O warszawskich bazylianach

drukuj
Leszek Wątróbski, 11.12.2019
Fot. Leszek Wątróbski

Z ojcem Piotrem Kuszką OSBM, tutejszym proboszczem rozmawia Leszek Wątróbski

Kim są bazylianie?
Trudno dziś, z perspektywy czasu i we współczesnym rozumieniu tego słowa, powiedzieć, że św. Bazyli uchodzi za założyciela dzisiejszych bazylianów. Był raczej reformatorem życia zakonnego w IV wieku, ponieważ wypośrodkował dwa nurty ówczesnego życia mniszego. Chodzi tu, po pierwsze, o nurt życia pustelniczego, eremickiego oraz, po drugie, nurt życia wspólnotowego w dużych wspólnotach. Bazyli chciał wypośrodkować te dwa nurty, kładąc akcent na życie wspólnotowe, gdzie wszyscy się znają i tworzą rodzinę, w której przełożony jest ojcem i opiekunem. Stąd właśnie akcent na wspólną modlitwę, wspólną pracę i gotowość do służenia Kościołowi w konkretnej chwili, zależnie od jego potrzeb. Dziś zresztą również bazylianie są otwarci na współczesne potrzeby Kościoła. 
Współczesny zakon bazylianów kształtuje się od czasów Unii Brzeskiej (1596)... 
Odnowa naszego życia zakonnego datuje się XVI, XVII wiekiem, a jest zasługą metropolity arcybiskupa Józefa Beniamina Ruckiego (w różnych opracowaniach historyków spotykam najczęściej inny zapis imienia i nazwiska: Józef Welamin Rutski) i św. Jozafata Kuncewicza. Św. bp męczennik Jozafat Kuncewicz reprezentował ducha modlitwy, ascezy, postu, a arcybiskup Józef B. Rucki – ducha aktywnego apostolatu i pracy duszpasterskiej. Obaj ci wielcy reformatorzy widzieli bazylianów jako nauczycieli, dbających o wysoki poziom nauczania i oświaty dla całego naszego narodu. 
Zdecydowana  większość naszych biskupów zatrudniała w swoich kancelariach bazylianów w charakterze doradców lub swoich sekretarzy. Właśnie dlatego abp Józef B. Rucki kładł duży nacisk na wykształcenie teologiczne u ojców i możliwie szerokie u braci zakonnych. Chciał, aby wszyscy byli kompetentni w tym, co robią. 
A bazylianie warszawscy. Jak doszło do założenia obecnego klasztoru i parafii przy ul. Miodowej 16? 
Zbliżamy się powoli do jubileuszu 300-lecia obecności zakonu ojców bazylianów w Warszawie (2021). Ci pojawili się w stolicy z monasteru w Supraślu, z inicjatywy metropolitów unickich, którzy, będąc senatorami, przyjeżdżali często do stolicy w sprawach państwowych i kościelnych. Wtedy wynikła potrzeba zbudowania rezydencji, gdzie mogliby się zatrzymać. 
Drugim powodem, dla którego metropolici zaprosili nas do stolicy, była potrzeba stałej opieki duszpasterskiej dla przebywających tu katolików obrządku wschodniego (czyli unitów, jak ich wtedy określano). Na Miodową, gdzie teraz mieszkamy, dotarliśmy w trzecim etapie osiedlania się w Warszawie. 
Pierwszy etap stanowiła budowa klasztoru i cerkwi na Ujazdowie, która jednak nie doszła do skutku. Etap drugi – to rezydencja metropolity na Podwalu 15, z niedużą kaplicą, obsługiwaną przez naszych ojców. Kaplica okazała się jednak zbyt mała na potrzeby duszpasterskie. Zdecydowano się więc na budowę nowej i większej, położonej na tej samej działce, ale od strony Miodowej. To były lata 1781-1784. Poświęcenie naszej cerkwi odbyło się w maju 1784 roku z udziałem królowej Polski. Na terenie naszej parafii powstało też Bractwo św. Onufrego, do którego ona należała. 
Tak więc jesteście tu, z małą przerwą, od drugiej połowy XVIII wieku... 
Przerwa ta spowodowana była likwidacją naszej cerkwi wraz z klasztorem przez Rosjan w czasie zaborów (1872). Zlikwidowana została również nasza parafia (1875), a całość znalazła się w posiadaniu cerkwi prawosławnej. Dopiero po odzyskaniu niepodległości przez Polskę klasztor został nam zwrócony, ostatecznie w 1929, kilka lat później nasza cerkiew stała się natomiast świątynią parafialną. 
Duszpasterstwo grecko-katolickie rozwijało się bardzo dynamicznie... 
Tak było do 1944 roku, kiedy to w czasie Powstania Warszawskiego nasz klasztor i cerkiew zostały zbombardowane i nie nadawały się do użytku. Wówczas, podczas nalotu zginęło dwóch naszych bazylianów: ojciec i brat zakonny. Ci, którzy przeżyli nalot, wynajęli mieszkanie przy Górnośląskiej. Odbudowa zniszczonych zabudowań rozpoczęła się zaraz po wyzwoleniu i trwała cztery lata. Ponowna konsekracja cerkwi oraz poświęcenie odbudowanego klasztoru odbyły się w roku 1949.
Wasza cerkiew i klasztor, jako jedyny ośrodek greckokatolicki w Polsce, przetrwał czasy komunizmu...
Stało się tak ponoć dlatego, że w okresie, kiedy władze komunistyczne zabroniły odprawiania nabożeństw i wszelkiej działalności grekokatolikom, ktoś życzliwy poradził naszemu ówczesnemu ojcu przełożonemu, aby ten zarejestrował naszą parafię jako duszpasterstwo rzymskokatolickie (1947). Przez lat dziesięć odprawiano więc w naszej cerkwi wyłącznie nabożeństwa łacińskie. Nasi ojcowie zostali birytualistami. 
Wschodnie nabożeństwa były natomiast odprawiane wyłącznie konspiracyjnie, w kaplicy na górze, w obawie przed organami bezpieczeństwa. Ponieważ nasza parafia figurowała w spisach Urzędu do Spraw Wyznań jako rzymskokatolicka, wraz z klasztorem, jako wspólnotą zakonną, przetrwała czasy rządów komunistycznych. Nie uniknęliśmy natomiast licznych represji czy aresztowań. 
Oficjalnie, ponownie już jako klasztor i parafia greckokatolicka, zaczęliśmy funkcjonować po roku 1956. Byliśmy duszpasterskim fenomenem we wszystkich krajach bloku wschodniego. Nigdzie indziej oficjalnie nie mogły przecież działać żadne grecko- katolickie klasztory czy wspólnoty zakonne. 
Jesteście obecnie parafią terytorialno-personalną...
Kiedy w roku 1996 powstały nasze dwie diecezje, tworzące metropolię greckokatolicką, wszystkie parafie były stricte personalne. Z czasem jednak pojawiła się praktyczna potrzeba określenia także ich zasięgu terytorialnego, chociażby ze względu na pogrzeby czy śluby wiernych z miejscowości, będących w dużym oddaleniu od ośrodków duszpasterskich. 
W ten sposób także nasza parafia ze stricte personalnej przekształciła się w terytorialno-personalną. W chwili tego podziału do naszej parafii przydzielono całą Warszawę oraz prawie całe terytorium województwa mazowieckiego po północno-wschodniej stronie Wisły, z wyjątkiem dwóch powiatów, bliższych do parafii w województwie warmińsko-mazurskim. Obecnie, kiedy powstają nowe parafie, wydziela się im konkretne terytoria, za które odpowiadają. W stolicy taki podział w 2015 roku nastąpił według dzielnic miasta. 
Jednocześnie jesteśmy parafią personalną, bo nie obejmujemy wszystkich mieszkańców odnośnych dzielnic miasta, ale tylko grekokatolików. To jest dla nas ważne m.in. ze względów podatkowych. Jeżeli bowiem do urzędu skarbowego podawana jest liczba wiernych, nie możemy stwierdzić, że mamy pół ich miliona, bo to nieprawda. Podajemy według naszej kartoteki parafialnej, w której figuruje około 700 osób. 
Kto tworzy Waszą parafię?
Tworzą ją ludzie mieszkający tu od dawna, nawet jeszcze z okresu międzywojennego. Są też nowi parafianie, głównie zarobkowi imigranci z Ukrainy, którzy zaczęli napływać od początku lat 90. ubiegłego stulecia. Wielu z nich osiedliło się już na stałe w Warszawie.
Ta ostatnia grupa – wspólnota migracji zarobkowej, wchodząca w skład naszej parafii – liczebnie zdecydowanie przeważa. Ze względu na tę okoliczność ostatnimi laty systematycznie zwiększaliśmy liczbę niedzielnych liturgii. Obecnie są cztery: o godz. 7.00, 9.00, 11.00 i 18.00. 
Nasi parafianie nie sprawiają nam na co dzień większych problemów. Wręcz przeciwnie, bardzo wzbogacają życie parafialne, angażując się w wiele inicjatyw. Odrodziło się ponadto wiele zapomnianych praktyk albo zwyczajów, choćby takich, jak wielkanocne zabawy, zwłaszcza z dziećmi na placu przed cerkwią. Na Ukrainie są one bowiem bardzo popularne. Pamiętam wspomnienia mamy, iż w dzieciństwie brała udział w takich zabawach. I migranci nam ten zwyczaj odnowili. 
Dużą rolę integracyjną pełni świetlica, znajdująca się pod cerkwią. W każdą niedzielę wierni zbierają się tam po liturgiach i rozmawiają przy kawie bądź herbacie. Czasem odbywają się w niej koncerty, spotkania z ciekawymi ludźmi, promocje książek.
Czy wierzący z migracji zarobkowej też angażują się w życie cerkwi?
Tak i to nawet bardzo. Nasza Rada Parafialna składa się w połowie z nowych migrantów, którzy są tu dłużej – 5, 10 czy więcej lat. 
Trzeba sobie jednak mocno uświadomić, że ci, którzy przychodzą do nas na nabożeństwa, stanowią, niestety, tylko około 1-2 procent całej ukraińskiej migracji zarobkowej w Warszawie. Przyjmuje się, że aglomeracja warszawska skupia do 300, a nawet 400 tysięcy obywateli Ukrainy. Jeśli nawet w naszych ośrodkach duszpasterskich gromadzą się 2 lub 3 tysiące, jest to zaledwie 1 procent. 
Jakie są tego przyczyny?
Różne. Niektórzy chcą się możliwie szybko asymilować i nie wyróżniać w swoim środowisku. Zaczynają więc chodzić na nabożeństwa do kościołów rzymskokatolickich. Nawet jeśli pojawiają się tu od czasu do czasu, to zazwyczaj uczestniczą już w życiu parafii łacińskich. Czasem jeszcze co jakiś czas odbywają spowiedź, bo łatwiej im wysłowić się w ojczystym języku. 
Kolejny krok do asymilacji – to małżeństwa mieszane, w różny zresztą sposób. Najczęściej są to związki grekokatolik – prawosławny czy ukraińsko-polskie. Nie brak też innych – np. grekokatolicki Ukrainiec z Polski z prawosławnym Ukraińcem z Ukrainy. Trafiają się ponadto osoby należące do innych niż katolickie (greckokatolickie) czy prawosławne wyznanie wiary, np. ewangelicy różnych denominacji, świadkowie Jehowy lub inni.
Wydaje się jednak, że większość zarobkowych migrantów – to ludzie religijnie obojętni, nie zainteresowani w ogóle sprawami wiary, religii, nie szukający kontaktów z jakimkolwiek Kościołem lub związkiem religijnym. 
Ci, szukający kontaktu z cerkwią, pragnący udziału w liturgii, chcący korzystać z sakramentów świętych, to taka duchowa elita wśród zlaicyzowanego społeczeństwa. Aczkolwiek i tu dają o sobie znać nagminne problemy: nadużywanie alkoholu, rozpadające się małżeństwa, życie w związkach nie sakramentalnych itp.
Zdarza się, że zwracają się do nas prawosławni z prośbą o ochrzczenie swoich dzieci. Zawsze lojalnie uprzedzam, że jesteśmy grekokatolikami i że są w Warszawie cerkwie prawosławne. Raz tylko czy dwa mi się zdarzyło, że ktoś o tym nie wiedział. Inni wiedzą. Ludzie ci jednak często kojarzą polską cerkiew prawosławną z cerkwią rosyjską. Dlatego nie chcą tam chrzcić swoje dzieci. Podobnie dzieje się też ze ślubami. 
W kodeksie kanonów Kościołów wschodnich istnieje zapis, głoszący, że jeżeli wierni Kościołów wschodnich niekatolickich nie mają dostępu do swojego kapłana dłużej niż miesiąc, mogą korzystać z posługi w Kościele greckokatolickim, nie stając się grekokatolikami, nie muszą składać katolickiego wyznania wiary. Na tej podstawie możemy udzielać chrztów i błogosławić małżeństwa, jeżeli wierni sami wyraźnie o to proszą.
Z jakimi jeszcze innymi problemami spotyka się Ojciec na co dzień?
Wśród problemów najczęściej występujących wśród naszych imigranckich parafian są choroby bądź nagłe wypadki, niekoniecznie przy pracy. Zdarza się, że ludzie ci nie mają ubezpieczenia i pieniędzy na leczenie, na wykupienie recepty na niezbędne leki. Utworzyliśmy więc w parafii fundusz dobroczynny. Wszyscy, chcący pomóc potrzebującym, mogą złożyć ofiarę do specjalnie na ten cel przygotowanej skarbonki.
Zdarza się też, że przychodzą szukać pomocy ludzie pokrzywdzeni przez pracodawców. Dostają wypłatę za pierwszy miesiąc, za drugi – już tylko część należności, a potem tylko się im obiecuje, a wreszcie są wyrzucani z pracy. Bywa, że ów wyrzucony z pracy ma spore zadłużenie finansowe – np. za wynajem mieszkania czy choćby pokoju, brakuje mu pieniędzy na bilet powrotny do domu. A ponieważ boją się zgłaszać takie wypadki do organów ścigania, im też pomagamy w miarę naszych możliwości. 
Od samego początku pojawienia się zarobkowej emigracji jedną z tablic ogłoszeń w kruchcie naszej cerkwi udostępniliśmy dla wymiany informacji o pracy i zamieszkaniu. Nadal cieszy się ona zainteresowaniem zarówno u pracodawców, jak i pracobiorców.
Zapytam teraz Ojca o bazylianów w Polsce. Ilu Was tu jest?
Jesteśmy polską prowincją Opieki Matki Bożej, z siedzibą prowincjała w Warszawie. Mamy w Polsce cztery ośrodki bazyliańskie – w Warszawie, Przemyślu, Kętrzynie i Węgorzewie. Dwa pierwsze – to klasztory historyczne, dwa kolejne – to niewielkie klasztory na Mazurach, typowo duszpasterskie. Łącznie liczymy 17 ojców i braci. 
Obok duszpasterstwa zajmujemy się pracą wydawniczą. Ostatnio wydaliśmy pięć tomów "Bazyliańskich Studiów Historycznych". Jeden z tomów z tej serii – to praca Igora Hałagida pt. "Między Moskwą, Warszawą i Watykanem. Dzieje Kościoła greckokatolickiego w Polsce 1944-1970". Wydaliśmy też, ale już jako parafia warszawska, modlitewnik ukraińsko-polski. W każdą niedzielę ukazuje się też biuletyn parafialny, rozchodzący się w nakładzie około 500-600 egzemplarzy. 
W parafii na Miodowej urzęduje proboszcz i dwóch wikariuszy, pomocą służą także inni bracia i ojcowie z naszego klasztoru. Łącznie jest tu pięciu kapłanów i dwóch braci. Od lat nie mamy nowych powołań. Wspiera nas, na szczęście, prowincja ukraińska, gdzie powołań jest więcej. Tamtejszy nowicjat gromadzi dziś kilkunastu kandydatów. Bazylianie mają na Ukrainie własne seminarium duchowne we Lwowie, gdzie studiuje ponad 40 bazyliańskich alumnów. 
Kiedy Ojciec wstąpił do bazylianów?
W roku 1972, zaraz po maturze. Klasztor funkcjonował legalnie, więc obłóczyny w habit zakonny, pierwsze śluby bądź inne uroczystości zakonne odbywały się publicznie. Nie musieliśmy się z nimi ukrywać przed nikim, co było nie do pomyślenia np. na sąsiedniej Słowacji, Węgrzech, Ukrainie czy gdziekolwiek wśród krajów Europy Wschodniej. 
Niełatwo mówić o samym sobie. Urodziłem się w Polsce północnej. Jestem potomkiem przesiedleńców z akcji "Wisła". Moi rodzice pochodzą z powiatu lubaczowskiego, skąd zostali przesiedleni w roku 1947 w okolice Pasłęka w ówczesnym województwie olsztyńskim. Tam w roku 1959 powstała parafia greckokatolicka. Szkołę średnią ukończyłem w Elblągu. 
Po odbyciu nowicjatu rozpocząłem studia w Warszawskim Seminarium Duchownym. Formację duchową, zgodną z naszą wschodnią tradycją, odbywaliśmy w wspólnocie zakonnej. Na wszystkie zaś wykłady z filozofii i teologii chodziliśmy do warszawskiego seminarium. Mam dzięki temu wielu kursowych kolegów, księży rzymskokatolickich, z którymi nadal się spotykamy. Tego roku obchodziliśmy 40. rocznicę naszych święceń kapłańskich.
Odbyły się one na tydzień przed pierwszą pielgrzymką papieża Jana Pawła II do Polski – 27 maja 1979 roku. W dniu wizyty Ojca Świętego rano odprawiałem w naszej cerkwi prymicję, a potem byłem na placu, na którym papież celebrował uroczyste nabożeństwo dla wszystkich mieszkańców stolicy. 
Przez pięć lat po święceniach duszpasterzowałem w Warszawie, w tym przez prawie trzy lata dojeżdżałem w każdą niedzielę do Olsztyna. Następnie, w latach 1985-1990, pracowałem tam na stałe. Jednocześnie obsługiwałem drugą parafię: w Dobrym Mieście. Poza tymi dwoma parafiami miałem kilka dojazdowych punktów katechetycznych. Następnie, w latach 1990-1999, pełniłem posługę w klasztorze w Węgorzewie: trzy lata jako proboszcz, później – w charakterze wychowawcy i mistrza nowicjatu. Do Warszawy wróciłem w roku 1999, pracując początkowo jako ojciec duchowny w seminarium, a od 2003 roku jako proboszcz. 
Ciekawa była pierwsza wizyta papieża (1987) w naszej cerkwi przy Miodowej. Wspominam owe wydarzenie z wielkim sentymentem. Historia ta ciągle mało znana. Nie została odnotowana w mediach z powodu ówczesnej cenzury. Wizyta Jana Pawła II była wizytą nieoficjalną i niezapowiedzianą, miała miejsce w przeddzień tysiąclecia chrztu Rusi Kijowskiej. Wcześniej podejmowaliśmy starania o ewentualne spotkanie papieża ze wspólnotą greckokatolicką. Powiedziano nam wówczas, że nie będzie to możliwe. Pomyśleliśmy sobie: skoro nie – to nie. 
I nagle, w niedzielę, w dniu sprawowania liturgii papieskiej w stolicy na Placu Defilad, wydarzyło się coś niezwykłego. Papież przed liturgią odwiedził, zgodnie z planem, grób ks. Jerzego Popiełuszki. Wracając następnie do centrum, poprosił, aby zawieziono go do nas, do bazylianów. Zrobiło się wielkie zamieszanie, konsternacja. Ale papieżowi się nie odmawia. Musiano więc szybko zmienić plany, całą trasę przejazdu oraz dostosować środki bezpieczeństwa. 
W naszym klasztorze na Miodowej było naonczas tylko dwóch braci i dwie siostry. Nikt się przecież nie spodziewał wizyty tak dostojnego Gościa. Nagle dzwonek do furty zakonnej: jeden, drugi. I głos: otwórzcie cerkiew, bo papież przyjechał i chce się tu pomodlić. Zdenerwowany brat wtedy zapytał: jaki papież? Gdy dopiero zobaczył Ojca Świętego na środku Miodowej, nogi mu się ugięły. 
Szybko otworzył więc cerkiew i wpuścił papieża wraz z towarzyszącymi mu osobami, m.in. z księdzem prymasem  Stanisławem Dziwiszem oraz nieodłącznym fotografem Arturo Mari. Papież ukląkł na posadzce i dłuższą chwilę modlił się. Potem wstał, podszedł do naszych braci i sióstr, by wypowiedzieć znamienne słowa: Chciałem w Waszej cerkwi się pomodlić za naród ukraiński i za Wasz prześladowany Kościół, a ponieważ za rok jest Wasze 1000-lecie i nie będę mógł tam pojechać, chciałem tu się pomodlić w tej intencji. Wizytę Jana Pawła II w naszej cerkwi uwiecznia umieszczona w kruchcie tablica pamiątkowa.
Kolejne nasze spotkanie z papieżem w roku 1999 też było wielkim wydarzeniem. Tyle że już zapowiedziane i oficjalne, gromadzące bazylianów z Europy Środkowo- Wschodniej.
Dziękuję Ojcu za rozmowę.

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 1/2020

TRZY DEKADY "MAGAZYNU WILEŃSKIEGO"

  • Ech, te lata, lata niczym na pniu słoje
  • Autorzy "niech żyją nam"!

KALENDARZ NA I PÓŁROCZE 2020

POLSKOŚCIĄ SILNI

  • Spotkanie opłatkowe ZPL
  • Tradycyjny noworoczny koncert "Wilii"
  • Nauka polskiego jest dziś najważniejsza

NASZA WIARA

  • Lekcja patronów roku 2020
  • Wileńskim Śnipiszkom – w hołdzie

POLITYKA

  • Na bieżąco

MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ

  • Krótkie szczęście małżeństwa Sierakowskich

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • Moje Soplicowo
  • Syberyjskie zesłańcze wspomnienia

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O mściwości

ROK 2019 SIĘ PRZYPOMINA

Nasza księgarnia

Stanisław Moniuszko w Wilnie
Wilno po polsku

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie