O przeznaczeniu

drukuj
dr Jan Ciechanowicz, 18.02.2019

Pewien chłopak w dzieciństwie odczuwał paniczny strach przed ogniem, a szkolni koledzy straszyli go zapałkami. Gdy urósł, aby pokonać własną słabość, obrał zawód strażaka i pracował w nim ponad dwadzieścia lat. Aż zginął tragicznie, spalając się żywcem w płomieniach podczas jednej z akcji gaśniczych. 

Życie ludzkie – widocznie – od początku jest rozwinięte (jak skrzydła lecącego ptaka) w czasie i ma predestynowany cały swój przebieg od poczęcia aż po kres. Przeznaczonego losu nawet Bóg nie może uniknąć (Herodot, Dzieje). Stąd bardzo często przeczuwamy swoją przyszłość, o czym retrospektywnie dowiadujemy się, gdy ona już nas dosięgła. Dlatego nigdy niczego nie trzeba się bać czy obawiać, stanie się bowiem tylko to, co i tak się stanie, co jest przesądzone i co jest sprzęgnięte z nieuchronną koniecznością niezależnie od naszych uczuć i działań. Dlatego powinno się odważnie, z otwartą przyłbicą przyjmować swój los i niczego się nie obawiać. 
Choć jednak w przeznaczeniu człowieka kryje się szereg aspektów zagadkowych i tajemniczych. Twierdzi się np., że jeśli spotykamy kogoś na naszej drodze życiowej, nie jest to sprawą przypadku. Gdy los przeznaczył ludzi sobie, widząc się po raz pierwszy, mają oni poczucie, jakoby znali się od zawsze; i nikt nie wie, dlaczego tak się dzieje. Zauważono również inną prawidłowość, mianowicie, że jeśli coś się dzieje z naszymi bliskimi i znajomymi, to samo może stać się także z nami. Dorosłe dzieci oczekujące bez żalu i współczucia śmierci swych starych rodziców często umierają przed nimi. I też nie wiadomo, dlaczego tak jest i co to znaczy.
Wydaje się, iż naszą predestynację możemy odczytać z naszych młodzieńczych marzeń, dążeń i obaw, które nie są przypadkowe, lecz mogą być interpretowane jako plan życia, wyrażony językiem obrazów i symboli mentalnych i emocjonalnych. Z nieznanych przyczyn często bywa tak, że niespodziewane okoliczności uniemożliwiają zrealizowanie naszego zapisu programowego, ale też się zdarza, że jest on urzeczywistniany dokładnie co do joty. To jednak nie my realizujemy nasze marzenia, lecz jesteśmy realizowani przez program życiowy, zakodowany w genach, a manifestujący się m.in. w grze naszej wyobraźni. 
Nie możemy marzyć o tym, co jest dla nas niemożliwe, gdyż marzenia są dotykaniem przez dziecko jego własnej – w jakiś sposób już istniejącej – przyszłości. Marzenie nie jest wyrazem świadomości, lecz wynurza się z głębszej warstwy nieuświadamianej pozytywnej energetyki osobowej. Jest czymś w rodzaju ziarenka, które dziecko czy młodzieniec wkłada do gleby swego istnienia i którego kiełkowanie, dojrzewanie i owocowanie w procesie życiowym stanowi właśnie jego samorealizację. Widocznie w podświadomości, w intuicji, na poziomie molekularnym nieświadomie znamy swój los, swój początek i kres. Choć przecież nie wszystkie marzenia, przeczucia czy obawy są adekwatne, lecz tylko pewna ich część się aktualizuje w procesie życia. 
Życie ludzkie jest niezwykłą przygodą; jednak przygodą tragiczną i mroczną nie w mniejszym stopniu niż piękną i radosną. I rzecz nie tylko w tym, że dalece nie każde marzenie młodzieńcze udaje się zrealizować, (jak zauważył Plutarch, wspólną wszak dolą ludzi jest to, że nie we wszystkim zawsze im się powodzi), a w tym, iż zasadniczo nie możemy wiedzieć, gdzie przebywaliśmy i co robiliśmy przed naszym przyjściem na ziemię, i dokąd udajemy się po naszej ziemskiej podróży. Zważywszy zaś na okoliczność, iż u kresu każdego bez wyjątku żywota czai się nieubłagana i bezwzględna śmierć, nie dziw, że człowiek myślący ze smutkiem spogląda na swój i swych bliskich los, stwierdzając jak Szota Rustaweli: 
Sprawy światowe to bajka, co nic nie znaczy...
Niestety, świat nietrwały w całun się grobowy zmienia...
Jest to trudna prawda o życiu, na którą wskazywali już autorzy "Pięcioksięgu Mojżeszowego": In sudore vultus tui vesceris pane, donec reverteris in terram, de qua sumptus es, quia pulvis es, et in pulverem reverteris – W pocie oblicza twego będziesz pożywał chleba, aż się wrócisz do ziemi, z którejś wzięty: boś jest proch i w proch się obrócisz (Genesis III, 19). W obliczu tej surowej prawdy lodowaty chłód ścina krew w sercu ludzi, a niebyt wydaje się wielu lepszy niż życie w cierpieniu i w świadomości swej nieuchronnej skończoności. Nie urodzić się, na samą myśl o tym, ileż szczęścia, jaka wolność, jaka przestrzeń! (Emile Michel Cioran). 
* * *
Człowiek rodzi się, by cierpiał, podobnie jak iskry, by wzlatywały ku górze – czytamy w Księdze Hioba. Jeśli zaś nawiedzi nas chwila pomyślności, nie można ufać zmiennemu losowi, gdyż jego stałą cechą jest niestałość. Jak powiada Tytus Liwiusz: Nie kuś losu: wieloletnie powodzenie może się zmienić w ciągu godziny. A co wyznawał św. Paweł Apostoł w Drugim liście do Koryntian o swoim, jakże dramatycznym losie? – Często znajdowałem się w niebezpieczeństwie śmierci. Pięć razy byłem skazany przez Żydów na chłostę i otrzymałem owych "czterdzieści uderzeń bez jednego". Trzy razy bito mnie rózgami, raz kamienowano, trzy razy przeżyłem rozbicie okrętu i jako rozbitek całą dobę spędziłem na głębinie morskiej. Często podróżowałem i groziły mi niebezpieczeństwa na rzekach i ze strony zbójców, własnego narodu i pogan. Niebezpieczeństwo w mieście, na pustyni i na morzu, ze strony fałszywych braci. Spędziłem życie w trudzie i mozole, często wśród nie przespanych nocy, w głodzie i pragnieniu, w częstych postach, w zimnie i nagości… W Damaszku namiestnik króla Aretosa strzegł miasta Damasceńczyków, aby mnie pochwycić, ale spuszczono mnie w koszu przez okno w murze i w ten sposób wymknąłem się z jego rąk etc… Każde życie ludzkie jest beznadziejną masakrą, stąd i słowa Apostoła w Liście do Filipian – naszą ojczyzną jest niebo. Bo tylko tam możemy doznać spokoju i uciec od udręki. 
Nieprzypadkowo Mikołaj Rej wywodził: Żadny czas nasz od przygód nie jest bezpieczny. Nuż jeśli są bezpieczne drogi nasze, domy nasze, dni i noce nasze? Ano jedzie jeden, wesoło sobie śpiewając, koń pod nim padnie, aliż albo noga, albo szyja wisi, albo złodziej gdzie zza krzaku postrzeli. Zamkniesz się w domku swoim, ale cię albo ogień oskoczy, albo się złodziej do ciebie podkopa. A tak nie masz tej żadnej godzinki, abychmy tego pewni a iści byli, aby nas jaka przygoda postronna potkać nie miała. Bo gdyby była fortuna cnotliwa, nigdyby cnotliwego nic złego od niej nie potkało. Ale iż jest niecnotliwa, odmienna a nieustawiczna, nigdy też cnotliwy nic jej nie ufa, aby ona mu kiedy sfolgować miała. Ale przed się wiele cnotliwy ma przed niecnotliwym w tej jej odmienności nadeprzód. Bo ów w rozpaczy, w złej sławie, a bez żadnej nadzieje przygód swych używać musi. A cnotliwy lepak a rozumem zapomożony i w dobrej nadziei, i w pociesze od Boga, od rozumu i od przyjaciół, i w poćciwej sławie postanowiony, już z weselszą myślą używa tego, co mu z dopuszczenia Pańskiego od nieszczęścia przypada. A tak, gdyż to już pewnie widzimy, iż przygody nad nami ustawicznie wiszą, a przeczże się ich lękać mamy? A jeśliżby też co jakiego z nieobaczka przypadło, a przeczże się nazbyt frasować mamy? Gdyż wiemy, żechmy już są na to na świat podani, i tak osądzeni, że nigdy bezpieczni być nie możemy. A szkoda sobie z jednej szkody dwie czynić, i frasować się, i cierpieć. Bo by temu frasunek mógł co pomóc, pewnieby je sobie każdy radszej miasto plastru przyłożył, na drogie lekarstwa nie nakładając. 
Albowiem i śmierć, i przygoda lepsza jest zawżdy, iż sama przyjdzie, niż kiedy jej pożądamy. Bo tego, co jest nam sprzeciwno, nigdy z dobrą wolą nie pożądamy, acz musimy. Bo patrz, kiedy kto w jakim okrutnym więzieniu siedzi, w którym srogich mąk używa, tedy Boga prosi, aby mu rychlej śmierć dał. Widamy też drugie takiemi srogiemi wrzody zdręczone a zmęczone, że proszą o śmierć Pana Boga. Także widamy drugie takiemi smętki uciśnione a strapione, że by radzi bardzo pomarli. Także też i przygoda, gdy na kogo jaka sroga przypadnie, tedy lamentuje, tedy narzeka, powiedając: I nie chciał tedy miły Bóg, abych się był jeszcze z tej drogi nie wrócił, tedyby mię to było nie potkało. Nie chciał tedy miły Bóg, Zbych ja był jeszcze u barwierza albo u doktora leżał, albo z wojny nie przyjechał, niźli mię to potkało. A tak najlepiej sobie czasów ani przypadków nie przekładać, a zawżdy dobrej myśli być, a co Pan Bóg przypuści, w skromności a z dobrą myślą znosić, a nadzieją się cieszyć, iż to wszystko z czasem się i naprawić, i wrócić, i nagrodzić może. 
I niebo, i ziemia, i święci są przygodom poddani. Bo patrz, iż nie tylko nasze liche a nikczemne ciało, albo nasze krótkie te a omylne czasy, są pod przygody poddane, ale i niebo, i ziemia nie jest nigdy bez przypadków. A żadna rzecz nie jest tak ugruntowana, aby z odmiennością czasów nie miała być wzruszona. Azaż nie widamy, jako słońce i miesiąc noszą skażenie na sobie? Azaż nie widamy na powietrzu odmian a dziwnych a strasznych burzek? Azaż gwiazda która spokojem siedzi? Zawżdy się pospołu z niebem obracać a mieszać musi, a gwałty, a wielkie zarażenia między sobą jedna od drugiej cierpi... 
Nicolas Malebranche z kolei usiłował inaczej jeszcze pocieszać swego czytelnika z powodu okrucieństw losu. W Traktacie o moralności wywodził: Człowiek jest wolny; (...) może poszukiwać Prawdy pomimo trudu, jaki sprawia mu rozmyślanie. Może przestrzegać porządku pomimo zakusów pożądliwości. Może poświęcić swój spoczynek dla prawdy, a przyjemności – dla Porządku. Może także przedkładać swe aktualne szczęście nad swe powinności, popaść w błąd i nieuporządkowanie. Jednym słowem może zasłużyć się albo zawinić. Zaś Bóg jest sprawiedliwy: miłuje swe stworzenia w zależności od tego, na ile są one godne miłości, na ile są one do Niego podobne. Pragnie zatem, aby każda zasługa została nagrodzona, a każda przewina ukarana. (...) Ten, kto nieustannie zasięga rady Rozumu, kto miłuje Porządek, uczestnicząc w doskonałości Boga, będzie zatem miał udział w Jego szczęśliwości, w Jego chwale, w Jego wielkości... Bóg jest sprawiedliwy, w sposób konieczny wynagradza cnotę. Nie dopuszczajmy do siebie wątpliwości: całą szczęśliwość, na którą zasługujemy, na pewno otrzymamy... Jak wiemy, Kohelet twierdził zupełnie co innego, że mianowicie ten sam los spotyka głupca i mądrego, bezbożnika i wierzącego, grzesznika i człowieka prawego. I właśnie to napawało go rozpaczą, tak jak wielu innych ludzi w różnych epokach i krajach. 
Na los jednak nigdy nie wolno się skarżyć, aby nie stał się jeszcze gorszy. Pewien człowiek patrzał w chmury podniósłszy oczy w górę, gdy wtem przelatująca jaskółka zachlapała mu nos swymi wydzielinami. "Cóż za szczęście – zawołał – że krowy nie mają skrzydeł!"... Nie warto więc przesadzać w dramatyzowaniu trudności życiowych. W życiu bowiem negatywne doświadczenie bywa często bardziej cenne niż pozytywne. Z drugiej zaś strony, jak zaznacza psycholog Karen Horney, każde doświadczenie losu staje się stokroć cięższe, jeżeli uznamy je za niesprawiedliwe. 
Zważywszy tedy, iż wszystko się dzieje za sprawą Boga, który lepiej niż człowiek wie, co musi się stać, wypada wszelkie Jego wyroki przyjmować jako konieczne. I jeszcze jedno. Plutarch nie bez racji notował: Toż szaleństwem jest martwić się stratą, a nie cieszyć się tym, co pozostało, i zachowywać się jak małe dziecko, któremu ktoś z wielu jego zabawek zabiera jedną, a ono rzuca i resztę na ziemię z płaczem i krzykiem. Tak przecież postępujemy i my, ilekroć los w czymś jednym nam dokuczy, a my marnujemy całą resztę przez lamenty i narzekania... 
A to tym bardziej, iż często cierpienie (indywidualne i zbiorowe) dotyka nas jako swoista kara za popełnione nieprawości. U jednego z autorów znajdujemy wymowne słowa: Barbarzyńcy są silni wskutek naszych grzechów, wojsko rzymskie jest pokonane wskutek naszych wad i jakby tych klęsk nie dość było, więcej jeszcze zniszczyły wojny domowe niż miecz nieprzyjaciela. Nędzni byli Izraelici i w porównaniu z nimi Nabuchodonozor nazywany jest sługą Bożym, i my nędzni jesteśmy, gdyż tak bardzo nie podobamy się Bogu, że gniew Jego zwraca się ku nam za pośrednictwem szalonych barbarzyńców... Niektóre narody, jak np. Hebrajczycy i Mongołowie, uważali siebie za narzędzie opatrzności, za bicz Boży zsyłany na ludy głupie, zdeprawowane i upodlone, by je gnębić i karać za grzechy i nikczemności. 
* * *
W zasadzie jednak cierpienie jest nieodłączne od każdego życia, ba, samo życie jest cierpieniem, i to nie tylko ludzkie, ale i roślinne czy zwierzęce, a jego przebieg niewiele zależy od naszej cnoty czy niecności. Zwierzęta nie znają grzechu, a przecież też cierpią. Leszek Kołakowski w książce Jeśli Boga nie ma zauważał: Najbardziej kłopotliwym i trudnym do pogodzenia z chrześcijańską teodyceą okazuje się rzecz osobliwa, cierpienie zwierząt. O ile ludzkiemu cierpieniu można przypisywać sens w kategoriach grzechu, kary, ostrzeżenia, wystawienia na próbę, odkupienia czy nagrody, to nie sposób odnosić tego wszystkiego do zwierząt; nie są moralnie winne, nie obejmuje ich odkupienie, nie mają perspektywy życia wiecznego, a mimo to – cierpią. Dlaczego? 
Brytyjski myśliciel chrześcijański Clive Staples Lewis w dziele The Problem of Pain odpowiada na to pytanie w ten sposób, że twierdzi, iż to diabeł wsączył zepsucie do królestwa zwierząt i podburzył wszystkie stworzenia do wzajemnego pożerania się, zanim jeszcze został stworzony człowiek, któremu zapewne miało przypaść w udziale zaszczytne zadanie odbudowy dobrego ładu dawnego. Przy tym Lewis nie wyklucza, że niektóre zwierzęta domowe dostąpią wieczności nie ze względu na nie same, lecz jako członkowie zmartwychwstałych ludzkich komórek rodzinnych. 
Paul Geach, inny teolog brytyjski, w książce Providence and Evil powiada, że Bóg, opracowując swą strategię ewolucji, był zasadniczo zainteresowany minimalizacją cierpienia, nie wydaje się jednak, by się troszczył o zwierzęcy czy ludzki ból. Nie byłoby to wszelako sprzeczne z Jego doskonałością, ponieważ większość przymiotów uchodzących w oczach ludzi za cnoty – jak czystość, odwaga, a nawet sprawiedliwość – nie mają najmniejszego sensu w zastosowaniu do Boga i nie należy sądzić, że Bóg podziela ludzkie współczucie dla fizycznych niewygód ziemskich stworzeń, w szczególności zaś zwierząt. 
Myśliciele od dawna borykają się z kwestią cierpienia, a jednak nadal są dalecy od zgłębienia jego sensu i celu. Powiem otwarcie – notuje Max Scheler w rozprawie O sensie cierpienia – Gdybym ideę i istnienie Boga chciał uzyskać dopiero na podstawie wniosku przyczynowego wychodzącego od właściwości i istnienia świata, tak jak jest on mi empirycznie znany, a nie od pierwotnego osobowego i doświadczeniowego kontaktu rdzenia mojej osoby ze świętą dobrocią i mądrością w akcie religijnym, to nawet taki przypadek, że w całym pozostałym świecie jaśnieje pokój, szczęśliwość i harmonia, a istnieje jako jedno jedyne, choćby jeszcze słabe wrażenie bólu, np. jakiegoś robaka, zupełnie by wystarczał, aby odmówić mej aprobaty dla uznania wszechdobrego i wszechmocnego Stwórcy świata. 
Jedynie wtedy, gdy fakt bólu i cierpienia umieści się w świetle idei ofiary, jak to wpierw w historii uczyniło w sposób najbardziej zdecydowany chrześcijaństwo głosząc ideę zrodzonego z miłości, dobrowolnego, zastępczego ofiarnego cierpienia samego Boga w Chrystusie, możliwe jest – być może – przybliżenie się do głębszej teodycei cierpienia... Mając na uwadze to najbardziej formalne pojęcie ofiary, twierdzę, że wszystkie rodzaje bólów i cierpień – jakkolwiek by się cierpiący zachowywał wobec nich – są w sobie jedynie subiektywnymi psychicznymi odzwierciedleniami i korelatami obiektywnych procesów ofiary (tzn. powodujących następstwa tendencji), w których jakieś dobro niższego rzędu zostaje poświęcone dla dobra wyższego rzędu. (...) 
Coś niższego zostaje poświęcone dla czegoś wyższego; poświęcająca się albo poświęcona część cierpi i umiera "zastępczo" za całość, aby całość została uratowana, zachowana, by zależnie od okoliczności znalazła się w rozkwicie i na wyższym poziomie. Wszelkie cierpienia "zastępuje" i uprzedza, ażeby całość mniej cierpiała. Każda śmierć indywiduum jest zastępcza wobec następującej w przeciwnym razie śmierci gatunku i właśnie przez to służy życiu, odrzucającemu swoją organizację, która stała się zbyt skostniała, oraz pragnącemu przekroczyć daną swą organizację. Wszelka miłość jest miłością ofiarną – subiektywnym, pojawiającym się w świadomości echem ofiary części dla przekształcającej się całości... Ofiara obejmuje jedno i drugie: radość miłości oraz ból oddania życia za to, co się kocha... Ogarnięcie i przeniknięcie "Ja" przez cierpienie zdaje się zmniejszać, gdy prosto i mocno spoglądamy w oblicze cierpienia i jego przedmiot, gdy jednocześnie samo cierpienie jakby wydobywamy z nas samych, czyniąc je przedmiotem, oraz dzięki pewnemu rodzajowi izolującego osaczenia go hamujemy zabarwianie nim całego naszego życia...
* * *
Każdy człowiek ma swój los i przeznaczenie; przychodzi na świat, aby przeżyć właśnie ten "swój", a nie jakiś inny żywot. Ktoś – na mocy odgórnego wyroku – rodzi się złodziejem, ktoś policjantem, ktoś muzykiem, ktoś mordercą, ktoś uczonym, ktoś kapłanem, ktoś nauczycielem, lekarzem czy bezrobotnym włóczęgą. 
Rosyjski psychiatra polskiego pochodzenia Aleksander Buchanowski opisał w jednej ze swych publikacji przypadek, gdy do niego rodzice przyprowadzili swego 9-letniego syna, którego przyłapali byli na ukręcaniu głowy kotu, kilku kurczakom i małemu psu. Z rozmowy z chłopcem wynikło, że ma on pretensje do swego szkolnego środowiska ze względu na wyśmiewanie, poniżanie, pobicia itp., czyli ze względu na to, z czym się styka każdy chłopiec w szkole. Buchanowski, jak to bywa w tego rodzaju przypadkach, poprosił Romana o wykonanie kilku rysunków. Na nich chłopiec niezdarnie wyrysował sytuacje: mord popełniony na bezdomnej kobiecie oraz gwałt i mord na małym chłopczyku... Zastosowano terapię, poddano Romana kuracji i sprawa wydawała się być na dobrej drodze, mimo groźnej diagnozy. 
Doktor o wszystkim zapomniał w natłoku innych spraw i obowiązków. Lecz po kilkunastu latach profesor Buchanowski został zaproszony do siedziby milicji, gdzie zapoznano go ze sprawą pewnego młodego człowieka, który w określonej sytuacji pozbawił życia i w procesie jej agonii dokonał aktu płciowego z bezdomną kobietą, a po jakimś czasie uprowadził, zabił i zgwałcił (w takiej właśnie kolejności) 5-letniego syna swych zaprzyjaźnionych sąsiadów. Okazało się, że przed dwunastoma latami Roman, mający wówczas lat dziewięć, dokładnie z najdrobniejszymi szczegółami narysował i opisał słownie Buchanowskiemu zarówno swój mord na cmentarzu, mający być popełniony po latach na bezdomnej kobiecie, jak też zabicie i zgwałcenie pięcioletniego dziecka. 
Czyli że przyszły zbrodniarz już w dzieciństwie wiedział, co mu jest przeznaczone: dostrzegał to, czego jeszcze nie było. A przecież dostrzegać można tylko to, co tak czy inaczej, ale istnieje. Roman widział swoją przyszłość; widział jednak ją jako teraźniejszość. Skoro więc przyszłość może być spostrzegana jako teraźniejszość, znaczy, że ona już istnieje, czyli że jest teraźniejszością a nie przyszłością. Z tego zaś wynika, że nie ma ani przeszłości, ani przyszłości, lecz wszystko jest pulsującą teraźniejszością. Czyli że wszystko już się dokonało i nikt nie może uniknąć swego przeznaczenia.
Program życiowy każdego człowieka zapisany jest w jego charakterze, czyli w genotypie. Charakter zaś – to manifestacja, przejaw głęboko ukrytej potężnej energii życiowej (prany, woli), posiadającej niemożliwą do zmiany dynamiczną konstrukcję. Jedynie energia miłości potrafi nieco zmodyfikować los zaklęty we wrodzonym charakterze osoby ludzkiej. Natomiast nic w tym względzie nie potrafią zmienić jakiekolwiek krytyczne uwagi, wychowawcze naciski, perswazje czy przymus. 
Jak mawiał Menander, żyjemy nie tak, jak chcemy, lecz tak, jak możemy, a raczej tak, jak musimy. Można powiedzieć inaczej, że mianowicie jakaś Siła Wyższa w pewien tajemniczy sposób determinuje los człowieka. W każdej chwili, dla każdego z nas możliwe jest najgorsze, to, co uważamy za najgorsze: nie ma obiektywnej gwarancji. Trzeba to pogodzić z pojęciem Boga wszechmogącego. Ale czy fakt, że możliwe jest najgorsze, nie dowodzi nieskończonej słabości Boga? Pomiędzy tą nieskończoną słabością a nieskończoną potęgą zdaje się dokonywać jakieś tajemnicze połączenie, jakaś współzależność poza porządkiem przyczynowym – zauważa Gabriel Marcel. Dotyczy to także życia wewnętrznego człowieka. Jak powiadał Hermann Hesse, Bóg ma swoje odrębne zamysły wobec każdej duszy i prowadzi ją własnymi ścieżkami. 
Nie warto zresztą przeceniać, zbytnio dramatyzować i uwypuklać indywidualne cechy i szczegóły jakiegoś życia, biegło ono bowiem, z grubsza rzecz ujmując, tymi samymi torami, co każdy inny los człowieczy: narodziny, lata mordęgi, śmierć. Arthur Schopenhauer w Aforyzmach o mądrości życiowej trafnie tedy wywodził: Jakąkolwiek formę przybrałoby życie ludzkie, zawsze będą w nim te same pierwiastki, i dlatego wszędzie jest w zasadzie jednakowe, czy to w chacie, czy w pałacu, w klasztorze czy w wojsku. Mimo wszystkich różnic zdarzenia, przygody, szczęśliwe i nieszczęśliwe przypadki przypominają zawsze wyroby cukiernicze: liczne, różnorodne, wymyślne i barwne figurki są wszystkie z jednego ciasta; a cokolwiek kogoś spotka, przypomina to, co spotkało kogoś innego, znacznie bardziej niż sobie zdaje z tego sprawę słuchacz w czasie opowiadania. Zdarzenia w naszym życiu przypominają także obrazy w kalejdoskopie, gdzie przy każdym obrocie widać co innego, podczas gdy naprawdę mamy stale to samo przed oczyma.
Trzy potęgi istnieją na świecie, powiada niezwykle trafnie pewien starożytny pisarz: roztropność, siła i szczęście. Sądzę, że ostatnie z nich najwięcej może. Albowiem bieg naszego życia można przyrównać do drogi okrętu. Los, przyjazny lub wrogi, pełni rolę wiatru, który szybko posuwa nas do przodu lub odrzuca wstecz, a wysiłki i poczynania nasze nie na wiele się przydają. Pełnią one mianowicie rolę wioseł: kiedy obracając nimi wiele godzin, posunęliśmy się kawałek naprzód, nagły podmuch wiatru odrzuca nas równie daleko wstecz. A jeśli wiatr nam sprzyja, wówczas posuwamy się tak szybko naprzód, że nie potrzeba wioseł. Tę potęgę fortuny oddaje znakomicie hiszpańskie przysłowie: "Obdarz syna swego szczęściem i rzuć go do morza". 
Lecz przypadek jest nieczystą siłą i jak najmniej należy na nim polegać. Któż jednak jest jedynym ze wszystkich dobroczyńców, co obdarowując pokazuje zarazem wyraźnie, że nie mamy bynajmniej prawa ubiegać się o jego dary, że zawdzięczamy je nie własnej zasłudze, lecz wyłącznie jego dobroci i łaskawości, i że stąd właśnie możemy czerpać radosną nadzieję, iż i w przyszłości odbierzemy pokornie z jego rąk niejeden jeszcze niezasłużony dar? – Jest to przypadek: on, który posiadł królewską sztukę dawania do zrozumienia, że wobec jego łaski i faworów wszelka zasługa jest bezsilna i nic nie znaczy.
Kiedy człowiek patrzy wstecz na drogę swego życia, kiedy ogląda w nim labiryntu błędne mknienie, niejedno zaprzepaszczone szczęście i niejedno ściągnięte na siebie nieszczęście, wówczas, czyniąc sobie wyrzuty, łatwo może zajść za daleko. Albowiem droga własnego życia nie jest po prostu naszym własnym dziełem, lecz składają się na nią dwa czynniki, mianowicie szereg okoliczności i szereg naszych decyzji, które stale się zazębiają i wzajemnie modyfikują. Dodać trzeba, że tak w jednym, jak i w drugim przypadku horyzonty nasze są zawsze nader ograniczone, gdyż nigdy nie możemy przewidzieć na długo z góry naszych decyzji, a jeszcze mniej możemy przewidzieć okoliczności, tak że w obu przypadkach naprawdę znamy właściwie tylko teraźniejszość. Dlatego nie możemy zmierzać bezpośrednio do celu, dopóki jest on jeszcze odległy, możemy jedynie kierować się w przybliżeniu w jego stronę, opierając się na domniemaniach, z konieczności więc lawirujemy. Możemy, mianowicie, robić tylko jedno: podejmować zawsze decyzje stosownie do aktualnych okoliczności w nadziei, że zbliżą nas one do głównego celu. Najczęściej zatem można porównać okoliczności i nasze zasadnicze zamiary do swych sił, które ciągną w różne strony, a ich wypadkową jest tok naszego życia. – Terencjusz powiedział: "Człowiekowi powodzi się w życiu jak w grze w kości: Kiedy nie wychodzi ci rzut najbardziej potrzebny, popraw ten, który wyszedł ci przypadkiem"... Można by rzec krócej: los tasuje karty, a my nimi gramy. Dla wyrażenia, co przez to rozumiem, najlepsze jednak byłoby następujące porównanie. W życiu jest tak, jak w grze w szachy: układamy plan, zależy on jednak od tego, co podczas gry zechce zrobić przeciwnik, a w życiu – los. Plan nasz ulega przez to najczęściej tak wielkim zmianom, że w toku realizacji jest już widoczny tylko w najogólniejszych zarysach.
W życiu naszym istnieje zresztą jeszcze coś, co stoi ponad wszystkim. Trywialna to mianowicie i zbyt często powtarzana prawda, że nieraz jesteśmy głupsi niż nam się zdaje; natomiast prawdę, że jesteśmy często mądrzejsi niż nam się zdaje, odkrywają tylko ludzie, którzy sami w takiej się sytuacji znaleźli, a i to z opóźnieniem. Tkwi w nas coś, co mądrzejsze jest od głowy. A mianowicie, ilekroć robimy ważne pociągnięcia, podejmujemy zasadnicze kroki w naszym życiu, działamy nie tyle na mocy należytego rozeznania sprawy, ile pod wpływem wewnętrznego impulsu, chciałoby się rzec, instynktu płynącego z głębi naszej istoty; a kiedy później krytykujemy nasze postępowanie, przyjmując za miernik wyraźne, lecz niewystarczające, nabyte, ba, zapożyczone pojęcia czy też reguły ogólne, cudzy przykład itd., nie wziąwszy dostatecznie pod uwagę, iż "jedno wszystkim nie przystoi", wówczas łatwo popadamy w niesprawiedliwość wobec siebie samych. W końcu jednak okaże się, kto miał rację; a tylko osiągnąwszy szczęśliwie starość, człowiek ma pełne kwalifikacje obiektywne i subiektywne, by rzecz ocenić. 
Być może owym impulsem wewnętrznym kierują bez naszej wiedzy prorocze sny, których nie pamiętamy po przebudzeniu, i przez to nadają naszemu życiu jednolitą tonację i jedność akcji, której nie mogłaby mu nadać świadomość mózgowa, często chwiejna, błądząca, łatwa do przestawienia na inne tory; ten czynnik też sprawia, że np. człowiek powołany do wielkich dzieł w jakiejś dziedzinie od młodości czuje po kryjomu w głębi duszy swe powołanie i zmierza do niego tak, jak pszczoły przy budowie ula. Ten impuls wewnętrzny jest dla każdego człowieka (...) instynktowną, silną pieczą nad samym sobą, bez której człowiek by zginął. – Trudno działać według abstrakcyjnych zasad, wymaga to wielu ćwiczeń, a i to nie zawsze się udaje; często też zasady te nie wystarczają. Natomiast każdy człowiek posiada jakieś konkretne zasady wrodzone, które ma we krwi, ponieważ stanowią wynik wszystkich jego myśli, uczuć i pragnień. Najczęściej nie zna ich in abstracto i dopiero spoglądając wstecz na swoje życie, uprzytamnia sobie, że zawsze się nimi kierował i że wiodły go niejako na niewidzialnej nici. Od nich zależy, czy osiągnie szczęście, czy nieszczęście. 
Nie należy nigdy tracić z oczu działania czasu ani zmienności rzeczy i dlatego, cokolwiek się zdarza, należy natychmiast wyobrazić sobie jego przeciwieństwo: w szczęściu zatem należy uprzytomnić sobie żywo nieszczęście, w przyjaźni – nieprzyjaźń, przy pięknej pogodzie – niepogodę, w miłości – nienawiść, w chwili zaufania i szczerości – zdradę i skruchę, i na odwrót. Byłoby to niewyczerpanym źródłem mądrości życiowej, bo zachowalibyśmy zawsze rozwagę i byłoby niełatwo nas zmylić. Najczęściej antycypowalibyśmy tylko w ten sposób działanie czasu. – Ale doświadczenie nigdy chyba nie jest tak potrzebne w poznaniu, jak przy właściwej ocenie nietrwałości i zmienności rzeczy. Ponieważ każdy stan rzeczy, dopóki trwa, jest konieczny, a więc w pełni prawomocny; dlatego każdy rok, każdy miesiąc, każdy dzień sprawia takie wrażenie, jak gdyby jemu ostatecznie miała przypaść słuszność po wieki wieków. Lecz żaden z nich jej nie zachowuje, trwała zaś jest tylko zmienność. Roztropny jest ten, kogo nie zdoła zmylić pozorna trwałość i kto umie przewidzieć, w jakim kierunku pójdzie najbliższa zmiana.
W każdej ludzkiej sprawie przypadek ma tak szerokie pole do popisu, że nieraz, kiedy usiłujemy zapobiec odległemu niebezpieczeństwu ponosząc w tej chwili ofiary, znika ono, ponieważ sprawy przybrały niespodziany obrót, a wówczas nie tylko poniesione ofiary poszły na marne, ale, co więcej, zmiany przez nie wywołane przynoszą w nowej sytuacji szkodę. Dlatego kroki nasze nie powinny być obliczone na zbyt odległą przyszłość, lecz należy też brać w rachubę przypadek i śmiało patrzeć w oczy niejednemu niebezpieczeństwu, w nadziei, że przeminie, tak jak mija nieraz czarna chmura gradowa – sugeruje Schopenhauer i kontynuuje: Jeśli zaś ludzie z reguły uważają aktualny stan rzeczy lub kierunek, w jakim biegną, za stały, bierze się to stąd, że mając skutki przed oczyma, nie rozumieją przyczyn, a tymczasem w nich kryje się zalążek przyszłych zmian: skutek, który dla nich wyłącznie istnieje, nic podobnego w sobie nie mieści. Ci ludzie czepiają się wyłącznie skutków, zakładając, iż nie znane im przyczyny, które zdołały je spowodować, zdołają też je zachować. Mają przy tym tę przewagę, że jeśli błądzą, to zawsze unisono, i wobec tego spotykająca ich klęska jest zawsze klęską powszechną, gdy tymczasem człowiek myślący, myląc się, jest na domiar złego samotny. 
Antycypować czas należy jednak tylko teoretycznie, przewidując skutki jego działania, a nie praktycznie, czyli nie w ten sposób, by uprzedzając go domagać się przedwcześnie czegoś, co czas dopiero przynieść może. Kto tak postępuje, dowie się niebawem, że nie ma gorszego, bardziej bezwzględnego lichwiarza niż czas właśnie, który zmuszony do zaliczek, pobierze większy procent niż każdy Żyd. Można np. za pomocą niegaszonego wapna i gorąca przyspieszyć do tego stopnia wegetację drzewa, że w ciągu niewielu dni puści pędy, zakwitnie i wyda owoce; ale potem drzewo obumrze. – Jeśli młodzieniec zechce choćby przez kilka tygodni wydatkować swe siły rozrodcze jak dorosły mężczyzna i tyle zdziałać w dziewiętnastym roku życia, ile bez trudu można zdziałać w trzydziestym, to czas udzieli mu co prawda zaliczki, lecz jako procent zabierze mu w przyszłości część sił, być może nawet część życia samego. – Bywają choroby, z których radykalnie i gruntownie można się wyleczyć tylko wtedy, kiedy pozwala się im na naturalny przebieg, po czym znikają same przez się, nie zostawiając śladów. Jeśli jednak ktoś chce wyzdrowieć natychmiast, z miejsca, wtedy znów czas musi wypłacić zaliczkę: choroba zniknie, lecz procentem będzie słabowitość i chroniczna dolegliwość przez całe życie. – Jeśli ktoś potrzebuje pieniędzy podczas wojny lub rozruchów, akurat teraz i natychmiast, wówczas będzie musiał sprzedać nieruchomości lub papiery państwowe za jedną trzecią ich wartości lub mniej jeszcze, dostałby zaś pełną wartość, gdyby respektował prawa czasu, tj. zechciał poczekać kilka lat; on jednak zmusza go do zaliczek. – Albo ktoś potrzebuje pewnej sumy na daleką podróż; mógłby odłożyć ją ze swych dochodów w ciągu roku lub dwóch. Nie chce jednak czekać; pożycza ją zatem lub odejmuje od kapitału, innymi słowy, czas udziela zaliczki. Procentem będzie teraz zamęt, jaki powstał w kasie, trwały i ciągle rosnący deficyt, którego nie sposób już się pozbyć. – Oto więc lichwa czasu: ofiarą jej pada każdy, kto nie może poczekać. Pragnienie przyśpieszenia miarowego biegu czasu jest przedsięwzięciem najbardziej kosztownym. Wystrzegajmy się więc, by czas nie żądał od nas odsetek... Zresztą, kto wie, czy te odsetki nie są już od początku wpisane do naszego losu przez przeznaczenie.
* * *
Jedno przeznaczenie nie jest lepsze od drugiego, ale każdy człowiek musi być wierny temu, które w sobie nosi (Jorge Luis Borges). Wydaje się, że w obliczu niesamowitego tragizmu i skończoności człowieczego istnienia jedynym środkiem kojącym może stać się międzyludzka solidarność, życzliwość i czynienie sobie nawzajem dobra, lub – co najmniej – nieczynienie zła. Georg Wilhelm Friedrich Hegel uważał, że istoty ludzkie, podobnie jak zwierzęta, posiadają naturalne potrzeby i pożądają rzeczy znajdujących się w świecie zewnętrznym, ale przede wszystkim chciałyby zapewnić sobie bezpieczne istnienie. 
Cechą zdecydowanie wyróżniającą ludzi spośród organizmów zwierzęcych jest okoliczność, iż człowiek świadomie chce być akceptowany, doceniany i szanowany przez innych ludzi, chce być rozpoznawany i traktowany właśnie jako osoba ludzka godna szacunku, jako coś wartościowego samo w sobie i samo przez się. Tylko człowiek jest zdolny dla wyższych i abstrakcyjnych celów przezwyciężyć instynkty zwierzęce, a wśród nich najsilniejszy – instynkt samozachowawczy. 
Pragnienie uznania, zdaniem niemieckiego filozofa, w zamierzchłej przeszłości prowadziło pierwszych dwóch wojowników do śmiertelnej walki o wzajemne respektowanie swego człowieczeństwa. Kiedy naturalny lęk przed śmiercią spowodował poddanie się jednego z nich, wówczas powstał stosunek hegemonii i poddaństwa. Przyczyną owej krwawej walki, jaka miała miejsce u źródeł dziejów, nie były dobra materialne, takie, jak żywność, domostwo, szaty, lecz wyłącznie duma i prestiż. Cele tej walki o uznanie – prowadzonej jakby wbrew przeznaczeniu – były nie przyrodnicze, ale na wskroś społeczne i Hegel widział w niej pierwszy przebłysk ludzkiej wolności, historii i losu – odejście od cielesności i zmierzanie ku duchowości. 
Zresztą, w o tysiące lat starszej niż dzieła Hegla buddyjskiej księdze mądrości Dharmapada czytamy zdania: Ciało ludzkie to gniazdo chorób, to coś przemijającego, nieustannie gnijącego i rozkładającego się, ponieważ kresem każdego życia jest śmierć. Z kości zbudowana ta twierdza, krwią i skórą otynkowana; starość i śmierć, złudzenie i fałsz są w niej umieszczone. Nieprzywiązanie i służenie swej cielesności stanowi więc przeznaczenie człowieka, lecz wznoszenie się coraz wyżej ku szczytom uduchowienia, wiary i mądrości.
Przeznaczenie istnieje. Lecz najważniejszym przeznaczeniem człowieka jest – walka! Ludzie mogą pomagać fortunie, ale nie mogą jej się sprzeciwiać; mogą splatać przędzone przez nią nici, ale nie mogą ich zrywać. Nie wolno im jednak nigdy opuszczać rąk. Nie znają zamysłów fortuny ani jej dróg zawiłych i tajemnych i dlatego nie powinni nigdy tracić nadziei, nie powinni nigdy zaprzestawać swych wysiłków, choćby spotkało ich największe nieszczęście i trapiła najgorsza udręka… 
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 2/2019

W UKŁONIE PRZODKOM

  • Śladami Kampanii Łatgalskiej
  • Sprawcy uszli kary
  • Zawiłym tropem Bronisława Piłsudskiego

NASZA WIARA

  • Wystarczyła mu sutanna uboga
  • Św. Gabriel – "święty uśmiechu"
  • Świętość czerpana z sąsiedztwa

POLITYKA

  • Na bieżąco

CHARYTATYWNE INICJATYWY

  • Dobroć ze znakiem mnożenia

LITERATURA

  • Jak Dant – przez piekło przeszedłem za życia

W KRĘGU "SAMYCH SWOICH"

  • Centrum Kultury Polskiej w Tyraspolu

SPORT

  • Klaskali mu nawet Finowie

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach "na saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O przeznaczeniu

MUZYKA

  • Magia – to on

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie