Palm wileńskich czar

drukuj
Henryk Mażul, 21.05.2017
Fot. Sławomir Subotowicz

Tradycja wciąż żywa


"Cudne jak na rysunku..."

Bukiety wiejskie, jak wiadomo,
Wiązane były wzwyż i stromo.
W barwach podobne do ołtarza,
Kształt serca miały lub wachlarza
– tymi to strofy zaczynają się "Kwiaty polskie" Juliana Tuwima, a pasują one jak ulał do poetyckiego widzenia palm wileńskich. Też bukietów wiejskich, wiązanych przecież "wzwyż i stromo", o barwach i kształtach, budzących przy oglądaniu niekłamany podziw. W odróżnieniu od wiązanek kwiatów ciętych, pieszczących oko jedynie dopóty, dopóki nie zwiędną, te trwają w krasie przez lata, gdyż są z wysuszonego kwiecia...
– Jakim dookolne łąki w mych panieńskich latach pod rodzinnymi Wojewodziszkami, odległymi od Krawczun o kilka kilometrów, podobnie jak na całej Wileńszczyźnie wręcz usłane wtedy były – jakby wchodzi w słowo ze swoimi wspomnieniami znana na całą okolicę palmiarka Jadwiga Kunicka. Z tego to kwiecia uwiła właśnie pierwsze palmy, w co została wtajemniczona pierwotnie przez matkę – Marię Wiszniewską, a następnie przez wielkiego w tym speca – Józefa Stankiewicza, który miał nieostrożnie powiedzieć, iż młoda adeptka nie potrafi mu za nic w kunszcie dorównać. Poczuła się tym dotknięta do żywego, a ponieważ była skrupulatna i poczucie piękna miała poniekąd w genach, wnet uwiła takie krasawice, że wprawiła w podziw samego mistrza. "Tak cudne jak na rysunku" – miał zawyrokować.

Ukłon kwiatom, ziołom, kłosom i… leszczynie
Z tym tworzywem palm nie zawsze był taki raj na ziemi. Wszędobylska melioracja i rolnicza chemia za kołchozów i sowchozów zrobiły swoje. Nawet mietlica, tradycyjnie wieńcząca palmy, zaczęła być deficytem. Potrzebnych traw wypadało szukać nieraz na odległych o kilkanaście albo nawet kilkadziesiąt kilometrów zapodzianych w lasach polanach.
Jak się okazuje, teraz, kiedy całe połacie ziemi na Wileńszczyźnie zalegają ugorem, pod tym względem niewiele lepiej. Nie mniej biegła w palmiarskim warsztacie od swej świekry Ola Kunicka wyznaje, że po potrzebny północnik muszą jechać za Troki, po mech – pod Orany, a po mietlicę – za Niemenczyn. Są to z reguły wyprawy na cały dzień, bo droga w tę i z powrotem z racji na paliwo jest wielce kosztowna. A ponadto trzeba baczyć, by na czyjeś prywatne tereny nie trafić i nie ściągnąć gromów z nieba gospodarzy, bo dziś w niejednym wcześniej odludnym zakątku porobiły się prywatne władztwa wszelkiej maści ważniaków. 
Co innego natomiast własny ogródek, gdzie palmowe dodatki hodowane są na grządkach albo w przypadku zbóż – na przyzagrodowych poletkach. Stanisława Rynkiewicz z Wojewodziszek, którą w wiciu palm ofiarnie wspierają córki Alina i Renata, takich dodatków roślinnego "własnego chowu" ma aż 17. Ze zbóż – to żyto, pszenica, owies, a ponadto mniejsze bądź większe plantacje lnu, wrotycza pospolitego, tymotki, suchotnika, innych kwiatków i traw. Poza zbożami plantacje te wypada gęsto zraszać własnym potem, wysiewając o wczesnej wiośnie ziarnka w cieplarni, a gdy wzejdą i nabiorą cokolwiek siły, przenosząc je metodą pikowania na otwarty grunt z uprzednią jego orką i spulchnieniem. Nie obejdzie się dalej bez cierpliwego kilkakrotnego plewienia, by poskromić chwasty, innego chuchania-dmuchania na roślinki. 
Ze skutkiem nie zawsze wszak zbieżnym z nakładem pracy. Pogodowa "loteria" potrafi wnieść swoje nieprzewidziane "korekty". Ot, chociażby w roku 2016: wyraźny brak deszczu na przełomie wiosny i lata spowodował zmarnienie niewybrednej tymotki na tyle, że udało się jej zebrać zdecydowanie za mało. "Taka wola Nieba" – po stoicku komentuje stratę pani Stanisława. Wiedząc, że podobne "numery" podczas jej długiej przygody z palmiarstwem zdarzały się już wielekroć.
O ile na własnych włościach jest większa pewność, że to, co posiejesz i posadzisz, z Bożą łaską lepiej lub gorzej obrodzi, o tyle z roślinami dziko rosnącymi problem zaistniał. Chodzi o pewne ich okazy, taką chociażby pieprzycę wielokwiatową, przez palmiarki potocznie śmierdziuchą zwaną, której dziś na Wileńszczyźnie z przysłowiową świecą w biały dzień wypada szukać, choć jeszcze do niedawna były nią usiane piaszczyste tereny. 
W wielu przypadkach winno temu wzrastające zakwaszenie gruntów. Niedźwiedzią przysługę wyświadcza też z pewnością puszczanie pod mechaniczną kosę zalegających wcześniej nieraz dyrwanami połaci, by pozyskać unijne fundusze, przeznaczone na wsparcie rolnictwa litewskiego. Ta mechaniczna kosa jest bezlitosna dla szczególnie delikatnych łąkowych roślinek, a na domiar wykorzystanie ciężkiego sprzętu w ogóle niekorzystnie rzutuje na ich przyszłą wegetację.
Tak jak przysłowiowe sanie wypada szykować latem, ta pora roku jest też wielce pracowita mającym do czynienia z palmami. A już szczególnie – okolice kalendarzowej sobótki. Wtedy przecież rozpieszczone słońcem kwiaty mają najjaskrawsze barwy oraz trwałość. Na łąki zatem bądź na rabatki i ścinać, ścinać, ścinać! 
Najlepiej w południe, kiedy owo kwiecie jest w pełnej krasie i koniecznie, gdy na dworze nie pada. Pozyskane bowiem o deszczu tworzywo oporniej podlega suszeniu, a też później zdecydowanie traci na wyglądzie, osypuje się. Do tego ścinania nie da się wszak wykorzystać kosiarki, by nie powodować sieczki i "trzęsianki". Po znane z dziada pradziada sierpy albo kosy trza zatem sięgać, co zwiększa pewność zachowania w całości tak koniecznych przy mocowaniu łodyżek. A już najlepiej nożyc użyć, by uciąć jedynie to, co akurat potrzeba, i uniknąć dalszego żmudnego przebierania.
Gromadzenie tworzywa do późniejszego wicia palm, wyraźnie wydłuża się w czasie. A to dlatego, że wypada bacznie pilnować terminów kwitnienia poszczególnych roślin. O co łatwiej w przypadku będących w zasięgu oka tych ogrodowych, podczas gdy fatyga dodatkowa, by nie przespać, kiedy ma to miejsce na nierzadko odległych łąkach, trzęsawiskach, leśnych ostępach. Te ostatnie są takoż miejscem, gdzie to i owo można naszykować. Co w pierwszą kolej dotyczy mchów wszelakich i porostów (jak tworzących runo leśne, tak porastających pnie drzew), stanowiących nierzadko osnowy palm, w które wijące je mistrzynie niczym wytrawne tkaczki wplatają kwietne wątki. Mchy z kory zbierane są głęboką jesienią albo zimą, wówczas bowiem najłatwiej odstają.
Gdy się ma całe naręcza suchotnika, tymotki, kocanek, kupkówki, wrotycza, dziurawca, wiesiołka, zawciągu, dziewięćsiła, wiekuistki, innego ziela o łącznej liczbie nawet około 150 rodzajów, wypada niezwłocznie przystąpić do suszenia. Bynajmniej jednak nie na skwarze, co leje się z nieba i dosłownie na poczekaniu skoszoną trawę w siano przemienia, tylko w zaciemnionym, przewiewnym miejscu, po czemu idealnie nadają się strychy. Związane w małe snopki zwisają one "głowami w dół". Tak suszone są również, pozyskiwane w miarę upływu lata, kłosy żyta, pszenicy, pszenżyta, owsa. 
Zapobiegliwość każe ponadto nie zapominać o służących palmom za rdzenie patykach o grubości dopasowanej do wielkości palmy. Z reguły – leszczynowych, gdyż wysuszone i okorowane z tego drewna są bardzo trwałe i proste jak strzelić.
Zamieszkała w Ciechanowiszkach Franciszka Rynkiewicz wykorzystanie właśnie leszczyny podpiera piękną legendą z Matką Bożą w roli głównej. Tę bowiem razu pewnego, gdy wracała z Dzieciątkiem do domu, zastała nagła ulewa. Wiele drzew miała prosić o udzielenie schronienia, aczkolwiek żadne nie przyszło z pomocą, nim, przemoczona do ostatniej nitki, zwróciła się o to do leszczyny. Ponieważ nie usłyszała odmowy, po ustaniu deszczu na odchodnym w podzięce życzyła, by leszczynowe "dziatki" rosły odtąd silne, proste i odporne na wszystko. Jak widać, życzenie znalazło spełnienie, gdyż młodym pędom tego drzewa obca jest krzywizna, a swych równych kształtów nie tracą nawet po wysuszeniu.

Męczarnie tworzenia
Gdy jesień milowym krokiem zdąża, czas zacząć farbowanie tego, co się latem uzbierało. Wtedy w tuż za rogatkami Wilna leżące wsie: Płocieniszki, Granica, Szmigle, Krawczuny, Wojewodziszki, Nowosiołki, Ciechanowiszki, Przepoły jakby wiosna wracała. Od wielu zagród bije tęcza barw. Co prawda, jeszcze przemieszanych ze sobą, przypominających kolorowy "groch z kapustą", aczkolwiek w wyobraźni mistrzyń już w palmowe mozaiki się układających.
Zima z długimi wieczorami po to i jest, aby wić palmy. Nie przypomina to jednak bynajmniej umajania leszczynowego patyka w wysuszone kwiecie (nieco uprzednio zwilżone, żeby się nie kruszyło) wedle zasady: byle barwniej. Teraz dopiero zaczyna się puszczanie wodzy wyobraźni, męczarnia tworzenia. Tak zresztą nieobca formującemu bukiet ogrodnikowi w Tuwimowych "Kwiatach polskich":
Spójrz, jak przejmuje i przetyka
Łodygi ich między palcami,
Jak coraz nową barwą plami,
Przeplata, więzi i zamyka,
Znów kładzie, przewiązuje, ściąga,
Palcami jak na drutach robi...
– Bo palma musi stanowić wykończoną całość. Jeśli przypomina bez gustu ułożoną kompozycję, funta kłaków jest warta – twierdzi Emilia Łukaszewicz, zastana akurat przy wiciu kolejnego okazu. Której to sztuki, gdy trafiła do Krawczun spod Rostynian, uczyła ją śp. Honorata Kowalowa, z domu Parafinowicz. I – przyznać trzeba – nauka nie poszła w las. Można tylko podziwiać, jak sterane pracą na roli ręce niczym automat powtarzają czynności we wwijaniu kwiatów, kłosów, ziela, w czym nieodzowna jest zwyczajna nitka, którą wszak trzeba tak operować, by była najmniej widoczna i nie szpeciła całości.
"Z palmami to i zima jakoś mniej się dłuży" – śmieje się pani Emilia, poprawiając zapaskę, chroniącą sweter przed czepnymi ostkami, kłującymi na domiar dłonie i palce. No, ale przecież prawdziwa sztuka potrzebuje ponoć ofiar. A ta palmiarska, widziana "od podszewki", nakazuje stale mieć na podorędziu… miotłę, bo odpadów nie brakuje. "Pokoju zaśmiecać nie wypada, dlatego też gnieżdżę się w osobno od domu pobudowanej kuchence" – jakby się tłumaczyła moja rozmówczyni z niesalonowego pochodzenia swoich palm. Które, jak są wykończone, królewskie komnaty mogą przecież z powodzeniem zdobić.
Owszem, każda palmiarka ma własne tajniki barwienia kwiatów, jej tylko wiadomą "alchemię", farby fatygując się sprowadzić z zagranicy, by nie przypominały popłuczyny i były trwalsze. Na tym jednak niewiele zyskasz. Żeby prześcignąć sąsiadkę, wypada nad formami i kształtami szczególnie dumać. Coś nowego wymyślić, barwy tak utasować, by dech zaparło, bądź tworzywo w coś wzbogacić. A też o wzorach niczym przy tkaniu dywanów pamiętać, co w szczególności dotyczy palm wałeczkowych, wystrajając je w ścisłym ładzie w romby, paski poprzeczne i podłużne, trójkąty, wszelakie zygzaki. 
Owa różnorodność form, kształtów, wzorów powoduje, że trudno byłoby o jednorodny konkurs, mający wytypować najpiękniejsze okazy. Ewentualni jurorzy – gwoli maksymalnej sprawiedliwości – musieliby ustalać je przynajmniej w kilku kategoriach, co najprostsze byłoby zapewne w przypadku wałków (choć przecież też kilkurodzajowych!), do których przylgnął przydomek "ruszczycówki" z racji szczególnego upodobania ich przez wielkiego mistrza pędzla i palety Ferdynanda Ruszczyca. 
A skoro jesteśmy przy palmiarskich "konkursach piękności", wypada nieco ubolewać, iż takowe uszły jakoś w niepamięć. W odróżnieniu od międzywojnia, kiedy to Wileński Oddział Związku Propagandy Turystyki na długo przed Kaziukowymi jarmarkami organizował takowe w grodzie Giedymina. Wszystkie nagrodzone i wyróżnione bukiety z suszonego kwiecia na patykach trafiały natomiast do narożnych witryn tutejszego Domu Handlowego braci Jabłkowskich, zlokalizowanego na rogu ulic Mickiewicza i Wileńskiej. Zanim więc z początkiem marca zakwitał nimi Plac Łukiski, można było do woli nasycić oczy majstersztykami inwencji twórczej podwileńskich mistrzyń.

Palmy – też towarem!
Nie trzeba mówić, że takie "misski", jak wtedy tak też obecnie, z mety znalazłyby nabywców. Bo, choć brzmi to nieco brzydkawo, palmy zawsze były towarem. O czym świadczy chociażby fakt, iż w międzywojennym dwudziestoleciu eksportowano je poza Wileńszczyznę nawet do Francji. Nie do pomyślenia też było, by z początkiem marca nie ozdabiały słynnego wileńskiego "Kaziuka" – barwnych kiermaszów na Placu Łukiskim, które ostatnimi czasy przeżywają zdecydowany renesans, na dobre zadomowiwszy się na wileńskiej Starówce. 
Lud kupujący wali wtedy tłumnie, a stragany z palmami niczym alpejska łąka zachęcają do opróżniania portmonetek. Nowobogaccy, z pięknem wszak nie zapominający obcować, wybierają okazy w cenie po kilkanaście albo nawet i więcej euro, ubożsi z kolei zadowalają się palemkami mniej kosztownymi. Ich, palmiarek, sprawą jest zatroszczyć się, aby każdy znalazł coś na własny gust i… zasobność kieszeni.
Dziś, niestety, na Kaziukowych straganach coraz mniej widoczne są te o kształcie wałków, uchodzące za palmiarską klasykę, a koniecznie utożsamiane z Wileńszczyzną. Palma-wałek wymaga bowiem szczególnego nakładu pracy, ponadto jest jakże materiałochłonna. Nie dziw więc, że młodsze wiekiem panie oszczędzają sobie tej fatygi, a stroniąc od wymagającego nie lada cierpliwości wysiłku, preferują kształty efektowne z wyglądu, aczkolwiek oszczędzające tak długiego ślęczenia.
Czego na "Kaziuka" się nie sprzeda, można wystawić na dziedzińcach wileńskich kościołów w Niedzielę Palmową, kiedy to wielce chodliwe są małe bukieciki na patykach, niesione zaraz przez kupujących do domów Bożych na poświęcenie. Właśnie w takich specjalizuje się poniekąd wspomniana już Łukaszewicz. "Na tydzień przed Wielkanocą jesteśmy gotowi kupującym nieba przychylać: ja przed świątynią w Leszczyniakach, a mąż Henryk – przed kościołem na Dobrej Radzie. Zarobione pieniądze idą do wspólnej kasy i są jak znalazł, gdy wypada kupić chleba i do chleba" – zauważa filozoficznie pani Emilia. Będąca zdania, że z samego palmiarstwa przeżyć się nie da. Nie da się też twierdzić, że zarobkowanie na palmach jest wprost proporcjonalne do ich liczonej na sztuki oferty. Sztuka sztuce przecież nie dorównuje: jak pod względem wielkości, tak też swego "wystroju", mierzonego włożonym trudem.
Kto z wiciem palm i ich sprzedażą ma do czynienia od lat, doskonale zgłębiwszy rynkowy popyt, wie, co jest najbardziej chodliwe w przypadku tzw. masówki. Bo przy zamówieniach obowiązuje – rzecz jasna – taryfa specjalna. O czym przekonała się nie tak dawno chociażby zamieszkała w Łapowciszkach Teresa Michalkiewicz, realizując zlecenie na palmę, jaka ułożona z kwiatków w barwach narodowych Litwy posłużyła prezydent Dalii Grybauskaitė podarunkiem papieżowi Franciszkowi podczas jej oficjalnej wizyty w Watykanie. Dokąd zresztą, kiedy na Stolicy Piotrowej rezydował nasz wielki rodak Jan Paweł II, podwileńska palma nieraz przecierała podarunkowe szlaki, sprzęgając się z symbolem Wileńszczyzny oraz grodem, który w pieczy szczególnej ma Ta, co w Ostrej świeci Bramie.
Nieładnie jest zaglądać palmiarkom do kieszeni, by wypatrzyć kwoty, osiadające tam jako dodatek do płacy zarobkowej albo emerytury. Co jednak w czasach, kiedy Litwę wciąż i nadal trapi głęboka zapaść gospodarcza i każde euro się liczy, jest naprawdę wielce pożądane. Matematyka trąci prostotą: o ile starczy wysiłku, by z pomocą całej rodziny uwić dobre kilkaset palm średniej wielkości, a każda znajdzie nabywcę, rodzinny budżet można w pewnym stopniu zasilić. Zyski wesprze na domiar satysfakcja, że to, co posłużyło towarem, będzie nabywcom cieszyło oko i wyzwalało estetyczne doznania.
Cokolwiek by powiedzieć, a satysfakcja ta jest zdecydowanie większa niż mierzone eurami zyski. Wicie palm bowiem nigdy nie stanowiło złotej żyły w zbijaniu fortuny. Jeśli dokładnie policzyć, jak czasochłonne jest przygotowanie gleby pod wysiew ogrodowego palmiarskiego "surowca", jego późniejsza pielęgnacja, zbieranie tego, czego nie skąpi Matka-Natura w swej dziewiczej postaci, suszenie, farbowanie oraz finalizujące wysiłek wicie, przy zestawieniu całości trudu z kwotą, jaką uzyska się ze sprzedaży, bilans strat weźmie górę nad zyskami.
Janina Norkūnienė, kierowniczka urządzonej w Ciechanowiszkach Izby Palm i Użytku Codziennego oraz etnograficznego zespołu palmiarek "Cicha Nowinka", pofatygowała się niedawno skrzętnie obliczyć stratę czasu na uwicie ponad 30-centymetrowej najbardziej pracochłonnej palemki-wałka. I wyszła jej wielkość, której uzmysłowienie każe nabrać jakże wielkiego szacunku do palmiarskiego trudu. Okazało się bowiem, iż wielkość tę wypada mierzyć (nie bagatela!) liczbą aż 48 godzin.
Zaraz po dokonaniu tych obliczeń zderzyła je nieco brutalnie pani Janina z uzyskiem, płynącym ze sprzedaży takiej palemki. A wyszło jej, że dla pełnej sprawiedliwości ewentualny nabywca musiałby wyłożyć za nią 15 euro. Owszem, można na Kaziukowym jarmarku tyle prosić. Co będzie jednak prawie równoznaczne z zerową sprzedażą i wysłuchiwaniem zjadliwych docinków, że nie inaczej jak się zmysły postradało, wyzywaniem od dusigrosza.
O ile więc nie chce się uciekać do pakowania w kartony wieczorem wszystkiego, co się z rana wystawiło, wypada ceny wywoławcze okrutnie dołować, ciesząc się, jeśli trzecią część z tych 15 euro się otrzyma. Bo jedynie tyle, kręcąc nosami i psiocząc na powszechną drożyznę, gotów jest wyłożyć potencjalny przeciętny nabywca. Potrafiący cieszyć oko krasą ofert palmiarek, ale niezbyt chcący przyjąć do wiadomości, jaki za tym wysiłek się kryje, a przez to nie potrafiący go godnie wycenić.
(Cdn.)

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 5/2019

ROCZNICE, JUBILEUSZE

  • Patriotyzm nas uskrzydla
  • Przemawiał mową natchnionych dźwięków

POLITYKA

  • Na bieżąco

PIERWSZA W EUROPIE I DRUGA NA ŚWIECIE

  • Triumf polskiej myśli politycznej

Z NAKAZU PAMIĘCI

  • Gdy stary album "głos zabiera"
  • HENRYK: "Dzwonię dla pokrzepienia serc"

W POLONIJNYM BRATNIM KRĘGU

  • Nasi z Ostojićeva

SPORT

  • "Złota Ela"

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O celu życia

Nasza księgarnia

Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie