O celu życia

drukuj
dr Jan Ciechanowicz , 16.05.2019

Człowiek stawia przed sobą w procesie życiowej aktywności mnóstwo zadań i celów, które na bieżąco rozstrzyga i osiąga lub nie. Pytanie jednak brzmi: czy cała ta aktywność jako taka ma jakiś ogólny sens, czy jednak nie jest niczym innym, jak tylko marnością nad marnościami? Czy sens i cel egzystencji człowieka jest taki sam, czy inny niż zwierzęcia, drzewa, kamienia, asteroidy, trawy? Życie jest bardziej niż dym niestałe, bardziej niż cień próżne (Erazm z Rotterdamu). A świat trudny do zaakceptowania, na co wskazywał Žarko Petan w aforyzmie: Bóg stworzył świat zaledwie w ciągu sześciu dni; można więc to uważać za okoliczność łagodzącą…

Po co tedy żyć? Chyba niejeden człowiek odebrał sobie życie po zadaniu tego retorycznego pytania. Jeszcze liczniejsi inni na złamany kark rzucają się w wir życia, byle tylko zapomnieć o tym "przeklętym" pytaniu, czynią celem życia samo rozkoszowanie się nim. Jak to opisał Max Stirner: Moje obcowanie ze światem polega na tym, że go używam, a więc wykorzystuję do rozkoszowania się samym sobą. Moje obcowanie jest używaniem świata i polega na samoużywaniu... Kto troszczy się tylko o to, by żyć, ten – w tej troskliwości – łatwo zapomina o rozkoszy życia. Jeśli chodzi mu wyłącznie o życie, a więc o to, by drogie życie zachować, to nie wykorzystuje on wszystkich swych sił, by z niego korzystać, tzn. by je używać. A jak korzysta się z życia? Spalając je jak świecę; używamy życia, a zatem siebie, żywych, trawiąc je i siebie zarazem. Używanie życia polega na zużywaniu życia. Szukajmy zatem rozkoszy życia! 
Na tej drodze jednak czyhają na osobę ludzką liczne pułapki i niebezpieczeństwa. Wrogowie kierują w jego [człowieka] stronę spojrzenie, śledząc jego najmniejsze kroki w nadziei na możliwość znalezienia kilku szpar, przez które mogliby się przedostać, dążąc do tego, by oddalić go od Boga (Ibn Arabi, Traktat o miłości). Człowiek zaś oddalony od Boga oddala się też od siebie, aż w końcu ulega zatraceniu i dezorientacji.
Nowoczesny człowiek rozproszył się w niezmiernej mnogości spraw, a przy tym stracił wszelki związek z wielkimi życiodajnymi prawdami, które różnorodność zamieniają w jedność i odnoszą wszelkie życie i wszelkie dążenie do wielkiego ośrodka duchowego. Stąd też stracił nie tylko najsilniejsze podniety dla całej swej energii życiowej, lecz nadto wszystkim jego dążnościom brak właściwej miary, świadomego, celowego podporządkowania pod to jedyne, co użycza wszystkim ludzkim dążeniom należytego sensu i treści (...) Wielostronność jest wprost niebezpieczeństwem dla charakteru, o ile silna zasada jedności nie przeciwdziała tendencji rozszczepiania (Friedrich Wilhelm Foerster, Szkoła i charakter). 
W krajach kultury europejskiej ta zgubna tendencja od kilku wieków potęguje się i nic nie wskazuje na to, by miała słabnąć i ustępować na rzecz poczucia pełni i sensu życia. Indywidualne poczucie bezsensu – poczucie, że życie nie ma do zaoferowania nic godnego uwagi – staje się w warunkach późnej nowoczesności fundamentalnym problemem psychicznym. To zjawisko należy rozumieć w kategoriach wypierania pojawiających się w życiu codziennym wątpliwości moralnych, którym odmawia się odpowiedzi. "Izolacja egzystencjalna" to nie tyle oddzielenie jednostek od siebie nawzajem, ile ich oddzielenie od zasobów moralnych koniecznych do osiągnięcia życiowej satysfakcji i pełni egzystencjalnej. Refleksyjny projekt "ja" generuje programy samorealizacji i samodoskonalenia. Jednakże dopóki te możliwości są postrzegane przede wszystkim jako kwestia rozszerzenia zasięgu nowoczesnych systemów kontroli na jaźń, pozostają pozbawione treści moralnej. "Autentyczność" staje się nadrzędną wartością i tworzy ramy samorealizacji, ale jest to proces moralnie upośledzony (Anthony Giddens, Nowoczesność i tożsamość). 
Na skutek tego procesu treść ludzkiego życia ulega monstrualnemu spłyceniu i banalizacji, a dominującym typem charakterologicznym staje się filister, czyli uosobiona mierność moralna i umysłowa. Mieszczanin (filister) to człowiek, który utracił sens bytu (Emmanuel Mounier).
Słowo filister – jak bardzo trafnie napisał Arthur Schopenhauer – określa człowieka, którego siły intelektualne nie przekraczają ani na jotę normy i który wobec tego nie ma żadnych potrzeb duchowych. Jest on i będzie zawsze człowiekiem bez zmysłu piękna; nieokrzesanym. Jest to człowiek, który zajęty jest najpoważniej w świecie rzeczywistością, która wcale rzeczywistością nie jest. Natomiast pierwsza definicja pozwala łatwiej na bardziej szczegółowe wyjaśnienie, a wystarczająco określa istotę sprawy, sedno wszystkich właściwości, jakie cechują filistra. Jest to zatem człowiek bez potrzeb duchowych. Żaden pociąg do poznania i zrozumienia pojętego jako cel sam w sobie, żaden pokrewny tamtemu pociąg do prawdziwych rozkoszy estetycznych nie rozświetli jego egzystencji. Jeśli moda lub autorytet zmuszą go do jednej z tych przyjemności, potraktuje ją jak swego rodzaju przymus i możliwie szybko z nią się upora. Prawdziwymi rozkoszami są dla niego tylko rozkosze zmysłowe: one mu wszystko wynagradzają. Dlatego ostrygi i szampan są dla niego kwintesencją istnienia, a zdobycie wszystkiego, co zwiększa materialny dobrobyt – to cel jego życia. Całe szczęście, jeśli mu to przysparza dużo wysiłku! Jeśli bowiem od początku posiada te dobra, wówczas niechybnie padnie pastwą nudy; aby ją odpędzić, wymyśla się teraz wszystko, co tylko możliwe: bale, teatry, towarzystwo, grę w karty, hazard, wyścigi, kobiety, pijatyki, podróże itd. A przecież wszystko to nie pomaga na nudę, jeśli brak potrzeb duchowych uniemożliwia duchowe rozkosze. Dlatego filistra cechuje posępna, kamienna powaga, przypominająca powagę zwierząt. Nic go nie cieszy, nic go nie wzrusza, nic nie budzi jego zainteresowania. Gdyż zmysłowe rozkosze szybko się wyczerpują; towarzystwo złożone z samych takich filistrów szybko staje się nudne; gra w karty koniec końcem nuży. Prawda, że zostają mu jeszcze przyjemności, jakich dostarcza właściwa mu próżność; polegają one na przewyższaniu innych bogactwem, stanowiskiem, wpływami lub władzą, za co ludzie ci go szanują, albo też na utrzymywaniu stosunków z ludźmi znakomitymi pod tym względem i na wygrzewaniu się w blasku ich świetności (a snob). – Z takiego określenia podstawowej cechy filistra wynika po wtóre, mając innych na uwadze, że skoro nie ma on żadnych potrzeb duchowych, lecz tylko cielesne, będzie też szukał ludzi, którzy drugie a nie pierwsze potrafią zaspokoić. Wśród wymagań stawianych przez niego innym ludziom najmniejszą więc rolę będą grały wybitne zdolności duchowe; przeciwnie, o ile z takimi się spotka, wywołają u niego raczej niechęć, ba, nienawiść, ponieważ odczuje wtedy tylko dotkliwie własną niższość, a nadto dokuczliwą, cichą zazdrość, którą będzie taił najstaranniej, usiłując utrzymać ją w sekrecie nawet sam przed sobą, ale też właśnie na skutek tego przeradza się ona nieraz w milczącą wściekłość. Nigdy więc nie przyjdzie mu na myśl, by właściwościami duchowymi mierzyć ludzką wartość, i swój szacunek, lecz przyznaje je wyłącznie stanowisku i bogactwu, władzy i wpływom, gdyż w jego oczach są to jedyne prawdziwe zalety i sam chciałby nimi błyszczeć. – Wszystko wynika jednak z tego, że jest człowiekiem bez potrzeb duchowych. Źródłem bezmiernych cierpień filistra jest okoliczność, że byty idealne nie dostarczają mu żadnej rozrywki, lecz potrzeba mu stale realiów, aby ujść przed nudą. Realia zaś bądź rychło się wyczerpują, a wówczas zamiast bawić, męczą, bądź ściągają wszelkiego rodzaju nieszczęścia; gdy tymczasem byty idealne są niewyczerpane i z natury swej niewinne i nieszkodliwe.
Tenże autor w dziele Aforyzmy o mądrości życia dodawał: Człowiek musi wiedzieć, czego naprawdę, zasadniczo i przede wszystkim chce, czyli co jest dla jego szczęścia najważniejsze, a co stoi na drugim i trzecim planie; a także poznać, jakie w ogólnych zarysach jest jego powołanie, rola i stosunek do świata. Jeśli są one ważne i szczytne, wówczas największym pokrzepieniem będzie dla niego widok planu własnego życia w miniaturze, co umocni go, skrzepi, podniesie na duchu, zachęci do czynu i powstrzyma od zejścia na manowce.
Jak wędrowiec dopiero na szczycie wzgórza poznaje i ogarnia wzrokiem całą przebytą drogę, wszystkie jej zakręty i krzywizny, tak i my dopiero przy końcu jakiegoś okresu w naszym życiu lub pod koniec całego życia dostrzegamy prawdziwe związki między naszymi czynami, osiągnięciami i dziełami, ich konsekwencje i powiązania, a także ich wartość. Dopóki bowiem jesteśmy w nie uwikłani, dopóty działamy zawsze zgodnie z niezmiennymi cechami naszego charakteru, pod wpływem motywów i wedle naszych zdolności, a więc w sposób konieczny, w każdej bowiem chwili robimy tylko to, co wydaje nam się akurat słuszne i właściwe. Dopiero wynik pokazuje, co z tego wyszło, a spojrzenie wstecz na cały splot zdarzeń – jak i dlaczego. Dlatego też właśnie, dokonując największych czynów lub tworząc nieśmiertelne dzieła, nie zdajemy sobie z tego sprawy, lecz dostrzegamy tylko ich przydatność dla naszych aktualnych celów, ich zgodność z naszymi obecnymi zamiarami, a więc coś, co w danej akurat chwili jest słuszne; ale dopiero z całości i w jej wewnętrznym związku prześwituje następnie nasz charakter i nasze zdolności, po szczegółach zaś widać, jak w labiryncie błędnych ścieżek wkroczyliśmy na jedynie słuszną drogę, jakby pod wpływem inspiracji – wiedzeni geniuszem. Dotyczy to zarówno teorii, jak praktyki; a w przeciwnym wypadku – poczynań złych i błędnych.
Ważną rzeczą, jeśli chodzi o mądrość życia, jest właściwa proporcja między uwagą poświęconą teraźniejszości i przyszłości – tak, aby żadna z nich nie odbiła się ujemnie na drugiej. Wielu żyje za bardzo teraźniejszością: ludzie lekkomyślni; inni za bardzo przyszłością: bojaźliwi i przezorni. Rzadko kto zachowuje właściwą miarę. Ci ludzie, co pod wpływem swych dążeń i nadziei żyją tylko przyszłością, patrzą tylko naprzód i niecierpliwie wybiegają naprzeciw nadchodzącym zdarzeniom, jakby miały one przynieść przede wszystkim prawdziwe szczęście, gdy tymczasem teraźniejszość przemija niepostrzeżenie, a oni z niej nie korzystają, ci mimo arcymądrej miny podobni są owym osłom w Italii, które zmusza się do szybszego biegu, wieszając na kiju przymocowanym im do głowy wiązkę siana; widzą ją stale tuż przed sobą i spodziewają się uchwycić. W rzeczywistości ludzie ci sami oszukują się w grze, gdzie stawką jest całe życie, gdyż żyją zawsze tylko ad interim – dopóki nie przyjdzie śmierć. – Zamiast więc stale i wyłącznie zajmować się planami i troską o przyszłość lub oddawać się tęsknocie za przeszłością, nie powinniśmy nigdy zapominać, że realna jest tylko teraźniejszość i że tylko ona jest pewna, natomiast przyszłość kształtuje się prawie zawsze inaczej, niż sobie wyobrażamy, co więcej, przeszłość też była inna, tak że na ogół obie mają mniejsze znaczenie niż nam się wydaje. Odległość bowiem, która dla oka pomniejsza obrazy, powiększa je dla myśli. Tylko teraźniejszość jest prawdziwa i rzeczywista: ona jest czasem realnie spełnionym i na niej wyłącznie polega nasze życie. Dlatego powinniśmy zawsze gotować jej radosne przyjęcie, a zatem rozkoszować się świadomie każdą znośnie spędzoną, wolną od bezpośrednich przeciwności lub cierpień godziną, tj. nie psuć jej kwaśną miną z powodu zawiedzionych w przeszłości nadziei lub trosk o przyszłość. Głupstwem wierutnym jest bowiem odpychać od siebie szczęśliwą chwilę obecną lub psuć ją dobrowolnie irytacją z powodu tego, co minęło, lub troską o to, co będzie. Na troski, ba, nawet na skruchę, jest odpowiedni czas.
Niepokoić nas mają prawo tylko takie przyszłe nieszczęścia, które nastąpią na pewno i o których wiadomo też na pewno, kiedy nadejdą. Takich jest jednak bardzo niewiele, albowiem nieszczęścia są bądź tylko możliwe, a w najgorszym razie prawdopodobne, bądź też wprawdzie pewne, lecz pora, w jakiej nadejdą, jest zupełnie nieznana. Jeśli ktoś liczy się z nieszczęściami obu rodzajów, nie będzie miał już ani chwili spokoju. Aby więc niepewne lub nieokreślone nieszczęścia nie odebrały nam spokoju w życiu, trzeba przywyknąć do traktowania pierwszych tak, jakby w ogóle nie miały nadejść, drugich zaś tak, jakby było rzeczą pewną, że nie nadejdą niebawem.
Lecz im mniej kogoś niepokoi strach, tym bardziej niepokoją go pragnienia, żądze i wymagania. Bardzo popularna pieśń Goethego "Ich hab’ mein’ Sach auf nichts gestellt" powiada właściwie, że kiedy człowiek rezygnuje z wszelkich pretensji i ogranicza się do nagiego istnienia, wtedy dopiero zdobywa ów spokój ducha, który stanowi podwalinę szczęścia ludzkiego, jako że jest niezbędny, by teraźniejszość, a wraz z nią całe życie stało się strawne. W tym celu należałoby też zawsze pamiętać, że dzisiejszy dzień zjawia się raz tylko i nigdy więcej. My zaś roimy sobie, że jutro znów powróci: ale jutro jest dzień nowy, a ten też tylko raz się zjawia. Zapominamy, że każdy dzień jest integralną i stąd niezastąpioną cząstką życia, sądzimy zaś raczej, że tak się ma do życia, jak jednostka do nazwy rodzajowej. – Umielibyśmy też lepiej docenić teraźniejszość i rozkoszować się nią, gdybyśmy w dniach pomyślności i zdrowia stale mieli świadomość, że podczas choroby i zmartwień pamięć przywodzi nam na myśl każdą bezbolesną, wolną od wyrzeczeń godzinę jako nieskończenie godną zazdrości, jako raj utracony, jako zapoznanego przyjaciela. Nam zaś mijają piękne dni niepostrzeżenie; dopiero gdy przyjdą gorsze, marzymy o przywołaniu tamtych z powrotem. Mijają tysiące radosnych, miłych godzin, a my wykrzywiamy się i nie korzystamy z nich, potem zaś, w ciężkich czasach, daremnie wzdychamy tęsknie za nimi. A tymczasem wszelką znośną teraźniejszość, nawet zwyczajną, którą obecnie mijamy tak obojętnie lub zgoła niecierpliwie poganiamy – należałoby stale cenić, pamiętając, że teraz właśnie odchodzi ona w uwieńczoną aureolą przeszłość, gdzie odtąd, otoczoną blaskiem nieśmiertelności, przechowa ją pamięć aż do chwili, gdy kiedyś, przeważnie w ciężkim momencie, uchyli zasłony, a wtedy pojawi się ona jako przedmiot naszej najgłębszej tęsknoty.
Każde ograniczenie uszczęśliwia. Im mniej ogarniamy wzrokiem, im węższy jest zakres naszego działania i naszych kontaktów, tym szczęśliwsi jesteśmy; im szerszy – tym częściej doznajemy męki lub strachu. Wraz z tym zakresem mnożą się bowiem i rosną nasze troski, pragnienia i obawy. Dlatego nawet ślepcy są mniej nieszczęśliwi, niż nam się a priori zdaje: świadczy o tym łagodny, niemal radosny spokój na ich obliczu. Ta reguła też sprawia po części, że druga połowa naszego życia jest smutniejsza od pierwszej. W toku życia bowiem rozszerza się coraz bardziej widnokrąg naszych celów i powiązań. W dzieciństwie ogranicza się on do najbliższego otoczenia i najbliższych stosunków; w młodzieńczym wieku rozszerza się znacznie; w wieku męskim obejmuje już cały tok naszego życia, ba, rozciąga się nieraz na stosunki najbardziej odległe, na państwa i narody; w starości obejmuje potomstwo. – Natomiast każde ograniczenie, nawet w sprawach ducha, sprzyja naszemu szczęściu. Im mniej bowiem podniet dla woli, tym mniej cierpień; wiemy zaś, że cierpienie jest pozytywne, szczęście – tylko negatywne. Ograniczenie zasięgu działania odbiera woli zewnętrzne źródła podniety, ograniczenie ducha – wewnętrzne. Ostatnie ma jednak tę wadę, że otwiera dostęp nudzie, która pośrednio staje się źródłem niezliczonych cierpień, gdyż dla okiełznania jej człowiek chwyta się wszystkiego, próbuje rozrywek, towarzystwa, zbytku, gry, pijaństwa itd., te zaś sprowadzają szkodę, ruinę i nieszczęścia wszelkiego rodzaju. Jak bardzo jednakże sprzyja, a nawet konieczne jest dla szczęścia ludzkiego, możliwie największe ograniczenie zewnętrzne, widać po tym, że idylla, jedyny rodzaj poetycki ukazujący szczęśliwych ludzi, przedstawia ich zawsze z zasady w nad wyraz skromnych warunkach i okolicznościach. Takie odczucie leży też u podstaw naszego upodobania do tak zwanych obrazów rodzajowych. – Dlatego też maksymalna prostota naszych stosunków, a nawet monotonia trybu życia, przynosi szczęście, o ile nie wywołuje nudy, gdyż najmniej pozwala odczuwać samo życie, a więc też właściwy mu ciężar: płynie ono przed siebie jak struga, bez fal i wirów.
W ostatniej instancji o naszym szczęściu lub nieszczęściu decyduje to, co wypełnia i czym zajęta jest nasza świadomość. Tutaj na ogół każde zajęcie czysto intelektualne da umysłowi, który jest do niego zdolny, znacznie więcej niż prawdziwe życie, gdzie powodzenie przeplata się nieustannie z niepowodzeniem i towarzyszącymi mu klęskami i plagami. Ale to wymaga wybitnych właściwości duchowych. Należy też zaznaczyć, że czynne życie zewnętrzne rozprasza nas i odciąga od studiów, a ponadto odbiera niezbędny w tym celu spokój ducha i skupienie; z drugiej strony, długotrwałe zajęcia umysłowe odbierają mniej lub bardziej zdolność poruszania się w wirze prawdziwego życia; dlatego wskazane jest chwilowo zupełne ich przerwanie, jeśli okoliczności wymagają pod jakimś względem energicznego działania praktycznego.
Aby żyć całkiem rozważnie i wyciągać z własnego doświadczenia całą naukę, jaka w nim jest zawarta, trzeba często wracać myślą wstecz i rekapitulować to, co się przeżyło, zrobiło, czego się doświadczyło i co się przy tym odczuwało, trzeba też porównywać poprzedni własny sąd z obecnym, zamiary i dążenia z ich rezultatem i przyjemnością, jaką przyniosły. Jest to repetycja z privatissimum, jakie każdemu człowiekowi wykłada jego doświadczenie. Można też spojrzeć na własne doświadczenie jako na tekst; na przemyślenia i wiadomości jako na komentarz do niego. Wiele rozmyślań i wiadomości przy nikłym doświadczeniu przypomina publikacje, gdzie na stronie są dwa wiersze tekstu i czterdzieści wierszy komentarza. Wiele doświadczenia, a mało rozmyślań i wiadomości przypomina wydania bipontyjskie, bez przypisów, gdzie wiele rzeczy jest niezrozumiałych.
Z kolei znakomity rywal Arthura Schopenhauera na terenie filozofii niemieckiej Georg Wilhelm Friedrich Hegel twierdził, i chyba zupełnie słusznie, że życie ma wartość tylko tam, gdzie posiada za cel coś godnego. Prawdopodobnie więc najwyższy, graniczny sens życia ludzkiego polegałby na życiu dla Boga; przychodzimy na świat, by poznawać, podziwiać i czcić Absolut. 
Choć prawdą też jest, że wielu ludzi wyznaje religię z przyziemnych względów egoistycznych, domaga się od Boga dla siebie rozmaitych przywilejów, łącznie z dostępem do raju, usiłuje Go zwodzić i okłamywać obłudnymi słowami (którym przeczą ich czyny), aby wzajem dostać się do życia wiecznego (aby i tam kontynuować swe niecne praktyki). Tym jednak, którzy w istnienie Boga nie wierzą i nie udają, że wierzą, pozostają cele ziemskie, lecz także w istocie piękne: być dobrym człowiekiem, zbudować dom, posadzić sad, wychować syna na uczciwego człowieka, podziwiać piękno i harmonię rozgwieżdżonego nieba. 
* * *
Pytanie o istotny sens i cel istnienia ma doniosłe znaczenie praktyczne, bez udzielenia odpowiedzi na nie psychika i cały proces życiowy ulegają dogłębnemu zakłóceniu. Oto jest życie ludzkie. W jego całokształcie przeplatają się na rozmaite sposoby spostrzeżenie, przypomnienie, proces myślowy, popęd, uczucie, pożądanie, działanie woli. Każde przeżycie, wypełniając pewien moment naszego istnienia, jest złożone.
Psychiczny związek strukturalny posiada charakter teleologiczny. Gdy pewna integralność duchowa w przyjemności i cierpieniu doświadcza tego, co dla niej wartościowe, reaguje ona uwagą, doborem podniet i ich przetworzeniem, dążeniem, działaniem woli, wyborem jej celów i znajdywaniem środków ich realizacji. W ten sposób już w ujęciu przedmiotowym zaznacza się zdążanie do celu: formy przedstawiania jakiejś rzeczywistości wznoszą etapy struktury celowej, w której przedmiotowość reprezentowana jest w sposób coraz pełniejszy i bardziej świadomy (...). We wzroście świadomości, w uświadomieniu sobie naszych czynów, w wiedzy ważnej i dobrze uzasadnionej tkwi istotny warunek trwałej postaci naszego wnętrza (Wilhelm Dilthey, O istocie filozofii). 
Życie ludzkie jest nieustannym procesem uwalniania się od zależności od świata zewnętrznego, a jednocześnie pewną specyficzną syntezą indywidualności (w jej moralno-psychicznej, wiekowej, kulturowej konkretności) i okoliczności zewnętrznych. Dziecko żyje jeszcze w rzeczach i z rzeczami, jego "ja" funkcjonuje niejako w pełnym połączeniu z tym, co go otacza. W procesie indywiduacji uzyskuje ono powoli świadomość swej odrębności, zaczyna uwalniać się od rzeczy zewnętrznych, wzrasta jako indywidualna duchowość. Następnie młodzieniec w całej pełni docenia wartość ducha – często przesadza w tym – ma poczucie ogromnych możliwości i jest pewien, że potrafi świat zmienić, a przynajmniej nie dać się światu. Świeże, rosnące siły biologiczne tworzą iluzję wszechpotęgi, idealizmu, wzniosłej duchowości (chodzi tu oczywiście o lepsze tylko egzemplarze gatunku Homo sapiens), co się sprzęga z młodością chmurną i durną.
Wreszcie człowiek dojrzały uzmysławia nieuchronnie ograniczoność swego poznania i działania, śmiertelność swego życia i dzieła. Typowym dla tego okresu jest mniej lub bardziej umiarkowany sceptycyzm i realistyczne poszukiwanie swego miejsca na świecie. Kończy się to często dostrzeżeniem marności ziemskich celów, daremności wysiłków. Daje znać o sobie: wiek męski, wiek klęski. Dlatego niejeden starzec staje się mistykiem. 
Krąg się zamyka: pierwotna bezpośrednia więź dziecka ze światem na początku życia przekształca się po kilku metamorfozach w duchowe zjednoczenie duszy ludzkiej z Absolutem u kresu drogi życiowej. Jeśli osoba ludzka jest uduchowiona, to niewątpliwie cel jej życia jest wyższy i wykracza poza poziom istnienia fizjologicznego. 
Człowiek nie może przejawiać duchowości, jeżeli w jakiś sposób nie jest duchem... Ani sprawczość, ani powinność, ani odpowiedzialność, ani wolność, ani prawdziwość nie podpadają pod zmysły, nie są więc w istocie swej niczym materialnym, żadnym "ciałem", a jednak bezspornie należą do doświadczenia człowieka. Są przedmiotem oglądu jako fakty oczywiste, które umysł pojmuje i których zrozumienie może odpowiednio pogłębiać i rozwijać w sobie (Karol Wojtyła, Osoba i czyn). A skoro tak, to dążenie do doskonałości, życie według nakazów Bożych, czynienie dobra – składają się na cel żywota człowieczego, który ostatecznie zostanie zrealizowany w chwili Sądu Ostatecznego i Skończenia Czasów.
* * *
Filozofia hinduistyczna, podobnie jak grecko-chrześcijańska, również przez około sześć tysiącleci – poszukiwała odpowiedzi na pytanie o sens ludzkiego istnienia, a odpowiedź ta w jej ujęciu jest na pozór bardzo odmienna, choć istotowo zbieżna z europejską. Indyjski mędrzec Czandra Jinarajadasa zanotował: W miarę jak wiedza człowieka wzrasta, postrzega on, iż całym światem, w którym żyje, rządzi prawo. Każde nowo odkryte prawo natury wyzwala odrobinę naszej woli, choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że działanie nasze ogranicza... Życie człowieka – to stawanie się tym, czym jesteśmy...
Część karmy (predestynacji losowej), z którą człowiek rozpoczyna dane życie na ziemi, nazywa się w filozofii indyjskiej "prarabdha"..., odpowiada to muzułmańskiemu "kiszmetowi", tj. losowi, który Bóg uwiązuje u szyi każdego człowieka przy jego narodzinach. W greckiej filozofii jest to "Ananke", dola, przeznaczenie człowieka. 
Jest ona w znacznej mierze nieunikniona i nie daje się zmienić, ale stosunek nasz do niej jest od nas samych zależny. Jeśli przypadające człowiekowi w udziale cierpienia wzbudzą w nim pogodną cierpliwość w ich znoszeniu oraz współczucie dla cierpień innych ludzi; jeśli przeciwności pobudzą go do tym większych wysiłków, a nie zniechęcą i nie obezwładnią; jeśli niesprawiedliwości, jakie spotykają go od ludzi, nie wzbudzą goryczy, a raczej tym większą chęć jak najprędszego wyrównania dobrocią ongiś uczynionych i doznanych krzywd; jednym słowem, jeśli będzie rozumnie "spłacać" swe długi karmiczne i chętnie równoważyć skutki swych dawnych [w poprzednich wcieleniach] czynów, wówczas ta nowo tworząca się karma będzie dobra i wyzwalająca.
Lecz jeśli się będzie zacinać w niechęci i sprzeciwie, jeśli będzie przyjmować "los" z szemraniem i goryczą, a spłacanie długów, którego żąda odeń karma, będzie uważać za niesprawiedliwość i stanie się okrutny i twardy dla innych, przyczyniając im znów cierpienia, wówczas oczywiście powiększy swoją złą karmę i zamiast postąpić na drodze ku swobodzie i szczęściu, nowe ukuje sobie kajdany... Dlatego to tak ważnym jest rozumienie, że tzw. "niesprawiedliwość losu" nie istnieje, że spotyka nas tylko to, co sami sobie przygotowaliśmy, i choć tych nieodwracalnych skutków nie jesteśmy w stanie zmienić, cała przyszłość zależy od nas samych, a w dużej mierze od rodzaju naszej reakcji i stosunku do naszego "przeznaczenia"... Zadaniem człowieka poprzez wieki i jego pracą przez szereg żywotów i śmierci jest odkrycie, czym jest on sam, a czym otaczający go świat, oraz czym jest Logos... 
Prawdopodobnie będzie to mogło nastąpić dopiero po wypełnieniu się czasów. Tak przynajmniej ujmuje temat sensu życia mądrość indyjska.
 

 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 6/2019

POLITYKA

  • Maraton wyborczy finiszował!
  • Na bieżąco

WIARĄ SILNI 

  • Przed 40 laty Jan Paweł II po raz pierwszy odwiedził Polskę
  • Na jubileusz 350-lecia Kalwarii Wileńskiej
  • Wyśpiewać miłość do Boga i… ludzi

OŚWIATA

  • Studia polonistyczne zapraszają
  • "Historia Polski" – uczniom rada

SKARBIEC NARODOWEJ KULTURY

  • Gdy pieśń hymnem wybrzmiewa

Z WSZECHŚWIATEM ZA PAN BRAT

  • Henryk Sielewicz odkrył nową gwiazdę!
  • Saturn mieć w zasięgu ręki

SPORT

  • "Diament" trenera Mulaka

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach "na saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O mocy ducha

Nasza księgarnia

Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie

Wiadomości (wp.pl)