. 
Wrogość przybiera charakter szczególnie zawzięty między osobami bliskimi, dobrze się nawzajem znającymi, co zresztą umożliwia im ranić się nawzajem szczególnie dotkliwie. 
Nie warto przejmować się okolicznością, iż jesteśmy przedmiotem ataków i nienawiści. Jak powiadał rabin Maggid z Międzyrzecza, rabusie napadają na posiadaczy skarbów, a nie na furmanki naładowane gnojem; żeby zaś potrafić odeprzeć ich agresję, wystarczy spostrzegać samych siebie właśnie jako posiadaczy skarbów, budzących zawiść i gniew osobników nie tak hojnie przez los obdarzonych. 
Reagujemy więc na nienawiść pobłażliwością nie zaś wzajemnością, pamiętając, iż więcej ktoś znaczy, tym wścieklej bywa atakowany. Jak mawiał mądry rabin z Ropczyc: Nieprzyjaciele znacznego człowieka potępią go niezależnie od tego, jak on będzie postępował. I cóż w tym złego? Czyżbyś chciał, by cię durnie i kanalie chwalili? Niech raczej obszczekują, to większy zaszczyt niż ich pochwały. 
Nikt nie jest tak głuchy i ślepy, jak ten, kto nie chce ani słyszeć, ani widzieć. Złość zaś szczelnie zamyka ludziom uszy i oczy, tak iż nic nie słyszą i nic nie widzą, a potępiają wszystkich, biegnąc na oślep tam, dokąd pędzi ich zaślepiona miłość własna i zawiść. I właśnie zanim umysł nie został ostatecznie sparaliżowany spazmami nienawiści, rozum nakazuje zrobić głęboki wdech, odetchnąć, przymknąć oczy, wyluzować się, przez chwilę nic nie mówić i nie czynić. I fala nienawistnego napięcia opadnie. Nie będziemy więc musieli poniewczasie ubolewać nad tym, cośmy mogli rzec i zrobić w stanie gniewnego podniecenia. 
Człowiek rozważny, w przeciwieństwie do głupca, najpierw myśli, a potem mówi lub zgoła zachowuje złote milczenie w sytuacjach szczególnie napiętych. W sprzeczce nieraz warto ustąpić, także wówczas, gdy wiemy, że to my mamy rację. Skutkiem takiego ustępstwa staje się uspokojenie i przyjaźń, podczas gdy uparte trwanie przy swoim kończy się bolesnym starciem, po którym gorzki osad na dnie serca pozostaje na długo, jeśli nie na zawsze. Gdy jednak idzie o sprawy zasadnicze, taka elastyczność przeistacza się w prostytucję.
* * *
Jeden z bohaterów powieści Józefa Mackiewicza Nie trzeba głośno mówić wywodzi: Wojna jest tylko wojną. Ale grzech pierworodny tkwi w tym, że to, co arcyludzkie, i tylko ludzkie, jak wszystkie straszne i masowe, i wyszukane zbrodnie, my właśnie nazywamy: "nieludzkie". Od tego pierwotnego superkłamstwa zaczyna się i pochodzi wszystkie inne kłamstwo. Tymczasem jest ono zupełnie jawne… Najokropniejsze zbrodnie popełniane być mogą wyłącznie przez ludzi… Jeżeli chcemy wykorzenić pewne zło, musimy szukać jego korzeni. Musimy te korzenie znać. Jeżeli zaś ktoś te korzenie, te źródła zbrodni będzie widział nie w naturze ludzkiej, lecz w pewnej klasie, narodowości, czy innej sztucznie wyspekulowanej przyczynie, to ewidentnie nie może tego zła zwalczyć tam, gdzie go nie ma, ani wykorzenić, szukając korzeni, gdzie nie rosną, i zresztą nigdy nie rosły… Dlatego wojna jest przede wszystkim rzeczą ludzką, a załamywanie rąk nad "nieludzkością" jest kłamstwem… Co jest zbrodnią, a co nią nie jest, decyduje nie prawda obiektywna. Decyduje o tym strona zwycięska. Najbardziej bowiem nieludzkimi istotami ożywionymi są ludzie. Tylko ludzie są zdolni do palenia sobie podobnych na stosach. 
Agresywne odruchy i impulsy natury ludzkiej powinno się jednak hamować, wyciszać i oddalać od siebie, są one bowiem zabójcze. Nie miał racji Sigmund Freud, twierdząc, iż powstrzymanie agresji jest niezdrowe. Jest dokładnie przeciwnie. Agresja odrywa człowieka od tego, co dobre, i wielce utrudnia proces powrotu do zdrowia psychicznego lub nawet go udaremnia. Nie tylko agresja do ludzi, ale też w stosunku do zwierząt i roślin może powodować schorzenia. 
Nie warto reagować na każde zło agresją. Poniżenia bowiem i przykrości doznawane od innych są na nas zsyłane po to, abyśmy mniej kochali ludzi, a więcej Boga, i w ten sposób ratowali swoją duszę. Zło pochodzące od ludzi staje się naszym dobrem, dlatego nie powinniśmy nigdy nikogo o nic obwiniać, rozumiejąc, że winnych nie ma, a nasi wrogowie czynią wiele, by nas prostować i ratować. Dlatego też należy ich miłować i być im wdzięcznym choćby za to, że są i że zwalczają nasze wady, ułomności i błędy. 
Gdy nikogo o nic nie winimy i nikogo niczym nie obciążamy – zanika nienawiść i agresja w naszym sercu – dwa podstawowe źródła niepokoju i chorób. Oczywiście, powinno się i w tej sytuacji nie zapominać, że w stosunkach z ludźmi wypada zachować ostrożność. Z wody wyławia się zdrową rybę nie po to, aby żyła dla siebie, lecz aby była pokarmem dla innych. Woła się nas i przyzywa jednak, byśmy żyli dla innych i umarli dla siebie. Myśliwy kocha jelenia, ale dla jadła, które z niego zrobi; tropi sarny, ściga młode zające, jednak po to, aby sam miał się dobrze, a one stały się niczym. I nas ludzie kochają, lecz nie dla nas samych, miłują ze względu na siebie, pragną nas wykorzystać dla własnej przyjemności i wygody (Piotr Damiani, O wszechmocy Bożej). 
* * *
Jedną z najniebezpieczniejszych dla samego nosiciela form agresji jest wrogość do własnych rodziców, odczuwanie lub wypowiadanie jakichś pretensji do nich. Ponieważ rodzice są kimś w rodzaju pośredników między dziećmi a Bogiem, każde niezadowolenie z nich jest agresją skierowaną na Stwórcę. Wraca ona zawsze w tej czy innej postaci do swych nosicieli i powoduje w ten bądź inny sposób ich zniszczenie. Rodzicom zawsze – z wyjątkiem drastycznych przypadków, gdy się ma do czynienia z rodzicami patologicznymi, którzy np. wykorzystują seksualnie, zabijają lub sprzedają swe potomstwo – należy się szacunek i miłość od dzieci. 
Następnie należy się wystrzegać nieprzyjaźni i pretensji do swych bliskich: rodzeństwa, małżonka, innych krewnych i ukochanych. Nie wolno mieć im za złe ich słów i czynów. Bardzo niebezpieczna jest agresja skierowana na samego siebie w postaci niezadowolenia z siebie samego i swego postępowania. Na kolejnej pozycji można umieścić rodzaj agresji, związany z żalem o przeszłości i z lękiem o przyszłość, które pośrednio dają wyraz naszej nieufności do Boga, z którego woli przecież staje się i dzieje wszystko. 
Nawet nieznaczny wzrost potencjału agresji może powodować eliminację przez życie: człowiek może stracić uzdolnienia, talent, nieoczekiwanie zapaść na groźne schorzenie, zejść ze sceny na skutek nieszczęśliwego wypadku lub na mocy "przypadku", czyli wyroku Opatrzności, kariera jego zacznie się kruszyć bez widomych powodów. Dlatego najwyższy profesjonalizm artysty, malarza, kompozytora, pisarza czy polityka powinien zawierać, jako część składową obok umiejętności technicznych, także wewnętrzną dobroć, życzliwość oraz miłość do Boga i ludzi. Polityk o wysokim poziomie podświadomej agresji nie ma perspektyw. Wola i intelekt okazują się tu zepchnięte na drugi plan.
Etyka, higiena życia duchowego powinny być nie hasłem, lecz żywym skutkiem pogłębionego rozumienia świata i jego praw. Złożoność tego zadania polega na tym, że trzeba się nauczyć łączyć pojęcia w pewnej mierze przeciwstawne: idealizm i materializm, religię i naukę, logikę i intuicję, wysokie uduchowienie i praktycyzm, filozoficzną miłość do ludzi i świata ze zwykłymi odruchowymi emocjami.
Agresywność jako stan duszy i styl postępowania szkodzi nie tylko bezpośrednio jej nosicielowi, ale też jego potomstwu, podczas gdy dobroduszne usposobienie jest dla wszystkich źródłem pomyślności. Im więcej żywimy w stosunku do bliskiego człowieka pretensji, złości, niezadowolenia, zazdrości lub zawiści, tym bardziej się od niego uzależniamy, a w końcu – wbrew naszej woli i świadomości – czynimy z niego bóstwo. Im większe jest nasze zadurzenie i uzależnienie, tym większa nienawiść i agresja. 
Dlatego nadmierna miłość bywa często przyczyną morderstw w małżeństwie i innych nieszczęść. Nadmiernie zaś kochany małżonek ma wręcz przymus wewnętrzny do zdradzania, poniżania i szkodzenia swemu zakochanemu w nim na zabój partnerowi; w ten sposób los pomaga zakochanej osobie zrozumieć, że wnosi nadmierny wkład miłości do niewłaściwego banku: człowiek nie ma prawa ubóstwiać innego człowieka. 
Często osoba, która nie poradziła sobie z miłością i zazdrością, podświadomie przenosi punkt oparcia swego życia nie na miłość do Boga, lecz na uzdolnienia i zajęcia umysłowe. Wówczas, niepostrzeżenie dla siebie, wpada w pychę i wyniosłość wobec innych ludzi, zaczyna wszystkimi gardzić, wszystkich potępiać i nienawidzić. A przecież agresja w stosunku do ludzi stanowi w istocie rzeczy agresję przeciwko Bogu, zostaje więc niebawem odwrócona i uderza zwrotnie w swoje źródło. Włącza się program samozniszczenia. Dotknięta pychą osoba wpada w narkomanię, alkoholizm, rozkłada się, degraduje duchowo, moralnie i socjalnie i wreszcie w samotności i nędzy odchodzi z tego świata. 
Jeśli zaś następuje zwrot w kierunku ideałów moralnych, etyki szlachetności i godności – zazdrość i pycha mogą wybuchnąć ze zwielokrotnioną siłą. Im wyższy jest poziom duchowy osoby, im bardziej wzniosłym on się staje, im bardziej ktoś oddaje się snuciu wielkich marzeń i nadziei, tym bardziej zaczyna ingerować w przebieg przyszłości, która jest przecież w wyłącznej gestii Opatrzności Bożej. 
Jeśli więc osoba ludzka o tym nie zapomina i obok pracy nad samodoskonaleniem wciąż kocha Boga i ludzi, jeśli jest świadoma swej zależności od sił wyższych, wówczas potencjał jej uduchowienia przenosi się także na jej potomstwo, na dzieci i wnuków, i sprawia, że ich przyszłe stosunki ze światem będą harmonijne, udane i owocne. Im więcej w kimś uduchowienia, godności i szlachetności, tym więcej wartości duchowych i materialnych będą posiadać jego potomkowie. 
W żadnym jednak razie nie powinno się ubóstwiać i absolutyzować samo uduchowienie jako takie lub swą i swego rodu przyszłość. Uzależnienie bowiem nie od Boga, lecz od przyszłości, powoduje jej zamknięcie i stratę, co się odbywa przez zapadnięcie na ciężką, nieuleczalną chorobę lub śmierć. Tkwi w tym ogromne niebezpieczeństwo, że im wyższe uduchowienie, tym większa pokusa uzależnienia się od niego i uczynienia z niego absolutnego ideału. 
Początek procesu rozpadu można poznać z okoliczności, że przeżywamy lęk o przyszłość swą i swych bliskich, zapominając, iż jest ona w ręku Tego, Który nas po ojcowsku kocha. Gdy przesadnie koncentrujemy się na naszych planach i marzeniach, boleśnie przeżywamy każde ich zachwianie i nie zgadzamy się na przyjęcie innej wersji zdarzeń niż ta, jaką sobie wymarzyliśmy. 
Wówczas krach naszych ideałów, marzeń i nadziei odbieramy jako wielką tragedię i odrzucamy możliwość akceptacji swego losu. Powstajemy przeciw Bogu. Ten stan duszy sprawia, iż zaczynamy notorycznie doznawać zdrad, podłości, niesprawiedliwości i odrzucenia ze strony osób i społeczności, z którymi dotąd utożsamialiśmy się; następuje rozpad losu, zdrowia i życia. 
Chodzi o to, że z uzależnieniem od ideałów ducha i przyszłości występuje synchronicznie pogarda do tych, którzy nie są bogaci duchowo, do ludzi mało uzdolnionych, głupich, nieporządnych, nieuczciwych, nieprzyzwoitych, leniwych, pod jakimś względem ułomnych. A przecież oni też są istotami zrodzonymi na mocy woli Bożej: nikt nie staje się durniem czy kaleką, łajdakiem czy zbrodniarzem z własnego dojrzałego postanowienia. 
Ci osobnicy też chcieliby być utalentowani, dobrzy, piękni, wspaniali, zdrowi na ciele i na duszy, ale Bóg postanowił, że będzie inaczej – być może tworząc dla nich w ten sposób szansę większego zbliżenia się do Niego, choć oni nie zawsze zdają sobie z tego sprawę i brną w przeciwnym kierunku. I oto zaczyna ktoś nimi (ulubieńcami Boga!) gardzić lub ich nienawidzić, to znaczy zaczyna gardzić Bogiem i nienawidzić Jego wyroków (choć najczęściej wcale nie zdaje sobie z tego sprawy). Ale skutek jest nieunikniony: dotykają nas nikczemności i zdrady, niesprawiedliwości i podłości, prześladowania i dokuczliwości ze strony – nie, nie tych, którymi gardzimy, lecz ze strony tych, których szanujemy i kochamy, którym poświęciliśmy nasze starania, całe nasze życie. I im większe było nasze dla nich poświęcenie, tym bardziej druzgocących ciosów od nich doznajemy. 
Cóż czynić? Trzeba łagodnie przyjąć i zaakceptować zaistniały stan rzeczy, oderwać swe serce od tych, których przecież tak kochamy, podziękować im w duchu za naukę, którą od nich dostaliśmy (czyli za niesprawiedliwość, nikczemność, poniżenie) i skierować całe swe serce i umysł ku Bogu, dziękując Mu za wszystko, co sprawia, i modlić się o ratunek duszy tych wszystkich, którzy okazali nam swą pogardę, złość, nienawiść, niewdzięczność, niezrozumienie. Należy też ostatecznie pojąć, że nasza i ich przyszłość stanowi niepodzielną domenę Boga, oddać więc ją z całym zaufaniem i bez zastrzeżeń w Jego ręce. 
Im bardziej nasza dusza jest uzależniona od wartości ziemskich, doczesnych, tym więcej musimy doznawać przykrości i nieszczęść, aby się ona z tego uzależnienia uwolniła i oczyściła. Gdy więc Bóg zsyła na nas jakieś cierpienia, przyjmujmy je z pokorą i wdzięcznością – to jest droga do uratowania nie tylko nas, ale też naszych dzieci, wnuków i prawnuków, ich życia i dobrej przyszłości. 
Jeśli jednak na taki rozwój zdarzeń reagujemy złością, nienawiścią, wyniosłą pychą i pogardą – możemy niebawem oczekiwać nadciągnięcia ciężkich chorób, kolejnych nieszczęść i śmierci. Nie żałujmy więc przeszłości, akceptujmy teraźniejszość, nie lękajmy się przyszłości – pamiętajmy, że nad światem i nad nami niezmiennie czuwa Stwórca – to jest stan zdrowej duszy i zdrowego ducha. Gdy jest tak – wszystko będzie dobrze, czyli tak, jak chce dobry i mądry Bóg, wiedzący lepiej od nas, dlaczego feruje takie, a nie inne wyroki. 
Zarówno szczęście, jak i nieszczęście dają nam możliwość zwrócenia się ku Niemu, który jedyny jest prawdziwym Wiecznym Bytem, emanującym z siebie nas – czyli małe, przemijające byty incydentalne. Dlatego też Bóg nieraz destabilizuje nasze życie, by przypomnieć o konieczności pamiętania o Nim i kochania Go, abyśmy nie ulegli ostatecznemu zaślepieniu, rozkładowi i zniszczeniu. Dlatego umiejętność zachowania i pielęgnowania miłości do Boga i życzliwości do ludzi wówczas, gdy poniżona i zrujnowana została miłość do człowieka, stanowi istotną część sztuki unikania agresywności, sztuki mądrego życia.
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 6/2020

MĘSTWO POLSKIEGO ŻOŁNIERZA

  • Honory dla rotmistrza Pileckiego
  • Błękitna Armia – jego tworem
  • Uskrzydlona husaria

NASZA WIARA

  • W szkole JPII – lekcja ojcostwa

POLITYKA

  • Na bieżąco

OŚWIATA

  • Matura z "koroną"

MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ

  • Krótkie szczęście małżeństwa Sierakowskich

LITERATURA

  • "Światowiec z Borzęcina"

MUZEALNICTWO

  • Utracona szansa

FILM – TEATR

  • Superman socjalizmu

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • Styczyńscy. Spod Wilna na Syberię
  • Męczeństwo kresów 1918-1956

SPORT

  • Siał postrach wśród rywali

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O agresywności

Nasza księgarnia

Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie