O wychowaniu

drukuj
dr Jan Ciechanowicz, 16.09.2018

Wychowywanie kogoś – to coś w rodzaju programowania jego przyszłego postępowania, a więc i losu – rzecz niesłychanie odpowiedzialna, gdyż mająca wymiar nie tylko indywidualny i nie tylko ziemski. Jak zauważył Francois Noel Babeuf, od sposobu wychowania ludzi zależny jest przyszły los narodów. I oczywiście los poszczególnych osób, jedynych w swoim rodzaju, niepowtarzalnych, obdarzonych takimże jedynym i niepowtarzalnym życiem. Skutkiem właściwego wychowania staje się, – powiada Platon w drugiej księdze Praw, – że "od początku do końca nienawidzi się rzeczy, które należy nienawidzić, a miłuje te, które należy miłować".

Obiektem wychowania są przede wszystkim dzieci, które w kulturze np. islamu są uważane, zanim osiągną dziesiąty rok życia, za aniołów. I to w dosłownym znaczeniu tego słowa. W podobny sposób rozumował także Europejczyk Emanuel Swedenborg, gdy w dziele pod tytułem O niebie i piekle zauważał: Dzieci nie wiedzą, że się urodziły na świecie i dlatego mniemają, że się urodziły w niebie; nie wiedzą nawet, czym jest inne narodzenie, prócz narodzenia duchowego, które się odbywa przez poznanie dobra i prawdy, i przez rozum i mądrość, z powodu których człowiek jest człowiekiem; ponieważ te rzeczy pochodzą od Boga, wierzą i lubią wierzyć, że są one Samego Pana własnością. (...) Dzieci, skoro tylko zostają wskrzeszone z umarłych, co się dzieje natychmiast po śmierci, są unoszone do nieba i oddawane aniołom. (...) Wszystkie dzieci znajdują się pod bezpośrednim dozorem Boga. (...) Dzieci w niebie nie dorastają dalej, jak do pierwszej młodości i w niej pozostają na wieki... Z tej szczególnej istoty dzieci wynika też konieczność szczególnego ich traktowania w rodzinie, w szkole i w społeczeństwie jako takim. 
Wychowanie polega na przygotowaniu dziecka czy młodego człowieka do dalszego życia, na zaszczepieniu im przez starsze pokolenie tych i takich umiejętności, które w życiu dojrzałym będą nieodzowne. Zadanie to mają spełnić rodzice, a w dalszej kolejności szkoła, tak, by puszczone samopas młode życie nie wykoleiło się, nie zszedło na manowce pod wpływem jakichś przypadkowych znajomości i niewłaściwych oddziaływań. 
* * *
Mówi się, że człowiek ma prawo postępować tak, jak mu się podoba. Sęk jednak w tym, by przedtem nauczył się odróżniać dobro od zła i preferować to pierwsze, a unikać drugiego. Nie jest to wszelako sztuka łatwa, jako że wymaga rozumu, wiedzy i nabycia dobrych nawyków. W długim obcowaniu zarówno dobro, jak zło wszczepia w nas zamiłowanie do siebie – zauważa Seneka w rozprawie O pokoju ducha (I). Jakże często widzimy ludzi, którzy przechwalają się tym, czego powinni się wstydzić, a się wstydzą tego, z czego mogliby być dumni. Już bowiem w dzieciństwie mieli zły przykład w swych rodzicach i pozostali zdezorientowani na długie lata. Nie często zachowujemy z dzieciństwa szczęśliwą ufność, prostotę, wiarę w dobroć i życzliwość świata. Bezwzględne doświadczenie życiowe umieszcza na miejscu owych pięknych uczuć oschły, wyrachowany, jałowy cynizm, kundli spryt, ślepy merkantylizm. 
Lorenzo Valla twierdził, że sama natura człowieka jest skłonna raczej do zła i zepsucia niż do dobra i do cnoty. Można widzieć, – pisał – jak od najwcześniejszych lat dzieci wpadają w przywary rozrywek, łakomstwa, pogoni za przyjemnościami, a unikają dążenia do czci i uczciwości, że nienawidzą pouczania, a lubią pochwały i dążą do rozrabiania. Nie mówiąc już o tym, z jakim trudem uczą się dobrych obyczajów. Nie tylko dzieci, ale i dorośli (i przy tym bardzo liczni) z rozdrażnieniem odbierają, gdy ktoś ich krytykuje, i gniewają się na tych, od których otrzymują zbawienne nauki, zamiast być za nie wdzięcznymi. Sprawę komplikuje fatalna dziedziczność, wiadomo przecież, że cała ludzkość to potomstwo bratobójcy Kaina, czyli Kainowe plemię. 
Wychowaniem nie da się przerobić złego na dobrego, na co zwracał uwagę Saadi, gdy pisał: 

Dobrej szabli nie ukujesz 
Z podłego żelaza,
Z nicponia wychowaniem
Człowieka nie zrobisz...

Psa, choćbyś w siedmiu morzach
Codziennie omywał,
Przecie on psem do śmierci
Będzie, jako bywał. 

Wydaje się, że to samo miał na myśli znakomity historyk brytyjski Edward Gibbon, gdy w dziele Zmierzch Cesarstwa Rzymskiego zauważał: Wychowanie rzadko kiedy odnosi większe skutki, chyba że uczeń ma tak szczęśliwe usposobienie, iż jest ono niemal zbyteczne. Z tego twierdzenia nie wynika jednak wniosek, że wszelkie wychowanie z góry byłoby skazane na niepowodzenie. Po pierwsze bowiem, może ono dobrych uczynić jeszcze lepszymi. Po drugie, choć nie można przerobić i zmienić natury ludzi, to można ich przekonać do szanowania pewnych cywilizowanych norm postępowania; szczególnie gdy się im ukaże żywy przykład tegoż. Tylko od życia można się życia nauczyć i żadna pedagogika tej nauki nie zastąpi – jedynie żyjąc, człowiek uczy się żyć, a każdy, kto się rodzi, musi tę naukę zaczynać od abecadła (Miguel de Unamuno). Tym zaś abecadłem jest dla każdego człowieka żywy przykład jego najbliższego otoczenia, rodziców, rodzeństwa, szkoły podstawowej, przyjaciół z dzieciństwa. W każdym bądź razie już we wczesnej młodości powinno się zrozumieć i zawsze pamiętać o tym, że – jak pisał John Ruskin – nigdy nie wrócisz straconego czasu, nigdy nie poprawisz dokonanego zła. 
Może dlatego Lew Tołstoj ułożył ongiś List do dzieci, w którym pisał: Radzę ci, dziecko drogie, abyś całe życie twoje, począwszy od dnia dzisiejszego aż do śmierci, uczył się najpilniej jednej rzeczy. Oto: jak być dobrym. Ale dobrym dla wszystkich: dla twej wychowawczyni, dla mamy, dla ojca, dla rodzeństwa swego – dla wszystkich.
I nie myśl, że nauka ta jest łatwa. Trzeba uczyć się jej tak samo, jak czytania, pisania, gry na skrzypcach lub na fortepianie. Tylko widzisz dziecko, każda z tych nauk ma swój koniec, a nauka dobroci końca nie ma.
I najważniejsze. Żadna z nauk nie da ci takiego szczęścia, jak ta właśnie. A im dłużej będziesz się uczył, tym większą radość i wesołość odczujesz w duszy, tym więcej wszyscy wokół kochać cię będą.
Więc proszę cię, dziecko drogie, uczyń tak.
W każdej chwili swego życia pamiętaj, że trzeba być dobrym.
Sztuka ta nie jest łatwą, ale przecie jak najbardziej możliwą i konieczną. Apulejusz z Madaury pisał: Człowiek nie rodzi się ani absolutnie złym, ani absolutnie dobrym na mocy swego pochodzenia, lecz do tych obu, do zła i dobra, skłonna jest jego natura. Posiada bowiem, już od chwili swoich urodzin, jakieś zarodki obu tych rzeczy. Proces wychowawczy powinien być zatem tak ustawiony, by z tych dwóch skłonności te drugie wzięły górę. Nauczyciele dzieci o nic bardziej nie powinni zabiegać, jak o to, by ich wychowankowie zechcieli stać się miłośnikami cnót. Przede wszystkim powinni, mocą dobrych obyczajów i zabiegów wychowawczych, wdrażać ich do tego, aby uczyli się powodować sprawiedliwością, zarówno w roli rządzących, jak i rządzonych. Dlatego nade wszystko trzeba nimi tak pokierować, aby wiedzieli, że to, do czego powinno się dążyć, jest szlachetne, a to, czego należy unikać, jest haniebne; że zarazem to pierwsze przynosi radość i chwałę, gdy drugie – wstyd i niesławę; i że śmiało winniśmy wybierać to, co jest chwalebne, a tym samym i dobre. Młodym ludziom należy zaszczepić hart ducha, by mogli przetrwać wszelkie burze losowe, zachowując kryształową czystość serca, niespaczonego nienawiścią, kłamstwem, grzechem, przedwczesną goryczą. Dlatego nauczający powinien mieć umysł i postępowanie bezwzględnie prawe; jeśli ich nie ma, będzie młodzież nie nauczał, lecz demoralizował, tj. zabijał jej duszę. Dlatego nauczający powinien nieustannie, przez całe życie, wychowywać sam siebie, pracować usilnie nad tym, by się nie zatrzymać i nie cofnąć w rozwoju duchowym. Eine Folgeerscheinung verkehrter Erziehung ist Feigheit vor der Verantwortung und die daraus sich ergebende Schwäche in der Behandlung selbst lebenswichtiger Probleme (Adolf Hitler, Mein Kampf). – Następstwem niewłaściwego wychowania jest lęk przed braniem na siebie odpowiedzialności i wynikająca stąd słabość, jeśli chodzi o stosunek do życiowo ważnych zagadnień. Każdy prawy człowiek powinien mieć dość męstwa, by dźwigać na własnych barkach ciężar odpowiedzialności za los swój oraz – jeśli trzeba – także swych bliźnich. 
Proces wychowawczy powinien być procesem doskonalenia ludzkości. Dr Alfred Grotjahn pisał: Jak uczy doświadczenie, wybitne osobistości, bezżenne z powodu wypełnienia całego swego życia tylko swymi ideami, lub wskutek późnego małżeństwa, lub wreszcie wskutek niewłaściwego wyboru małżonki – nie pozostawiają zwykle ani dostatecznego ilościowo, ani jakościowo im dorównującego potomstwa. W rzeczywistości musi w końcu przez to nastąpić zubożenie ludności w wybitnie uzdolnione osobniki. Genialność bardzo rzadko bywa bezpośrednio dziedziczona. Dlatego dzieci wybitnych uczonych, artystów, wynalazców – jak to się często daje zauważyć – nie powinny być zmuszane iść śladami ojca i tak wysoko sięgać, jak on, do czego z reguły brakuje im sił i warunków, ale raczej powinny swą ambicję zwrócić w tym kierunku, by wychować możliwie jak najwięcej dzieci i przez nie zachować dla przyszłych pokoleń uzdolnienia, które ujawniły się w rodzicach. Jeśli bowiem nie w pierwszym lub drugim pokoleniu, to kiedyś muszą się te uzdolnienia znowu ujawnić, przynajmniej u części potomstwa. Wychowanie tedy winno być opiekuńcze, spolegliwe, ale nie ambicjonalne i megalomańskie. 
* * *
W sferze techniki istnieje kategoria zwana "ochrona przed durniem", co znaczy, że każdy układ techniczny powinien być skonstruowany tak, by podczas eksploatacji ktoś nieprzygotowany nie mógł spowodować katastrofy czy awarii. Także system wychowania młodego człowieka powinien zmierzać ku temu, aby posiadał on odporność na obecność koło siebie "durnia" i jego destrukcyjne oddziaływanie, by potrafił roztropnie się zachować w każdej sytuacji i w każdym otoczeniu. Niebagatelna to jednak sztuka – zachować twarz i rzetelną postawę życiową wśród panoszącego się wokół zła i nieprzyzwoitości. Nie jest to rzeczą wielką przestawać z dobrymi i łagodnymi, bo to się wszystkim z natury podoba i każdy chętnie w zgodzie żyje i kocha tych, którzy jednakowy z nim mają sposób myślenia. Lecz umieć żyć z ludźmi twardymi i opacznymi, albo nie znającymi karności i nam wstrętnymi – to jest wielka łaska i czyn wielce chwalebny i męski (Tomasz a Kempis). 
Nie ma tedy dla człowieka większej ozdoby i wyższego zaszczytu niż dobre wychowanie. Dlatego też Jan z Czarnolasu deklarował: 
Ani ja dbam o pompę, ani o infuły;
Uczciwe wychowanie – to moje tytuły. 
Do "uczciwego wychowania" należy niewątpliwie wychowanie do pracy i przez pracę, jak to żartobliwie ujął Janusz Korczak: Jak bachora nie przywalić robotą od maleńkości, to się tylko złego na ulicy nauczy. 
Pewną część dobrego wychowania stanowią normy etykiety. W ustroju demokratycznym nie są one sztywne, ale też wymagają czujności i wystrzegania się popadnięcia w prostactwo. Prawdziwie godne maniery polegają na tym, by zawsze pozostawać na swoim miejscu – ani wyżej, ani niżej. Jest to osiągalne zarówno dla chłopa, jak i dla władcy. W demokracji wszystkie miejsca w społeczeństwie są wątpliwe i dlatego maniery, które często są tam pyszałkowate, rzadko bywają pełne godności. Co więcej, nigdy nie są ani ułożone, ani wyszukane... Nic bardziej nie zniechęca ludzi do demokracji niż zewnętrzne formy jej obyczajów. Wielu ludzi chętnie pogodziłoby się z jej ułomnościami, ale nie mogą znieść jej manier (Alexis de Tocqueville); manier prostackich, powtórzmy to jeszcze raz – tak rażąco manifestowanych w różnych formach kultury masowej. 
Jedno z najdonioślejszych zadań wychowania stanowi nauczenie młodego człowieka mądrej i odpowiedzialnej samodzielności, polegającej na samoopanowaniu. Dlatego Baltasar Gracian w Wyroczni podręcznej notował: Nigdy nie wypadać z równowagi. Wielki to dowód mądrości, nigdy się nie oburzać. Po tym poznasz męża silnego i o wielkim sercu. Wszystko bowiem, co wielkie, z trudem daje się poruszyć. Wzruszenia to choroby duszy; każdy ich nadmiar obniża rozum. A jeżeli choroba rozerwie więzy języka, cześć nasza jest w niebezpieczeństwie. Należy więc być do tego stopnia panem siebie, by – w największym szczęściu lub nieszczęściu – nie ubliżyć sobie własnym uniesieniem, a przeciwnie: budzić podziw jako człowiek wyższy ponad odruchy uczucia... Bądź wolny od namiętności. To daje duchowi największą siłę; uwalnia go spod jarzma zewnętrznych wrażeń. Żadna władza nie jest wyższa nad panowanie nad sobą samym i nad własnymi uczuciami. Panowanie takie to najwyższy triumf woli... Unikniesz przez to wielu zmartwień. Nawet jeszcze więcej: Wstąpisz na najkrótszą drogę do zdobycia znaczenia. Jak powtarzał swoim żołnierzom generalissimus Aleksander Suworow: Zwycięż siebie, a będziesz niezwyciężony. Naucz się zawczasu przebaczać błędy innych, a nigdy nie wybaczaj sobie własnych... 
Ze sfery wychowania warto usuwać motyw nadmiernej rywalizacji, gdyż wytwarza on przesadne pragnienie osobistej mocy i panowania nad innymi. Trzeba nauczyć młodego człowieka czerpać zadowolenie z samej pracy i z pożytku, jaki daje ona bliźnim, a nie z poczucia własnej wyższości. Oczywiście, ambicja może mieć także pewne cenne skutki, inspirować do nieustannego wysiłku i samodoskonalenia się. Lecz czyni też ona nas ciągle niezadowolonymi z siebie, odbiera spokój i sen. Osobnik ambitny wszędzie chce być na pierwszym miejscu, co może powodować przesadny lęk przed niepowodzeniem, paraliżujący zdolność do czynu, zawiść, wrogość w stosunku do tych, którym w czymś się powiodło. Od przeczulonej ambicji jest jeden krok do załamania się i zupełnej utraty odwagi, do rezygnacji z wszelkich silnych dążeń. 
* * *
Powiada się, że rodzina stanowi nie tylko podstawową instytucję wychowawczą, ale i cichą przystań, w której panuje spokój, ład i miłość wzajemna. Jest to jednak tylko jedna strona medalu, przy tym nie tak znów często obserwowana. Życie w rodzinie to wielka próba charakteru, cierpliwości, kultury i wytrzymałości psychomoralnej. Nur der,  welcher ein wahrhaft mühsames Leben geführt hat – er sei  Jude, Türke, Christ oder was ihr wollt - , sollte in jener Welt selig werden können; dann wären doch die ausgeschlossen, die ehelos gelebt haben und gestorben sind – pisał F. M. Klinger, dobrze rozumiejący istotę i tryb życia rodzinnego. 
Głównym warunkiem psychicznej równowagi dziecka jest atmosfera miłości, która powinna ich otaczać. Pierwsze uczucia prospołeczne powstają w dziecku (podobnie zresztą jak w dorosłych) dzięki temu, iż czuje ono, że jest życzliwie traktowane przez otoczenie. Nie należy więc szczędzić mu objawów miłości, bo jednak miłość to wcale nie rozpieszczanie, jak mylnie sądzi wielu rodziców. Życzliwe uczucia objawiane w stosunku do dziecka wywołują w nim oddźwięk na zasadzie wzajemności – przywiązuje się ono do tych, którzy je kochają; kocha tych ludzi, a poprzez nich i cały świat. Sympatia do ludzi stanowi podstawę uspołecznienia i poczucia ogólnoludzkiej wspólnoty. Dlatego powinno się nawet najmniejszemu i najsłabszemu dziecku dać w miarę możności do poznania, że jest w rodzinie kochane, cenione i szanowane. W dziele Społeczne ramy pamięci Marice Halbwachs pisał: Nie ma środowiska, w którym osobowość jednostki byłaby bardziej uwypuklona niż w rodzinie. Nigdzie nie uważa się w większym stopniu każdego członka grupy za istotę jedyną w swoim rodzaju i taką, na której miejsce nie można by sobie nawet wyobrazić postawienia kogoś innego. Oczywiście, powinno się zachować granicę między miłością a przesadnym i nierozsądnym rozpieszczaniem, które potem okrutnie na dziecku się mści. Dzieci bowiem "wychuchane i wydmuchane" częstokroć wyrastają na niedołęgów, a nawet na niepouczalnych niegodziwców, nienawidzących swych rodziców.
Kto nie znosi pouczeń, umiera przedwcześnie – mawiał Rabbi Nachman z Bracławia. Pouczenia jednak bywają, niestety, bardzo często odrzucane, a to także z powodu, że nieraz są czynione w tonie wyższości, paternalizmu lub zgoła kategorycznego polecenia, nieznośnego w odczuciu młodych ludzi. Zdarza się jednak, że do pouczeń zabiera się ktoś zgoła ku temu nie powołany. Jeśli zauważamy w kimś jakieś wady i rodzi się w nas poczucie antypatii, może to znaczyć, że coś z tych wad tkwi także w nas samych. Warto więc najpierw wejrzeć w siebie samego, zanim zacznie się potępiać drugiego. Należy też umiejętnie wybrać czas do wypowiedzenia krytycznej uwagi, łagodny ton, oględne słowa. Zacytowany powyżej rabin radził: Bądź mądry w przemawianiu do kogokolwiek, w przeciwnym razie uczynisz więcej zła niż dobra. A każdy swój zarzut kieruj również na samego siebie... 
* * *
Inne niebezpieczeństwo mogłoby polegać na egoizmie starszego pokolenia, które niekiedy zazdrości młodszemu właśnie jego młodości. Interes spokoju powszechnego, domowego i publicznego sprzeciwia się przyjemnościom i przedsięwzięciom młodych. Dlatego też wychowanie dobre, lub tak nazywane, polega w znacznej części na oszukiwaniu wychowanków, a to w tym celu, aby zaniedbywali wygody własnej na rzecz cudzej. Lecz i bez tego starzy z natury rzeczy dążą do zniszczenia, o ile jest w ich mocy, i wyplenienia z życia ludzkiego młodości, której widok jest im przykry. We wszystkich czasach starość sprzysięgała się przeciw młodości, ponieważ we wszystkich czasach była ludziom wspólna nikczemna dążność do potępiania i prześladowania w innych tych dóbr, których by bardziej żądali dla siebie. (...) Owocem uprawy tak złej, lub zmierzającej do korzyści hodowcy ze szkodą rośliny, jest albo doprowadzenie do tego, że wychowankowie przeżywszy starczo wiek młodociany, wystawiają się na pośmiewisko lub nieszczęście w starości chcąc żyć jak młodzi; albo też, że natura zwycięża i że młodzi, żyjąc po młodemu na przekór wychowaniu, buntują się przeciw wychowawcom, którzy, gdyby byli popierali ich używanie i zażywanie zdolności młodzieńczych, mogli by nim kierować za pomocą zaufania wychowanków, którego by nigdy nie byli stracili (Giacomo Leopardi). 
Cokolwiek byśmy powiedzieli o pułapkach procesu wychowawczego, jest on niezbędny. Arthur Schopenhauer (Parerga und Paralipomena) twierdził, że nie istnieje taki charakter, by można go było pozostawić samemu i puścić samopas; każdy wymaga kierowania za pomocą pojęć i maksym. Jeśli jednak doprowadza się sprawę do skrajności, chcąc, by charakter nie wynikał z przyrodzonej nam natury, lecz z rozważnego namysłu, czyli aby właściwie był w pełni nabyty i sztuczny, wówczas niebawem znajdą potwierdzenie słowa Horacego: "Naturam expelles furca, tamen usque recurret" – "Pędź naturę widłami, powraca wytrwale". (...) Można mianowicie bardzo dobrze pojąć jakąś regułę, która odnosi się do zachowania wobec innych ludzi, ba, można samemu ją odkryć i celnie sformułować, a mimo to zgrzeszyć przeciw niej natychmiast w życiu realnym. Ale niech to nie odbiera nam odwagi i nie sądźmy, że żyjąc w świecie, nie można w postępowaniu kierować się abstrakcyjnymi regułami i zasadami i wobec tego najlepiej popuścić sobie cugli. Jest z tym tak samo, jak z każdym przepisem i każdą radą teoretyczną, która odnosi się do praktyki: najpierw trzeba regułę zrozumieć, potem nauczyć się ją stosować. Pierwsze zdobywa się przy pomocy rozumu za jednym zamachem, drugie stopniowo za pomocą ćwiczenia. Pokazuje się uczniowi chwyty na instrumencie, ciosy i parady rapierem: mimo najlepszych chęci popełnia on natychmiast błąd i dochodzi do wniosku, że przestrzeganie tych zasad w pośpiechu gry i w gorączce walki jest po prostu niepodobieństwem. A jednak ćwicząc stopniowo uczy się tego, potykając się, padając i podnosząc się znowu. Podobnie dzieje się z regułami gramatyki łacińskiej w mowie i piśmie. W ten sposób cham staje się dworakiem, zapaleniec wykwintnym światowcem, człowiek szczery staje się skryty, szlachetny – sarkastyczny. Niemniej taka samotresura, uzyskana przez długotrwałe przyzwyczajenie, zawsze działa jak przymus zewnętrzny i natura nigdy nie zaprzestanie całkiem wobec niej oporu, czasem zaś niespodzianie dokona w niej wyłomu. Każde bowiem działanie według abstrakcyjnych zasad pozostaje w takim stosunku do działania wynikającego z pierwotnej, wrodzonej skłonności, jak dzieło kunsztu ludzkiego, np. zegar, gdzie forma i ruch zostały narzucone obcemu im materiałowi, do żywego organizmu, w którym forma i materia przenikają się wzajemnie i stanowią jedność. Ten stosunek między charakterem nabytym i wrodzonym potwierdzają słowa cesarza Napoleona: "wszystko, co nie jest naturalne, jest niedoskonałe"; w ogóle zaś jest to reguła, która dotyczy wszystkiego bez wyjątku, zarówno zjawisk fizycznych, jak i moralnych... 
Dlatego też należy się wystrzegać wszelkiej afektacji. Budzi ona zawsze lekceważenie: po pierwsze, jako oszustwo, które jak każde oszustwo jest tchórzliwe, bo wynika ze strachu; po drugie, jako wyrok potępienia wydany na siebie samego, gdyż człowiek chce uchodzić za kogoś, kim nie jest, kogo zatem uważa za lepszego od siebie. Afektowane podkreślanie jakiejś właściwości, pysznienie się nią, oznacza przyznanie, że się jej nie posiada. Wszystko jedno, czy człowiek chełpi się odwagą, wiedzą, polotem, dowcipem, szczęściem u kobiet, bogactwem lub dobrym urodzeniem, czy też czymkolwiek innym, zawsze można stąd wywnioskować, że tego właśnie mu nie dostaje; kto bowiem naprawdę jakąś właściwość posiada, temu do głowy nie przychodzi wystawiać ją na pokaz i podkreślać z afektacją, lecz jest o nią zupełnie spokojny. Taki sens ma też przysłowie hiszpańskie "podkowie, która brzęczy, brak gwoździa". W każdym bądź razie nikt nie ma prawa popuścić sobie całkiem cugli i obnażyć się zupełnie, gdyż wiele złych oraz zwierzęcych stron naszej natury wymaga osłonek; ale usprawiedliwia to tylko zachowanie negatywne, dysymulację, a nie pozytywne, symulację. – Warto też wiedzieć, że afektację rozpoznaje się, zanim jeszcze staje się rzeczą jasną, co właściwie podkreśla się z afektacją. A na koniec afektacja na dalszą metę nie wytrzymuje próby, lecz pewnego dnia maska opada. "Nikt nie potrafi długi czas chodzić w masce. To, co zmyślone, trwa krótko i szybko powraca do stanu naturalnego" (Seneka). Tyle wielki gdańszczanin.
Także i ta okoliczność potwierdza słowa Janusza Korczaka o tym, że wychowanie dziecka to nie miła zabawa, a zadanie, w które trzeba włożyć wysiłek bezsennych nocy, kapitał ciężkich przeżyć i wiele myśli. Przy tym nie mając żadnej gwarancji, a nawet żadnej nadziei, iż po latach usłyszy się od swego dorosłego dziecka choćby jedno dobre słowo. 
* * *
Warto przypomnieć kilka myśli z zakresu pedagogiki chrześcijańskiej, która uważa, że kto chce wychowywać, musi mieć przed oczyma wyraźnie i konkretnie określony cel wychowania. Wybitny katolicki pedagog Friedrich Wilhelm Foerster pisał w pierwszej połowie XX wieku o konieczności pogłębiania siebie samego w owym gotyckim stylu miłości i ofiary, który znajdujemy u wielkich świętych... Dziś w wielu kołach panuje przekonanie, że święci mają swe stosowne miejsce tylko u kolumn starych kościołów lub w muzeach, gdzie można ich podziwiać i archeologicznie rejestrować, że jednak życie rzeczywiste od takich ekstrawagancji winno być wolne. Naprawdę jednak dziś, bardziej niż kiedykolwiek, potrzebujemy, w przeciwieństwie do ekstrawagancji materialistycznego sposobu myślenia, wzniosłej ekstrawagancji samozaparcia. W czasie, w którym tak się panoszą blichtr, parada i igraszki, dusza ludzka znów potrzebuje wzorów heroicznych, które od pozorów miłości idą w głąb, dążą od połowiczności ku doskonałości. W końcu często już sami nie wiemy, ile samolubstwa, żądzy panowania i kultu samego siebie kryje się jeszcze w naszym miłowaniu i poświęcaniu się. – I tu potrzeba nam ideału chrześcijańskiego z jego stanowczością względem egoizmu. W świetle tego ideału widzimy dopiero wyraźnie, jakimi jesteśmy i jakimi być powinniśmy. Można powiedzieć, że nigdy nam bardziej nie grozi niebezpieczeństwo, jak wtedy, gdy zaczynamy "miłość objawiać czynem". Dlatego nasza "miłość ziemska" potrzebuje pobłogosławienia przez "miłość niebieską", ażebyśmy się nauczyli kochać naprawdę bez myśli o sobie i bez przeglądania się w zwierciadle pychy. Bo czyż właśnie nasze tzw. dobre uczynki nie są często początkiem naszego wewnętrznego upadku? Żadna religia, żadna etyka z taką wszechwiedzą nie chroni duszy człowieka pomagającego i  dającego z siebie, żadna nie zna tak dokładnie wszystkich utajonych niebezpieczeństw pychy, samoudręczenia, żądzy panowania i zarozumiałości, jak chrześcijaństwo – powiada Foerster bez przesadnej skądinąd skromności w dziele O wychowaniu obywatelskim i dodaje, iż potrzeba głębokiej pokory, ażeby na własnej duszy nie ponieść szkody, pełniąc dzieło podnoszenia upadłych. Bez takiej pokory trudno o należytą postawę zarówno wobec upadłych, jak wobec własnego "ja" – postawę, która by obie strony posunęła naprzód na drodze postępu moralnego. Wielu pragnących z wielkim zapałem na tym polu pracować nawet w przybliżeniu nie zdaje sobie sprawy z duchowych przesłanek tej pracy. Nie przeczuwają oni nawet, w jaki stan trzeba wprawić własną duszę, jeśli się chce "być przyjętym" przez grzeszników. Człowiek powalony winą odznacza się najczęściej nadzwyczajnym jasnowidzeniem niekompetencji tych, którzy go na właściwą drogę pragną poprowadzić. Poznał on życie i ułomności człowieka. Tu ten tylko zdoła przekonać i pomóc, kto rozumie tajemnicę "Baranka Bożego" i z innego przemawia świata, jako człowiek śmiertelny zaś niczego innego nie czuje, jak tylko cześć przed nieszczęściem.
I dopiero gdy ostatnie szczątki pychy znikają z jego duszy, staje się zdolny do podźwignięcia innego człowieka w górę. Jakże to trudne, trzymać się tu równie daleko od faryzejskiej surowości, jak i zbyt miękkiej pobłażliwości... Inni rozpływają się w litości dla przestępcy, zapominając zupełnie, że prawdziwa litość tego właśnie wymaga od nas, ażebyśmy tego człowieka w należyty wprowadzili stosunek do jego czynu, to jest, ażebyśmy mu za pomocą nieprzekupnego sądu pomogli do gruntownego wyzwolenia się i oczyszczenia z hańbiącego czynu. Litość nasza ani sama nie powinna być żałośliwa, ani w innych żałość budzić nie powinna; litość powinniśmy mieć dla winy, a nie dla bolesnych i zarazem zbawiennych następstw tej winy, dla moralnej, a nie świeckiej niedoli człowieka upadłego. (...) Tylko organicznie ukształtowana wiedza jest potęgą i daje potęgę. Natomiast wiedza niezwiązana i rozproszona jest niemocą, jest czynnikiem psującym charakter, prowadzi do blagi, pretensjonalności, wewnętrznej rozwiązłości i płytkości w wydawaniu sądów... 
Sfera intelektualna i sfera moralna są ze sobą ściśle połączone. Nikt, kto mądry, nie jest amoralny, a nikt, kto amoralny, nie może być uznany za mądrego i dobrze wychowanego. Wiedza zaś zawsze w życiu może się przydać, jak powiada przysłowie litewskie: ką žinosi, ant pečių nenešiosi – czego się nauczysz, na plecach nie będziesz nosił. 
Proces wychowywania młodego pokolenia stanowi część kosmicznego procesu stwarzania i odtwarzania wciąż na nowo rozmaitych przejawów życia ludzkiego i jest wpisany w kontekst także metafizyczny. W dziele Karola Wojtyły Miłość i odpowiedzialność znajdujemy następne rozważania: Bóg nieustannie stwarza i tylko dzięki temu, że On nieustannie stwarza, świat utrzymuje się w istnieniu (conservatio est continua creatio). Świat bowiem składa się ze stworzeń, czyli z takich bytów, które nie mają same z siebie swego istnienia, nie mają bowiem w sobie samych ostatecznej jego racji i źródła. Źródło to, a wraz z nim ostateczna racja istnienia wszystkich stworzeń, wciąż nieodmiennie znajduje się w Bogu. Jednakże owe stworzenia uczestniczą w całym porządku istnienia nie tylko przez to, że same istnieją, ale też przez to, że przynajmniej niektóre z nich pomagają w przekazywaniu istnienia nowym jestestwom w obrębie swego gatunku. Tak jest i z człowiekiem, z mężczyzną i kobietą, którzy korzystając z popędu we współżyciu płciowym, wchodzą niejako w kosmiczny nurt przekazywania istnienia. Ich odrębna pozycja polega na tym, że sami zarówno kierują świadomie własnym działaniem, jak też przewidują możliwe skutki, owoce tego działania. (...)
Mężczyzna i kobieta przez prokreację, przez to, że uczestniczą w dziele stawania się nowego człowieka, na swój sposób uczestniczą równocześnie w dziele stwarzania. Mogą więc patrzeć na siebie wówczas jakby na rozumnych współ-twórców nowego człowieka. Ów nowy człowiek jest osobą. Rodzice biorą udział w genezie osoby. Wiadomo, że osoba to nie tylko i nie przede wszystkim organizm. Ciało ludzkie jest ciałem osoby dlatego, że stanowi substancjalną jedność z duchem ludzkim. Duch ludzki zaś nie rodzi się przez zespolenie cielesne mężczyzny i kobiety. Duch w ogóle nie może wyłaniać się z ciała ani też rodzić się i powstawać na tych zasadach, na jakich rodzi się ciało. (...) Niemniej, kiedy poczyna się nowy człowiek, wówczas poczyna się także nowy duch, substancjalnie zespolony z ciałem, którego embrion zaczyna istnieć w łonie kobiety-matki. Bez tego nie sposób pojąć, jak ów embrion mógłby się potem rozwinąć właśnie w człowieka, w osobę.
Istota ludzka jest przeto dziełem samego Boga: On stwarza duchową i nieśmiertelną duszę tej istoty, której organizm zaczyna istnieć jako następstwo stosunku cielesnego mężczyzny i kobiety. [Bóg – jako jedyny istniejący sam przez się ze wszech miar doskonały Byt – stwarza (czyni bytem przygodnym) człowieka... Godność "bycia osobą" nadaje każdemu człowiekowi sam Bóg. Udział rodziców w "genezie osoby" nabiera tu jednak nowej treści z chwilą, gdy przyjmują dziecko do rodziny jako wspólnoty osób i akceptują tę jego relacjonalną podmiotowość zwróconą nie tylko ku nim i ku innym ludziom, ale i ku Bogu]. 
Stosunek cielesny winien płynąć z miłości osób i w niej też znajdować pełne pokrycie. Jakkolwiek ta milość nie daje istnienia nowemu duchowi – duszy dziecka – to jednak musi ona być w pełnej gotowości do tego, ażeby tę nową istotę osobową, która zaistniała poprzez stosunek cielesny wprawdzie, ale będący wyrazem również duchowej miłości osób, przyjąć i zapewnić jej pełny, nie tylko cielesny, ale również duchowy rozwój. Taki pełny duchowy rozwój osoby ludzkiej stanowi owoc wychowania... Tu, w dziele wychowania nowych osób, skupia się cała płodność miłości dwojga osób, kobiety i mężczyzny. Tutaj leży jej właściwy cel, jej naturalny kierunek.
Wychowanie to twórczość o przedmiocie najbardziej osobowym – wychowuje się bowiem zawsze i tylko osobę, zwierzę można jedynie tresować – a równocześnie twórczość w tworzywie całkowicie ludzkim: wszystko, co z natury zawiera się w wychowywanym człowieku, stanowi tworzywo dla wychowawców, tworzywo, po które winna sięgać ich milość. Do całokształtu tego tworzywa należy także to, co daje Bóg w porządku nadnatury, czyli łaski. Nie pozostawia On bowiem dzieła wychowania, które jest poniekąd ciągłym stwarzaniem osobowości, całkowicie i wyłącznie rodzicom, ale sam osobiście również bierze w nim udział. Nie tylko miłość rodziców stała u początku nowej ludzkiej osoby, oni byli tylko współ-twórcami; o zaistnieniu osoby w łonie matki zadecydowała miłość Stwórcy... Bóg sam bierze najwyższy udział w tworzeniu ludzkiej osobowości w zakresie duchowym, moralnym, ściśle nad-przyrodzonym. Rodzice zaś, jeśli nie mają wypaść ze swej właściwej roli, roli współ-twórców, winni i w tym również dopomagać... Zarówno zatem przez akt poczęcia nowego życia, jak i przez wysiłek wychowawczy, rodzice uczestniczą w Boskim dziele stworzenia.
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 10/2018

PAPIEŻ FRANCISZEK ODWIEDZIŁ LITWĘ

  • "Jezus Chrystus – naszą nadzieją"

NOWA SIEDZIBA AMBASADY RP W WILNIE

  • "U Paców" jak u siebie

POLITYKA

  • Na bieżąco

ZUŁÓW – MIEJSCE URODZIN MARSZAŁKA

  • Kolebka Wielkości

"ŁĄCZY NAS NIEPODLEGŁA"

  • V Światowy Zjazd Polonii i Polaków z Zagranicy

MARTYROLOGIĄ ZJEDNANI

  • Ponary jak wciąż krwawiąca blizna

KRESY PRZYWOŁUJĄ PAMIĘĆ

  • Instytut Myśli Polskiej już działa
  • Polesia czar

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O podejrzliwości

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

PODRÓŻE KSZTAŁCĄ

  • Azerbejdżan – Kraina Ognia

Nasza księgarnia

Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie
Wilno po polsku

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie