Poczwórne szczęście naraz

drukuj
Henryk Mażul, 15.04.2021
Z rodzicami i św. Mikołajem w prologu życia

Ewelina, Daniel, Robert i Augustyn Gancewscy ukończyli po 20 lat!

Nadzieja z niepokojem w parze

W dniu Bożego Narodzenia roku 2000 Krystyna i Ryszard Gancewscy kopiowali w pewnym stopniu biblijnego Józefa i Maryję. Bo tak jak oni spodziewali się rozwiązania. Co prawda, w nieco dalszej perspektywie. Nie musieli też po temu miejsca u niewdzięcznych gospodarzy szukać. Mieli przecież własne dwupokojowe mieszkanko, a 25-letnia pierworódka Krystyna znajdowała się pod opieką lekarzy.
Tym baczniejszą, gdy ci ustalili, że mają do czynienia z ciążą mnogą. Powielaną, co jakże rzadko się zdarza, aż na cztery płody. I przez to właśnie powodującą wielkie zatroskanie, czy aby nie nastąpią ewentualne powikłania. Ten i ów z ginekologów proponował nawet ciążę częściowo usunąć, póki nie za późno. A oni się nie zgodzili. Bo jakże podnieść rękę na to, czym Pan Bóg ich młodą i zgodną rodzinę zechciał obdzielić? Zdecydowali wspólnie z całych sił dotrwać do porodu, choć wiedzieli, że łatwo nie będzie.
Siedzieli więc przy wigilijnym stole zasłuchani w kolędy z na ile szczęśliwymi, na tyle trwożnymi myślami o potomstwie, co w łonie pani Krystyny coraz bardziej przybierało postać człowieczą. A na samym wierzchołku choinki jakoś słodziutko uśmiechały się cztery aniołki. Zawieszone przez nich z dobrymi życzeniami dla tych, o których w niedalekiej przyszłości miała się powiększyć rodzina Gancewskich. I – jak dziś zgodnie twierdzą – również te aniołki musiały wydzielać sprzyjające im fluidy.

Cud na jawie

6 marca 2001 roku o godzinie 10.10 w Klinice Kobiet Wileńskiego Szpitala Uniwersyteckiego na Antokolu nastąpił cud na jawie. Na świat, choć z pomocą cesarskiego cięcia, przyszły czworaczki: trzech chłopczyków i dziewczynka. O łącznej wadze 8500 gramów, z których najmniejsza "kruszynka" ważyła 1788 gramów, a największa – 2750. Radości Gancewskich nie było końca. Dzielili ją z nimi asystujący przy porodzie lekarze, społeczność polska na Litwie, ba – cała Nadniemeńska Kraina, gdyż tego typu przypadek był ledwie trzeci w jej powojennej historii. Oto dlaczego znaleźli się raptem na widoku u wszystkich. Dziennikarze z kamerami, mikrofonami, notesami pchali się wprost szpitalnymi drzwiami i oknami, chcąc najpełniej zrelacjonować to, co się stało.
Wzorem biblijnych Trzech Króli nie obeszło się również bez wizyt przeróżnych notabli i decydentów, przybywających z darami. Wprawdzie zamiast kadzidła, mirry i złota przynosili oni kwiaty, gratulacje i przeróżne rzeczowo-pieniężne prezenty. Zarząd spółki elektronicznej "Vilniaus vingis", gdzie na co dzień w charakterze nastawiacza przyrządów elektroniczno- optycznych pracowała pani Krystyna, dosłownie na poczekaniu podjął decyzję o przydzielaniu przez parę pierwszych lat po 5 tysięcy litów rocznie na każdą z pociech. Z kolei fundacja dobroczynna małżonki prezydenta kraju Almy Adamkienė i spółka "Procter&Gamble" wręczyły rodzicom czek na nabycie 4 tysięcy pampersów. Powyższe gesty dobrodziejstwa miały cokolwiek stonować idące z radością w parze zatroskanie Gancewskich: jak w tych kryzysowych czasach poradzić sobie z wychowaniem naraz tylu maleństw.

Odwiedziny, chrzciny, osiedliny

Gdy najmniejsze z bobasków osiągnęły należytą wagę, mógł nareszcie stęskniony rodzic zabrać je wraz z żoną do dwupokojowego domowego gniazdka, gdzie raptem zrobiło się ciasno od łóżeczek. A tu jeszcze krewni i znajomi tłumnie ciągnęli w odwiedziny, w czym szczególnie przodowały rozpromienione ze szczęścia babcie Janina i Teresa.
Radość zaczęła iść w parze z codziennymi kłopotami, wynikającymi z kąpieli, karmienia, wyciszania rozkapryszonych szkrabów, gdy niezbyt cierpliwie chciały czekać w kolejce do piersi mamy, ululania ich wreszcie do snu. Nie ukrywają, że dzień im się wydłużał nieraz na... 24 godziny, a marzenia o wolnej chwili i o zmrużeniu tak naprawdę oka wypadło odkładać wyraźnie na później.
22 kwietnia sprawiali Gancewscy chrzciny. Było, oj, było na co popatrzeć, kiedy zdążali do kościoła pw. św. Teresy przy Ostrej Bramie! Orszak, z racji na cztery pary chrzestnych, przypominał weselny, a kapłan niczym na próbie czterokrotnie powtarzał ten pierwszy, jakże ważny w życiu każdego człowieka rytuał sakramentu, połączonego z nadaniem mu imienia.
W przypadku Gancewskich wybranego dla każdej z pociech jeszcze na długo przedtem, nim na świat przyszły. W kolejności jak to czyniły, zwać się odtąd jęli: Daniel, Ewelina, Robert i Augustyn. Bardzo po dorosłemu więc, choć tak naprawdę w wersji tej zaistniały jedynie w oficjalnych papierach, bo rodzicom, chrzestnym mamom i ojcom oraz babciom bardziej swojska była ich forma zdrobniała.
Nazajutrz krzątającym się teraz już wokół imiennych maluchów rodzicom Gancewskim, znowu dzień za dniem, a noc za nocą powszedniały. Na szczęście, miały też miejsce wydarzenia nietuzinkowe, z których na czoło wysuwa się bez wątpienia przydział większego, trzypokojowego mieszkania. Dostali je z puli państwowej na zasadzie bezterminowego odnajmu za symboliczne 20 centów za metr kwadratowy miesięcznie.
Od końca kwietnia, gdy nastąpiła przeprowadzka na "nowe śmiecie" do stołecznej dzielnicy Pilaitė, luz w krzątaninie jakże wyraźniejszy się zrobił. Tę zresztą odciążyła przydzielona przez ojców Wilna niania. Przychodząca co dnia na trzy godziny, by pomóc przy karmieniu, w sprzątaniu mieszkania, a przede wszystkim w wyprawach z dwoma dwumiejscowymi wózkami na spacery.
W chwilach wolnych od pracy w naprawiającej samochody spółce "Dagris" pomocną dłoń heroicznie ciągnął mąż Ryszard, który jako jedynak w sposób szczególny nie posiadał się z radości z poczwórnego ojcostwa. Choć też zdawał sprawę, że tak liczne naraz potomstwo nakłada nań dodatkowe obowiązki, wynikające z zarobienia na utrzymanie rodziny, gdyż wydatków zrobiło się co niemiara. Tym bardziej, że pierwotne obietnice o ulgach za mieszkanie rychło poszły w niepamięć.

Hej, przedszkolacy i uczniowie!

Jak tylko pociechy skończyły trzy latka, zostały oddane do żłobka, gdyż pani Krystyna zdecydowała podjąć po urlopie macierzyńskim ponowne zatrudnienie w "Vilniaus vingis", chcąc cokolwiek wyręczyć głowę rodziny w tym byciu karmicielem. Na szczęście, z ich adaptacją tam nie było najmniejszego problemu. Szły przecież swojską gromadką, mocno scaloną domowymi więzami, aczkolwiek chętnie bawiąc się z innymi dziećmi oraz wzbogacając na zajęciach edukacyjnych swe zasoby wiedzy. W czym bariery nie stanowił im nawet język litewski, gdyż nie było w pobliżu tego typu polskiej placówki.
Otrzymanie czteropokojowego mieszkania w dzielnicy Justyniszki zdecydowanie odmieniło jednak ten stan rzeczy. Będąca dosłownie na wyciągnięcie ręki, a prowadzona z wielkim poświęceniem przez Zofię Matarewicz szkoła-przedszkole "Wilia" sprawiła, że końcowy szlif przygotowawczy przed znalezieniem się w ławkach i pochyleniem się nad podręcznikami czworaczki zdobyły już "po naszemu".
Dla Gancewskich bowiem bardziej niż oczywistym było, by pociechy zdobyły maturę w języku polskim, jakim od dziada pradziada mówili i mówią zakorzenieni w okolicach Miednik i Turgiel przodkowie. Droga ku niej wiodła kolejno przez wspomnianą szkołę-przedszkole "Wilia", gdzie zaliczyli cztery pierwsze klasy, a dalej kolejno: przez Progimnazjum im. Jana Pawła II i ukończone w roku ubiegłym gimnazjum takoż naszego sławnego Papieża. Co prawda, uczynili to jedynie Robert i Augustyn, gdyż Daniel i Ewelina, którym w dorosłym życiu marzy się kariera zawodowych muzyków, przez ostatni rok zgłębiali wiedzę w Konserwatorium Wileńskim im. Juozasa Tallat-Kelpšy, by mieć w ten sposób więcej szans w ubieganiu się o indeks studencki, cieszącej się wielkim wzięciem Litewskiej Akademii Muzyki i Teatru.

Z nutami za pan brat

Warto zresztą nadmienić, że cała czwórka Gancewskich ma za sobą na dobre przyjaźń z muzyczną pięciolinią, gdyż równolegle z początkiem nauki w szkole, która notabene wcale nie powodowała siódmych potów, zgłębiali przez lat siedem tajniki gry na skrzypcach w położonej nieopodal domu muzycznej szkole "Lyra", a zdradzający szczególny w tym talent Daniel od klasy piątej uczęszczał do bardziej prestiżowej dziesięcioletniej szkoły muzycznej im. Balysa Dvarionasa. W czym bez wątpienia pomocne były rodzinne geny, gdyż rodzic Ryszard ukończył swego czasu szkołę muzyczną w klasie akordeonu, dziadek ze strony ojca grał na akordeonie, ten po kądzieli ochoczo miechem bajana pociągał, a obaj okraszali śpiewem pogrzeby. 
Jak dziś wspomina pani Krystyna, pociechy bratały się ze skrzypcami bynajmniej nie spod bata. Owszem, przez pierwsze miesiące, kiedy wypadło mozolnie opanować prawidłowe trzymanie instrumentu, jakiego wirtuozem był Niccolo Paganini, nieco kręciły noskami. Wystarczyło jednak, że odbył się pierwszy koncert, a "męczarnie" zostały z nawiązką wynagrodzone: smyki tak ochoczo jęły pociągać smykami, że z trojga skrzypiec domowych… rychło zostało tylko dwoje. 
Mało brakowało, a czworaczki utworzyłyby kwartet skrzypcowy, co byłoby zapewne ewenementem na światową skalę. Jeśli tak się nie stało, "zawinili" Ewelina, Robert i Augustyn. Pierwsza bowiem po siedmioletniej przygodzie z tym bajecznym w brzmieniu instrumentem zapałała chęcią do śpiewu klasycznego, w czym pomocna okazała się zaliczona zresztą z wielkim powodzeniem szkoła im. Balysa Dvarionasa. Robert, mając pewien przesyt w powodowaniu drgania smyczkiem strun, przeniósł swoje muzyczne ciągoty na saksofon i klarnet, a zacząwszy "od zera", przez całych lat pięć wtajemniczał się w dęciu w ich ustnik pod okiem nauczycieli w stołecznej szkole muzycznej im. Broniusa Jonušasa, aż otrzymał stosowne świadectwo. Augustyn natomiast zdecydował bardziej rozwinąć zdradzane od dzieciństwa zdolności plastyczne, po czemu służyć miała szkoła sztuk pięknych im. Justinasa Vienožinskisa, takoż zresztą pomyślnie ukończona, co wymownie dokumentuje domowa "galeria" prac w jego wydaniu.
A choć struny skrzypiec nieco zapewne smętnie zawodzą z powodu wycofania się przez Gancewskich w komplecie z bycia z nimi na poważnie, ci w tymże komplecie pozostają nadal wierni muzyce, dając tego wyraz w założonym w roku 2016 rodzinnym zespole "Cztery Plus". Będącego kontynuacją ich wspólnych muzycznych pasji z nauki w "Lyrze", kiedy to, zapamiętale pociągając smyczkami, uświetniali uroczystości jak szkolne tak też sakralne. Gdyż, co koniecznie wypada odnotować, przez lat 12 in corpore związani byli z muzyczną oprawą Mszy świętych w wileńskim kościele błogosławionego Jerzego Matulewicza jak też mających tu miejsce ceremoniałów ślubnych, a potem czynili to w przyostrobramskim kościele pw. św. Teresy.
Teraz wszak ich wspólne muzykowanie ma bogatszy wystrój. Wystarczy bowiem, by Daniel sięgnął po skrzypce, Robert – po saksofon albo klarnet, Augustyn uderzył w klawisze syntezatora, a Ewelina dała popis wokalu, ewentualny słuchacz może poczuć się w siódmym niebie. Czego prócz imprez rodzinnych doświadczyli też nieraz zgromadzeni na widowni Domu Kultury Polskiej w Wilnie podczas przeróżnych imprez z konkursem "Dziewczyna "Kuriera Wileńskiego" – Miss Polka Litwy" włącznie. Bardziej rozległą "sceną" był natomiast plac Katedralny w Wilnie, gdyż to właśnie kwartet Gancewskich dostąpił zaszczytu wykonania aż w sześciu językach Koronki do Miłosierdzia Bożego podczas spotkania Ojca Świętego – Franciszka z młodzieżą w trakcie wizyty apostolskiej na Litwie w dniu 22 września 2018 roku, transmitowanego zresztą na żywo przez telewizję na cztery strony świata.

Na samodzielnych studiach

Ukończone przed dwoma laty przez czworaczków, będące przepustką w dorosłość lat 18, oraz otrzymanie w roku ubiegłym szkolnych świadectw dojrzałości, skłoniły każdego do obrania własnej drogi życiowej, której kolejnym logicznym etapem są studia. Podjęli je niczym na zgodną komendę, tyle że na sercu najbliższych odmiennych kierunkach. Bardziej artystyczni z natury Ewelina i Daniel są obecnie na pierwszym roku Litewskiej Akademii Muzyki i Teatru, zgłębiając odpowiednio tajniki śpiewu klasycznego oraz gry na skrzypcach, a równolegle ciągnąc studia pedagogicznej psychologii, które okażą się jak znalazł, o ile z dyplomami wyższego wykształcenia zechcą przekazywać zdobytą wiedzę młodym adeptom muzyki.
Robert z Augustynem natomiast, zdradzający już w szkolnych ławkach tęgie głowy do nauk ścisłych, obrali pochodne im kierunki. Pierwszy studiuje na Uniwersytecie Wileńskim ekonomię, a drugi – inżynierię lotniczą na Wileńskim Uniwersytecie Technicznym im. Giedymina. Zagadywani, jak dają sobie radę z przyswajaniem specyficznych terminów litewskich z wyższej matematyki, fizyki czy chemii, bynajmniej nie z minorową nutą w głosie odpowiadają: "Wcale nieźle". Z tym jednak, że o ile Robert godzi się na przyszłą biurową przyziemność, o tyle Augustynowi marzy się rzucenie wyzwania ptakom na skrzydłach samolotu, co zresztą chowa od wyraźnego "za młodu".
Jeśli teraz, przestawszy być w jednej klasie, każdy z czworaczków doskonale sobie radzi w pojedynkę w mocowaniu się z wiedzą, bez wątpienia zasługa solidnego wcześniejszego przykładania się do uczniowskich obowiązków. Nigdy bowiem nie było tak, że ktoś jeden rozwiązywał domowe zadanie z – dajmy na to – takiej matmy, z polskiego bądź fizyki, a już pozostali mieli mechaniczny poniekąd problem z głowy. Każdy mniej lub bardziej pocił się sam, licząc jednak zawsze na pomoc brata lub siostry, choć bez taryfy ulgowej.

Talentom czyniąc zadość

Wszystko wskazuje na to, że do końca życia najbardziej wierny skrzypcom pozostanie niby najstarszy z rodzeństwa – Daniel. I nie bez kozery, skoro Pan Bóg obdarzył go czymś tak nadzwyczajnym, co się ponoć przytrafia raz na 10 tysięcy osób, jak słuch absolutny, w czym są zgodni wszyscy dotychczasowi jego nauczyciele z obecnymi akademickimi włącznie. Tytułem uzupełnienia rozbawiona Ewelina zdradza, że brat ma tak czułe uszne membrany, że te potrafią bezbłędnie rozłożyć na nuty… warkot silnika samochodowego albo pracujący odkurzacz, a nawet po upływie czasu idealnie je odtworzyć. 
Wiarygodność powyższych stwierdzeń jakże wymownie potęguje fakt, że od maja 2018 roku Daniel na propozycję kierownika "Kapeli Wileńskiej" Romualda Piotrowskiego został jej członkiem, a to, co potrafi wyczarowywać na skrzypcach, docenił sam ich wirtuoz zupełny Zbigniew Lewicki. Miło było patrzeć, kiedy podczas koncertu poświęconego 80. rocznicy wiarołomnej napaści Niemiec hitlerowskich na Polskę maestro Lewicki powierzył Danielowi zajmowane od lat skrzypcowe wcielenie w "Kapeli Wileńskiej", a sam przygrywał patriotycznym piosenkom na banjo. I na pewno się nie zawiódł, gdyż młody adept wykonywał solówki tak, że ręce same składały się do oklasków.
Scenicznych oklasków doczekała się takoż wielekroć Ewelina, z której zrobiła się dziewoja jak się patrzy! Dorodna na tyle, że przed dwoma laty w dorocznym konkursie "Dziewczyna "Kuriera Wileńskiego" – Miss Polka Litwy" przypadł dla niej w udziale tytuł drugiej wicemiss. Owszem, ten cieszy, choć traktuje go bardziej zabawowo niż serio. Radość za to w dwójnasób pomnaża każdy zwycięski sukces śpiewaczy: ten odniesiony w ogólnolitewskim konkursie "Dainų dainelė", ten sprzed czterech lat w Międzynarodowym Konkursie Śpiewu Klasycznego "Kaunas Talent 2017 Classic" z udziałem zawodowych solistów teatrów operowych, któremu przewodniczyło międzynarodowe jury, czy też zdobyte Grand Prix w Republikańskim Konkursie Wokalnym.
Słowem, Ewelina Gancewska wyrasta na wielce obiecującą diwę (tu "kłania się" nagrany wspólnie z litewskim gwiazdorem operowym Liutaurasem Navickasem teledysk), w czym jakże pomocna będzie rozpoczęta ubiegłoroczną jesienią nauka w Litewskiej Akademii Muzyki i Teatru. Bardzo zresztą ciekawie się zapowiadające, gdyż obok szlifowania na różne sposoby wariacji głosowych, wtajemniczające też… w szermiercze władanie szpadą i naukę języka włoskiego, by lepiej "dogadać się" z ojczyzną opery, za jaką uchodzi słoneczna Italia. Wielka szkoda tylko, że koronawirusowa pandemia boleśnie takoż uderza w studia, a zdalny ich tryb jest szczególnie nie do przyjęcia przez tych, kto brata się z muzyką, co dotyczy jak Eweliny, tak Daniela.

Dom pełen muzyki

Usłuchawszy rady niemieckiego poety- romantyka Johanna Gottfrieda Seume:
Gdzie słyszysz śpiew – tam wchodź,
Tam dobre serca mają.
Źli ludzie – wierzaj mi – 
Ci nigdy nie śpiewają,
do domu Gancewskich zdążać można poniekąd w ciemno, gdyż z dnia na dzień jest właśnie na dobre wypełniony pieśnią i muzyką. Gancewscy-rodzice budowali go w niemałym stopniu z myślą o muzykowaniu coraz bardziej dorastających pociech. By te nie musiały odtąd, jak w mieszkaniu w blokowcu na wileńskich Justyniszkach, siłą rzeczy zdecydowanie się wyciszać, by nie ściągać niełaski sąsiadów z głośnych poczynań spod znaku do-re-mi. 
Teraz mogą czynić to bez obaw, że ściany mają uszy, a też znaleźć bardziej godne miejsce instrumentom, których, dzięki sukcesywnemu dokupowaniu, uzbierał się cały "arsenał", jako że ten stanowią: pięcioro skrzypiec, saksofon, klarnet, dwoje klawiszy elektrycznych, gitary elektryczna, basowa, akustyczna i nawet ta hawajska, ukulele zwana, perkusja, tamburyny, bębenki wszelakie i szczególnie cenny z racji grywania na nim w młodości przez rodzica Ryszarda – akordeon. Korzystają z tego "arsenału" w miarę potrzeb, by okrasić również rodzinne śpiewanie kolęd albo majestatyczne wielkanocne pienie, w ich przypadku tak piękne, że zasłuchany Nowonarodzony w Betlejem bądź Zmartwychwstały kieruje podziękę szczególną.
Ten dom pełen muzyki trwa też w wielkiej spójni z Bogiem, w czym bez wątpienia zasługa rodziców, czuwających nad tym, by z kalendarza liturgicznego nic nie uszło uwagi, by znaleźć czas na wspólną kościelną i domową modlitwę. Że dziatwy do tego zaganiać nie było potrzeby, bardziej niż wymownie dowodzi okraszanie przez nią przez lat 12 w stołecznej świątyni błogosławionego Jerzego Matulewicza liturgii pieśnią i muzyką oraz posługa Daniela, Roberta i Augustyna w roli ministrantów. Ta spójnia z Bogiem w ich przypadku spływa z Nieba pełnią pomocnych łask, w czym szczególnie przekonana jest pani Krystyna.

Medal do podomki?

To ona przecież wie najlepiej, ile wysiłku wypadło włożyć, by wykierować w dorosłość Ewelinę, Daniela, Roberta i Augustyna. Moje dociekanie, co z tego jakże nietypowego bycia naraz poczwórną rodzicielką zapadło najbardziej w pamięć, wprawia ją w wyraźne zakłopotanie. Zbyt intensywne było bowiem to macierzyństwo: z rozkapryszeniem, kiedy boląco wykluwały się pierwsze ząbki, z radością pierwszych słów i pierwszych samodzielnych kroków, z wszelkimi katarkami, powodującymi u pociech nierzadko chorobową reakcję łańcuchową. Słowem, w codziennym kieracie kręciła się niczym fryga. Jeśli dobrze przypomina, po raz pierwszy tak naprawdę się wyspała, kiedy kochane dzieci ukończyły po pięć lat.
Te wyrzeczenia jednak z nawiązką kompensowały uśmiechnięte buzie i ciągnące się w jakże szczerym porywie zarówno ku mamie jak też ku tacie cztery pary rączek, by rodziców objąć w dziękczynnym uścisku i cmoknąć koniecznego całusa. "Gdy zaczęły dorastać, kolana za małe się zrobiły, by je wszystkie obok siebie usadowić" – zwierza się nie bez dumy w głosie pani Krystyna.
I zaraz zapamiętale się broni, kiedym gotów do jej podomki słowny medal matki- bohaterki w dowód podziwu przypinać. A przecież za takową z powodzeniem może uchodzić, jeśli się zważy, że poza wychowywaniem czworaczków i pracą zawodową zdołała też ukończyć wieczorowe studia wyższe – pedagogikę socjalną na Wileńskim Uniwersytecie Pedagogicznym.
Tym, kto z niedowierzania pokręci głową i pośpieszy z pytaniem: "Jak z tym wszystkim poradziła?", ma lakoniczną odpowiedź: "Dla chcącego nic trudnego". Owszem, kosztowało to ją wiele samozaparcia. Z reguły przecież bywało tak, że wracając z pracy w zakładzie zabierała z przedszkola dzieci, czekała z nimi, aż mąż zamelduje się w domu, a wtedy jechała na zajęcia na uniwersytet. Natomiast wróciwszy stamtąd późnym wieczorem, nierzadko układała dzieci do snu, po czym gotowała, prała, zaglądała do podręczników, a nim tuliła głowę do poduszki, z maksymalną dokładnością ustalała program zajęć na jutro. I tak przez cztery lata, nim w roku 2007 otrzymała upragniony dyplom. Gotowa za ogrom zasług, jakie w to położył, podzielić się nim z mężem Ryszardem, całe zawodowe życie mającym notabene do czynienia z naprawą albo obsługą samochodów.

Z rodzicielską troską

Z przyjściem na świat dzieci stały się ich szczególnym rodzicielskim "oczkiem w głowie". Co jest dzisiaj nagminne, bynajmniej nie zepchali ich wychowania na szkołę, żywo się interesując, jak dają sobie radę w nauce, a też pobudzając aktywność w rozwijaniu artystycznych talentów. Po czemu nie skąpili na domiar pieniędzy, kiedy wypadało nabyć kosztowny sprzęt muzyczny, gotowi oszczędzać na czymś innym. Z tym oszczędzaniem zrośli się zresztą na dobre, gdyż w domowym budżecie nie przelewało się, a z ewenementu posiadania czworaczków nie ciągnęli żadnych profitów, reklamując chociażby odżywki dla maluchów, wszelakie ubranka albo zabawki, co jest powszechnie praktykowane na Zachodzie, gdzie wszechwładna komercja robi swoje.
Sprzęgana z dobrodziejstwami uwaga, w jakiej centrum się znaleźli, ledwie pani Krystyna wróciła z porodówki do domu, nie trwała na domiar długo. Owszem, na zasadzie odnajmu ojcowie Wilna udostępniali im kolejno trzypokojowe oraz czteropokojowe lokum. W to ostatnie, jakże niechlubnie sowieckie z wyglądu, przejęte po kimś, kto tu mieszkał, podczas gruntownego remontu włożyli znaczne inwestycje finansowe. Z myślą, że może uda się je na warunkach ulgowych przekształcić we własnościowe. Nadzieje spełzły jednak na niczym: władze stołeczne gotowe są na tę transakcję pod jednym wszak warunkiem, wedle słonych cen rynkowych. Ponieważ Gancewscy nie potrafią takowym sprostać, winni czuć się tu nadal wyraźnie nie na swoim, w czym otuchy od niedawna dodają pobudowane przez lat osiem kosztem wielu wyrzeczeń i z Boską pomocą w okolicach wileńskiej Lipówki własne cztery kąty, gdzie – jak już nadmieniłem – na całego rządzi się muzyka.

Niczym rodzinny monolit

Trudno powiedzieć, na ile przebywanie bok o bok już w matczynym łonie, czyni z Gancewskich, choć bynajmniej nie podobnych do siebie z wyglądu niczym cztery krople wody, monolit nie do zburzenia. Ten przecież "cementował się" podczas dziecięcych zabaw, nauki w ogólniaku i w muzycznej "Lyrze", podczas wspólnych występów scenicznych, koniecznych do rozumienia się bez słów. Ewelina, która "matkowała" braciom, gdy wspólnie byli uczniami, teraz może czuć się między nimi niczym dama między trzema rycerzami, będąc pewna, że to oni pierwsi nadstawią czoła ewentualnym trudnościom. Tytułem uzupełnienia wypada nadmienić, że monolit nie do zburzenia tworzy też zresztą cała rodzina Gancewskich, której jakże nieobce jest: "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego".
6 marca 2021 roku Ewelina, Daniel, Robert i Augustyn niczym na zgodne zawołanie ukończyli po 20 lat. Grasujące po Bożym świecie koronawirusowe "morowe powietrze" nie pozwoliło na godne uczczenie tak okrągłego jubileuszu. Ja, który dałem sobie słowo, że będę śledził losy naszych polskich czworaczków, pisząc o nich raz na dziesięć lat, byłem wszak tej daty pomny, umawiając się przy okazji na kolejne spotkanie w roku 2031. A więc wtedy, kiedy już ukończą studia, być może założą własne rodziny i obsypią kochanych rodziców wnukami. 
Kiedy pół żartem, pół serio zastanawiałem się w głos na zakończenie rozmowy, ile owych wnuków być może, zostałem na poczekaniu wyręczony przed Roberta – przyszłego ekonomistę, biegłego w języku liczb. Wnet pomnożył czworo na czworo i… wyszło szesnaścioro. Cóż, nic dodać, nic ująć, tylko oburącz pod takim "zobowiązaniem" się podpisać…
Fot. autor, Marian Paluszkiewicz i archiwum

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 7/2021

16. ZJAZD ZPL

  • Ku nowym wyzwaniom

POLITYKA

  • Na bieżąco

OŚWIATA

  • Kolejna reforma szkolnictwa

PRZESZŁOŚCI W UKŁONIE

  • "Elektrit" znaczył sukces
  • Królowa tonów – Maria Szymanowska
  • Krwawy epilog w spotkaniu na pałasze
  • Andrzej Kmicic istniał naprawdę?

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • Styczyńscy. Spod Wilna na Syberię

KALENDARZ NA II PÓŁROCZE 2021

U RODAKÓW NA ŚWIECIE

  • Niemiecka Polonia w działaniu

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O sztuce przewrotności

Nasza księgarnia

Stanisław Moniuszko w Wilnie
Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie