Pałac w Jaszunach odzyskał świetność

drukuj
Henryk Mażul, 25.08.2015
Henryk Mażul

Jaszuny, przypisane Ziemi Solecznickiej, a położone nad brzegiem wartkiej Mereczanki i przy ruchliwym trakcie łączącym Wilno z Lidą, przestały być prowincjonalną, zabitą dechami mieściną, odkąd w ich posiadanie w roku 1811 weszli Balińscy.

 

Balińskich i Śniadeckich "gniazdo"
Jaszuny, przypisane Ziemi Solecznickiej, a położone nad brzegiem wartkiej Mereczanki i przy ruchliwym trakcie łączącym Wilno z Lidą, przestały być prowincjonalną, zabitą dechami mieściną, odkąd w ich posiadanie w roku 1811 weszli Balińscy. 
Ranga Jaszun jeszcze bardziej się uwypukliła po zbliżeniu się ich nowych właścicieli ze Śniadeckimi, przypieczętowanym związkiem małżeńskim, jaki 14 maja 1820 roku Michał Baliński zawarł z Zofią Śniadecką, córką prof. chemii i medycyny Jędrzeja Śniadeckiego i bratanicą profesora astronomii i matematyki, emerytowanego rektora Uniwersytetu Wileńskiego Jana Śniadeckiego. Za gniazdo rodzinne młodzi wybrali właśnie Jaszuny, gdzie zresztą w roku 1824 zdecydował zamieszkać ustępujący z posady naukowej sam nestor Jan, deklarujący finansowe wsparcie. Fakt ów przesądził, że w tymże roku zaczęto budowę nowego murowanego pałacu wedle projektu znanego architekta – prof. Karola Podczaszyńskiego.
Nadzorowane przez Michała Balińskiego prace zakończono w 1828 roku. Po tym, kiedy z rusztowań wyłoniła się dwukondygnacyjna budowla w stylu późnego klasycyzmu. Uroczysta przeprowadzka do liczącego 35 pomieszczeń pałacu miała miejsce 24 czerwca 1828 roku. Z biegiem czasu obok niego wzniesiono w podobnym stylu budynki gospodarcze i założono piękny park krajobrazowy z kolekcją 30 gatunków różnych drzew.

Progi na zacne nogi
Dzięki okazałemu pałacowi i jego niepospolitym gospodarzom Jaszuny stały się ważnym na Wileńszczyźnie ośrodkiem kultury polskiej. Trudno o wyliczankę wszystkich gości, których tam chętnie witano. Najczęściej w ich zacnym gronie wymieniani są: Tomasz Zan, Antoni Edward Odyniec, Ignacy Domeyko, profesor medycyny Józef Mianowski, profesor historii Joachim Lelewel, profesor botaniki Stanisław Bonifacy Jundziłł, ojczym Juliusza Słowackiego, profesor medycyny August Becu z żoną Salomeą, biskup Jędrzej Benedykt Kłągiewicz, astronom Piotr Sławiński, prawie sąsiad z Bolcienik Wawrzyniec Puttkamer, proboszcz z Turgiel i wielki reformator z Pawłowa ks. Paweł Brzostowski.
O Jaszuny w swym życiorysie otarł się również znakomity poeta Juliusz Słowacki. Bywał tu dobrych razy kilka, a to za sprawą gorliwego smalenia cholewek do siostry Zofii – Ludwisi Śniadeckiej. A że ta dała mu kosza, przywołując później we własnej twórczości Jaszuny, nasz klasyk romantyzmu wplata też w nią wątki swej nieszczęśliwej miłości.
W czasach bytności tam autora "Beniowskiego" i dalej kwitło życie towarzyskie, organizowano liczne polowania, spraszano mnóstwo gości, dyskutowano, aranżowano wieczory poetyckie. Dwór jaszuński słynął z bogatej biblioteki (z czasem Michał Baliński – wychowanek wileńskiej Alma Mater, członek Towarzystwa Szubrawców i Topograficznego, jeden z redaktorów "Tygodnika Wileńskiego", słynny badacz przeszłości Litwy i Polski – zgromadził ponad 3 tysiące dzieł polskich z XVI-XVII wieków, a wśród nich – statuty, herbarze, kroniki, cenne autografy, część archiwów filomatów itp.

W kalejdoskopie przemian
Balińscy w jaszuńskim pałacu rezydowali do początku XX wieku. Następnie stał się on własnością Aleksandra i Anny z Balińskich Pereświet-Sołtanów, gospodarzących tu do niemieckiej inwazji na Polskę w 1939 roku, która zmusiła ich do opuszczenia rodzinnych stron. Dobra – cenne zbiory mebli, bogaty księgozbiór i wszelkie rodowe pamiątki rozgrabili mieszkańcy pobliskiej wsi Gaj – rosyjscy staroobrzędowcy.
Szczęśliwie przetrwawszy zawieruchę II wojny światowej, ogołocona okazała budowla w Jaszunach musiała się zderzyć z realiami sowieckiej Litwy. Na szczęście, czekał ją w miarę łaskawy los, gdyż została przeznaczona na siedzibę administracji miejscowego skolektywizowanego gospodarstwa. Było to dobre o tyle, że choć przedzielona wieloma przepierzeniami, co spowodowało utratę pierwotnej reprezentacyjnej funkcji, dzięki dokonywanym mniejszym i większym remontom dotrwała ona do burzliwych przemian, wynikłych z rozbratu Litwy w roku 1990 ze Związkiem Sowieckim.
Po tym, kiedy sowchoz "Jaszuny", jako relikt minionej epoki, diabli wzięli, pałac na krótko przejęła powstała na jego ruinach spółka rolna. A ponieważ akurat biła godzina totalnej prywatyzacji czy raczej tzw. prychwatyzacji, w której wszelkiej maści cwaniacy czuli się niczym ryby w mętnej wodzie, wchodząc za śmieszne pieniądze w posiadanie tego, co dotąd stanowiło zespołową wartość. Tak to w roku 1992 pałacem w Jaszunach w perfidny sposób zawładnął nie byle kto, gdyż późniejszy doradca samego prezydenta Litwy Algirdasa Brazauskasa – Albinas Buzūnas.
Miał w tym poniekąd "wolnoamerykankę", gdyż jesienią 1991 roku samorząd rejonu solecznickiego został w perfidny sposób rozwiązany za rzekome poparcie "puczu" w Moskwie i wprowadzono zarządzanie komisaryczne, stąd nie było komu przeciwstawić się wołającej o pomstę do nieba transakcji. Targu dobito ze spółką rolną, a stanęło na kwocie 64 tysiące litów, co wedle ówczesnych cen stanowiło równowartość… dwupokojowego mieszkania w Solecznikach.
Ledwie tylko prawowite władze samorządu rejonu solecznickiego mogły ponownie spełniać swe powinności, od razu upomniano się o to, co swego czasu pobudowali w Jaszunach Balińscy, a co nie mogło teraz stanowić prywatnej własności niejakiego Buzūnasa. A ponieważ ten ani myślał zrzec się nieprawego dobytku, do akcji musiała wkroczyć Temida. Choć opornie (wiadomo, z jakich powodów) po dobrych parę lat trwających sądach, w roku 1996 musiała ona orzec na korzyść pozywających, nakazując wprawdzie spłacenie Buzūnasowi tych 64 tys. litów.

Perypetie z odbudową
Uskrzydleni takim obrotem spraw samorządowcy soleczniccy z mety zaczęli się ubiegać o fundusze, niezbędne na renowację jaszuńskiego pałacu, nagłaśniając na różne sposoby jej potrzebę. Mogli odetchnąć z ulgą, gdyż pałac ten znalazł się na liście 50 mu podobnych, rozsianych po Nadniemeńskiej Krainie, a wymagających niezwłocznego remontu. Niestety, zmiana władzy politycznej na Litwie na rzecz konserwatystów, dla których polska Wileńszczyzna jest wyraźną solą w oku, spowodowała, że ich ówczesny minister gospodarki Dainius Kreivys wykreślił z owej listy kilka obiektów, a wśród nich – też pałac w Jaszunach. Motywacja owej decyzji została podbudowana wyssanymi z palca wątpliwościami co do godnego spełniania przezeń turystyczno-poznawczej misji.
Jak wspomina mer rejonu solecznickiego Zdzisław Palewicz, przeżyli to nad wyraz boleśnie. Mieli już przecież sfinalizowany konkurs na wykonawcę robót, czego gotów był podjąć się kończący akurat I etap prac przy budowie Pałacu Władców w Wilnie "Panevežio statybos trestas". Z bardzo zresztą korzystnym przebiciem finansowym, gdyż godził się na wykonanie całości prac za 8 mln 300 tys. litów.
Decyzja Kreivysa, zamiast zniechęcić, wyzwoliła w nich jeszcze większą determinację. W obijaniu progów przeróżnych urzędów, w wykorzystywaniu każdej okazji, by do skutku drążyć przysłowiową skałę. I ten heroiczny wysiłek popłacił. W czym nie bez znaczenia było wejście akurat po wyborach sejmowych Akcji Wyborczej Polaków na Litwie do koalicji rządzącej, dzięki czemu powiały ożywcze polityczne "wiatry". Tyle że teraz na renowację pałacowego spadku po Balińskich wypadło wysupłać nie bagatela – grubo ponad 11 mln litów.
Z kasy państwowej – jakby na odczepnego – wydzielono im tych litów ledwie 3 miliony. Aby wreszcie pchnąć renowację z martwego punktu, podjęli na posiedzeniu Rady samorządu wielce odważną decyzję, by poprzez zaciągnięcie w banku 2-milionowej pożyczki dołożyć się do przekształcenia Jaszun w turystyczną wizytówkę rejonu solecznickiego. A nie trzeba mówić, że ta odważna decyzja zawisa niczym miecz Damoklesa nad i bez tego "robiącym bokami" budżetem – pochodną kryzysowych czasów.

Pracochłonna renowacja
W ten to sposób przed sporządzonym przed 8 laty przez spółkę "Lietuvos paminklai" planem rekonstrukcji pałacu Balińskich, który opornie zalegał szuflady, zapaliło się zielone światło. Po tym, gdy rozpisany raz jeszcze konkurs na wykonawcę prac rozstrzygnęła na swą korzyść ZSA "Ekstra statyba", mająca notabene spore doświadczenie w renowacji zabytkowych budynków – pałacu w Tuskulanach, zamków w Miednikach i w Trokach. Pierwszy etap robót, opiewający na kwotę 3 mln 100 tys. litów, rozpoczął się w końcu kwietnia 2013 roku. Zakładał on: umocnienie i hydroizolację fundamentów, uporządkowanie od zewnątrz fasady, wymianę oraz ocieplenie dachu, wstawienie zabitych dotąd deskami okien i drzwi; urządzenie komunikacji inżynieryjnych: ułożenie kabli elektrycznych, systemów ogrzewania i wentylacji, wybetonowanie posadzek pod podłogi, otynkowanie od wewnątrz ścian, urządzenie centralnej klatki schodowej, z czym miano się uporać do końca grudnia 2014 roku.
Roboty było więc co niemiara. Owszem, obiekt, jaki otrzymali do renowacji, zachował się w dość dobrym stanie, a ten byłby zapewne jeszcze lepszy, gdyby nie przeciekający dach, który na domiar po części strawił pożar, jaki wynikł od zaprószenia ognia. Co innego – opłakany stan wnętrza. Okres bezpański sprawił bowiem, że rządzili się tu na dobre, mimo podejmowanych przez władzę gminną środków zaradczych, łasi cudzego mienia, szabrując co tylko się dało, a najbardziej szkoda było doszczętnie ogołoconych z unikatowych kafli pieców. Nabazgrane farbami na ścianach napisy niezbicie dowodziły, że gnieździł się tu niejeden i niejedna z miejscowej tudzież zapewne przyjezdnej młodzieży, mającej zero szacunku wobec tych, co żyli-byli przed nami.
Właśnie we wnętrzu na etapie II renowacji pałacu skoncentrowało się gros prac wykończeniowych, polegających na dostosowaniu go do potrzeb turystycznych, kulturalnych czy konferencyjnych. A było to wyzwanie nie lada, gdyż z jednej strony wymogi te mają współbrzmieć z XXI wiekiem, a z drugiej – konieczne jest zachowanie maksimum autentyzmu z czasów, kiedy gospodarzyli tu Balińscy i Śniadeccy.
By być z nim w zgodzie, na początek zostały wyburzone wszystkie przepierzenia, zaistniałe w czasach bytności siedziby sowchozowego naczalstwa. A po czym wysoko podwinięto rękawy w przywracaniu oryginalnego wystroju sklepień, sztukaterii i złoceń, parkietów i posadzek kafelkowych, dekoracyjnych obramowań okien i drzwi, okazałych żyrandoli, pieców i kominków, w czym jakże pomocne okazały się zdjęcia z mniej bądź bardziej odległych czasów. O skrupulatności poczynań niech świadczy fakt, że przed użyciem farb, jakimi malowano ściany, nawet po kilkanaście razy cierpliwie wypróbowywano ich odcienie.
Dziś o tym wszystkim – na ile pozwoliła zasobność portfela – można mówić w czasie przeszłym. A efekt jest taki, że usta mimowolnie składają się do "ochów" i "achów" podziwu, czego też zapewne nie uniknęliby, gdyby powstali z martwych, spoczywający na rodowym cmentarzyku w niedalekim sąsiedztwie Jan Śniadecki i Michał Baliński. Wcale nie mający nic przeciwko wobec zastosowanego novum – ogrzewania w całości na gaz, zainstalowania supernowoczesnych systemów wentylacyjnych i klimatyzacyjnych czy przybytku, o którym zapewne nawet nie śnili – panoramicznej, gdyż oszklonej ze wszystkich stron windy, pomyślanej dla wygód tych, kto zechce zwiedzić ich pałacowe "gniazdo", będąc przykutym do wózka inwalidzkiego.

Nie tylko turystom do usług
Bo, cokolwiek by powiedzieć, a to pałacowe "gniazdo", rozległe na 1145 metrów kwadratowych, przybrało wygląd jak z pocztówki, bynajmniej nie "sobie a muzom", gdyż ma tłumnie gromadzić dziś i jutro żyjących, chętnych poznania chlubnej przeszłości Wileńszczyzny oraz jej nietuzinkowych mieszkańców. A zatem rade będzie każdemu, kto tutaj zawita, oferując jak planowane na parterze stałe muzealne ekspozycje, tak też te, co jakiś czas odnawiane, jakie zadomowią się na piętrze pierwszym. Choć tematycznie zapewne pokrewne: dotyczące czasów, kiedy o pałacowych Jaszunach głośno było w Rzeczypospolitej Obojga Narodów, o niepospolitych osobistościach goszczących w tych progach i – rzecz jasna – o jakże zacnych gospodarzach.
Nie trzeba mówić, że dzieje Jaszun będą się przeplatały z rozległą informacją o tym, co na Ziemi Solecznickiej warte zwiedzania, a czego przykładem niech choćby posłuży pierwsza z brzegu tzw. Republika Pawłowska w Mereczu koło Turgiel, której ruiny wciąż skutecznie opierają się zakusom czasu. Wszelka informacja dla oczu i uszu znajdzie się w językach polskim, litewskim i angielskim, podobnie jak znajomość kilku języków będzie też wymagana od zatrudnionych tu przewodników wycieczek. W sposób szczególny wyczulonych na domiar na potrzeby tych przybywających ze szkół, którym jak znalazł posłużą plansze interaktywne, włącznie z grą w polowanie, którego namiętnym pasjonatem był przecież sam Jan Śniadecki. Już teraz można wyrokować, że wielkim powodzeniem wśród młodych przybyszy będzie się cieszyła luneta, nakierowana na ławkę w przyległym do pałacu parku, gdzie usadowi się… sam niby-Słowacki.
Bardzo szczęśliwie się stało, że do współpracy w tchnięcie życia między odnowione pałacowe mury zechciał za namową na poważnie się zaangażować Uniwersytet Wileński (a swoją drogą, na grzech by zakrawała postawa inna, gdyż bracia Jan i Jędrzej Śniadeccy na długie lata jako profesorowie – odpowiednio astronomii i matematyki oraz chemii i medycyny – związali swe losy z tą Alma Mater; Jan na domiar w latach 1807-1815 stał u jej rektorskiego steru). W ten to sposób na tej placówce obok muzealno-turystycznej spocznie też misja krzewienia nauki poprzez organizowanie przeróżnych sympozjów czy konferencji. W pomyślanych po temu trzech salach: tej największej na 100 miejsc oraz w dwóch mniejszych. A wszystkie, mimo stylowych mebli, zostaną wyposażone wedle najnowszych technologii informacyjnych, pozwalających na szybką i bezpośrednią łączność z calutkim światem.
Uczestnikom konferencji swe usługi gotowe będą świadczyć bufet i kawiarnia, a pozaobradowym konwersacjom doskonale posłuży okazały taras z sielskim-anielskim widokiem na ponad 12-hektarowy park. Który zresztą gruntownie uporządkowano, urządzając romantyczne alejki, zapraszające na spacery dzięki ich oświetleniu również w porze wieczornej. Z czego – zdaniem starościny miejscowej gminy Zofii Griaznowej – zechcą zapewne takoż skorzystać stęsknieni za wypoczynkiem jaszunianie i okoliczni mieszkańcy. Sycić wzrok pięknem będą oni mogli już zaraz po przekroczeniu bramy, wiodącej na pałacowy teren, gdzie z wielkim gustem urządzono okazałych rozmiarów gęsto ukwiecony klomb. 
Wypoczynkowi i treściwemu spędzaniu wolnego czasu jednoznacznie sprzyjać mają imprezy spod znaku kultury: takie – dajmy na to – koncerty śpiewaczo-muzyczne albo spotkania poetyckie, zważywszy wciąż żywotnego tu ducha tego, który miarą talentu niewiele ustępował naszemu narodowemu Wieszczowi Adamowi Mickiewiczowi. O ile pogoda będzie sprzyjała, może im z powodzeniem towarzyszyć sceneria pod otwartym niebem, gdyż tuż przy pałacu od strony parku wyłożono kostką kolistą scenę, okoloną wymyślnymi latarniami. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by uzmysłowić, jak bajecznie mogą tu zabrzmieć pieśni Stanisława Moniuszki ze "Śpiewnika domowego" albo fortepianowe passusy genialnego Fryderyka Chopina.

W pracownikach – nadzieja
Prawda jest taka, że szeroko rozumiana działalność tak gruntownie odnowionego pałacu w Jaszunach bynajmniej nie nastąpi za skinięciem różdżki czarodziejskiej. Jej "koło zamachowe" ma stanowić zgodny wysiłek pięciu osób, jakie zostaną tu etatowo zatrudnione. W czym ton winien nadawać ktoś, kto znajdzie się u dyrektorskiego steru. Właśnie takiego kogoś intensywnie poszukują. W głębokim przeświadczeniu, że ma to być kandydat, obdarzony charyzmą szczególną, pełen twórczej inwencji, a zarazem biegły we wdrażaniu innowacji technicznych. Słowem, taki gospodarz pełną gębą. 
Nie musi go też straszyć perspektywa dokończenia w miarę pozyskiwania funduszy dopieszczania wnętrz, pozyskiwania mebli i eksponatów muzealnych. Sen z powiek miałaby ponadto strząsać wielka potrzeba zaadaptowania będącego w zupełnie awaryjnym stanie budynku oficyny z 1860 roku na 25-30-miejscowy hotel, na który obecnie nie ma pieniędzy, a który mógłby być dodatkowym "magnesem" dla ściągania rzesz zwiedzających. Ambitne plany nakazują bowiem, by łączna liczba takowych w trzech najbliższych latach sięgała 18 tys., czyli po 6 tys. rocznie plus minus, co raczej nie przyjdzie łatwo.

I staną podwoje otworem…
Dziennikarską gościnę w jaszuńskim pałacu w towarzystwie zastępcy kierownika administracji samorządu solecznickiego Beaty Pietkiewicz oraz czuwających z ramienia samorządu nad sprawnym przebiegiem tutejszych prac renowacyjnych – starszych specjalistów Natalii Denisenko i Aleksandrasa Kasparovičiusa odbyłem 5 sierpnia. Zastaliśmy tu gorączkową krzątaninę brygady wykończeniowej, czyniącej naprawdę ostatnie pociągnięcia w finalizowaniu prac, których łączna kwota opiewa na 2 390 tys. euro. Z czego – jak z dumą zaznaczyła pani Pietkiewicz – 780 tys. euro wyłożył samorząd rejonu solecznickiego.
Po tym, gdy zostaną polakierowane parkiety, będzie można przystąpić do mycia, wycierania kurzu, ustawiania ekspozycji i mebli, zdobienia ścian obrazami, których wykonana na zamówienie pewna część już dotarła, a jeszcze zafoliowana została umieszczona w komnacie, gdzie niebawem rozlokuje się centrum informacji turystycznej oraz pałacowe biuro. Cała ta ruchawka winna zostać zapięta na ostatni guzik w pierwszej dekadzie września br., gdyż w jego 11 kalendarzowym dniu z rozmachem odnowiony pałac ma otworzyć podwoje. Na pewno w uroczystej oprawie, choć moja "asysta" nie zechciała uchylać jej rąbka.

Brawa też z Nieba
Wielka szkoda, że tej chwili nie doczekał zmarły 12 września 2014 roku w Londynie w wieku lat 83 Hubert Sołtan, najmłodszy syn Anny Balińskiej, ostatniej właścicielki pałacu. Kiedy rodzice we wrześniu 1939 roku zostali zmuszeni do rychłego opuszczenia Jaszun, liczył lat 8. Po raz ostatni odwiedzał je w 2008 roku. Nie krył wtedy wzruszenia widokiem zadbanego miejsca wiecznego spoczynku przodków matki i po męsku płakał, siedząc na pałacowych schodach. A niezbyt chyba wierząc zapewnieniom gospodarzy rejonu, że obskurnie wtenczas prezentującym się murom, gdzie mijało jego dzieciństwo, zostanie przywrócona dawna świetność.
Cóż, podobnie jak sławni przodkowie po mieczu i kądzieli, 11 września będzie on miał w Niebie "klaskaniem obrzękłe prawice". W dowód podzięki tym wszystkim, którzy począwszy myśl o nadaniu należnego wyglądu położonemu nad Mereczanką ich rodowemu "gniazdu", nie szczędzili – mimo kłód pod nogi – graniczącego z determinacją organizacyjnego wysiłku. Podobnie jak adresatami owej podzięki będą ci bezimienni z reguły ludzie od kielni i pacy. To oni przecież, poczynając od końca kwietnia 2013 roku, w pocie czoła się trudzili z wielkim szacunkiem dla ocalania przeszłości. Z myślą o tych, kto wcześniej lub później zaciągnie się do kolejnych zmian w wielkiej sztafecie pokoleń.

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 2/2019

W UKŁONIE PRZODKOM

  • Śladami Kampanii Łatgalskiej
  • Sprawcy uszli kary
  • Zawiłym tropem Bronisława Piłsudskiego

NASZA WIARA

  • Wystarczyła mu sutanna uboga
  • Św. Gabriel – "święty uśmiechu"
  • Świętość czerpana z sąsiedztwa

POLITYKA

  • Na bieżąco

CHARYTATYWNE INICJATYWY

  • Dobroć ze znakiem mnożenia

LITERATURA

  • Jak Dant – przez piekło przeszedłem za życia

W KRĘGU "SAMYCH SWOICH"

  • Centrum Kultury Polskiej w Tyraspolu

SPORT

  • Klaskali mu nawet Finowie

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach "na saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O przeznaczeniu

MUZYKA

  • Magia – to on

Nasza księgarnia

Stanisław Moniuszko w Wilnie
Wilno po polsku

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie