Romantyk sztangi

drukuj
Opracował Henryk Mażul, 23.09.2019

2019 – rokiem stulecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego

W literaturze fachowej, popularnonaukowej i statystykach o Waldemarze Baszanowskim pisze się jednym tchem: najlepszy polski ciężarowiec wszystkich czasów. W encyklopediach – podobnie. A więc Waldemar Baszanowski. Człowiek-legenda, człowiek – historia polskiej kultury fizycznej. Dwukrotny mistrz olimpijski, uczestnik czterech igrzysk, pięciokrotny mistrz świata i pięciokrotny wicemistrz, sześć razy najlepszy w Europie, trzy razy drugi. W swej błyskotliwej karierze na pomoście ustanowił 24 rekordy świata oraz 61 rekordów Polski, której mistrzem w swej kategorii był zresztą 9-krotnie. Najlepszy sportowiec Polski w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" roku 1969, jeden z najlepszych 20 sportowców swego kraju XX wieku. W klasyfikacji fachowego pisma "World Weightlifting" został uznany za trzeciego sztangistę wszech czasów na świecie (za Turkiem Naimem Suleymanoglu oraz Węgrem Imre Foeldim).

To takim jak on dedykował swe strofy poeta:
niepomni własnej słabości
toczymy bój nieustanny
o prawo startu
i prawo do sławy
w tym niekończącym się biegu
o pierwszeństwo…
Klucz do powyższych zdawkowo przywołanych sukcesów i ich pochodnych jest powszechnie znany. Oczywiście, by te się zrodziły, trzeba chcieć. Trzeba mieć talent, po stokroć pracować, trenować, walczyć. Te przymioty Baszanowski, do którego przylgnął m.in. epitet "człowieka z żelaza", zdecydowanie posiadał. Miał też szczęście w odpowiednim czasie trafić na odpowiednich ludzi.
Dla Baszanowskiego takowymi bez wątpienia byli: trenerzy Klemens Roguski i Augustyn Dziedzic, wieloletni lekarz kadry Michał Firsowicz i prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów – Janusz Przedpełski. Bez ich udziału i opieki być może nie byłoby medali, rekordów i legendy "Baszana", aczkolwiek bez niego także nie byłoby spełnienia trenerskich snów.
Ten, kto je tak wielekroć spełniał, urodził się 15 sierpnia 1935 roku w Grudziądzu, który w latach międzywojennych kojarzył się głównie z wysuniętym na północ przyczółkiem ówczesnego województwa pomorskiego i z wojskiem. Z ułanami i artylerią. Ojciec, Jan Baszanowski, był więc podoficerem-artylerzystą, żołnierzem kampanii wrześniowej, jeńcem i przymusowym robotnikiem wywiezionym do Niemiec. Rodziną opiekowała się matka Elżbieta, a lata okupacji bez wątpienia przyśpieszyły życiową edukację dorastającego dziecka. Najpierw w roku 1939 – ewakuacja na wschód, do linii Bugu. Ucieczka przed najeźdźcami. Dorohucze, Drohobysk, Chełm. Tam spędził okupację. Tam najpierw byli Niemcy, potem – Rosjanie, potem znowu Niemcy aż po lato 1944 roku. I zawsze była bieda. Gdy skończyła się wojna, miał 10 lat.
Baszanowski wspomina:
Wróciliśmy do Grudziądza. Ojciec – też, prosto z pracy u bauera. I było tak samo ciężko, bo nie było pracy, gdyż przedwojenni wojskowi nie byli – oględnie mówiąc – dobrze widziani przez nowe władze. Trzeba było mieć ich na oku, więc wymyślono, aby trzymać towarzystwo daleko od armii, ale "skoszarowanych". Firma nazywała się Państwowe Nieruchomości Ziemskie, czyli majątki poniemieckie. Opuszczone lub te, których właściciele byli ofiarami dekretu z 1945 roku o reformie rolnej. 
Został więc ojciec księgowym-administratorem. Mieszkaliśmy najpierw w pobliskim Grudziądzowi Kwidzynie, potem – w różnych wiejskich pałacach i dworach. To – mimo wszystko – były piękne lata, które zawsze wspominam z nostalgią. Bo zawsze lubiłem wieś, swobodę. Gorzej było z nauką. Szkołę podstawową zmieniałem sześć razy, bo tyle było ojcowskich przeprowadzek z majątku do majątku.
Wreszcie w roku 1953 rodzina osiedliła się na dłużej w Kwidzynie i Waldemar stanął przed koniecznością wyboru szkoły średniej.
Konie prawdziwe zmieniłem na konie mechaniczne, czyli zostałem przyjęty do Technikum Mechaniki Rolnej. Miałem szczęście. Dyrektorem był przedwojenny inżynier, pan Andrzej Humecki. Prawdziwa postać. Wiedza, autorytet, świetny pedagog. To był mój pierwszy idol. Podsuwał książki i radził. I to on odkrył przede mną coś tak wspaniałego, jak sport. Usłyszałem, że jestem szybki, silny i wytrzymały, a podstawową lekturą powoli stawał się "Przegląd Sportowy". I zapragnąłem się sprawdzić. 
Wtedy prawdziwym szałem – wielce propagandowym – były tzw. biegi narodowe. W szkole byłem pierwszy, prowadząc od startu do mety i awansowałem do finału powiatowego. Ale wtedy przyszła pierwsza dotkliwa porażka. Dopiero szóste miejsce i nauka na całe życie, że nie można się wyrywać, nie oceniwszy swoich sił. A ja gnałem od startu jak oszalały, aby potem tylko patrzeć, jak mijają mnie rywale. Więc pogniewawszy się na biegi, zająłem się gimnastyką, co widać jest już przeznaczone przyszłym ciężarowcom. Bo przecież mój druh – Zygmunt Smalcerz – też mistrz olimpijski – wszedł do sportu właśnie poprzez gimnastyczną ścieżkę.
W tym czasie obudził się we mnie duch konstruktora. Różne maszyny, fascynacja radiotechniką – sam nawet zbudowałem odbiornik. Wszystko zaś chciałem robić sam i… tak już pozostało, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Bo na pomoście, przymierzając się do sztangi, można liczyć tylko na siebie. Dlatego nigdy nie pociągały mnie gry zespołowe, w których, choćbyś był mistrzem, to i tak wynik zależy także od innych.
Lata mijały. Skończyłem technikum, zdałem maturę. Co dalej. Wybrałem – bo takie były moje zainteresowania i przecież pamiętałem ojca w galowym mundurze – warszawską Wojskową Akademię Techniczną. Złożyłem papiery i to był jeden z największych życiowych zawodów. Nie zostałem bowiem nawet dopuszczony do egzaminów, bo ojciec, bo przedwojenny Grudziądz. Głupio postąpili, krzywdząco. Byłbym przecież dobrym oficerem, ale nigdy nie byłbym sztangistą, mistrzem olimpijskim i championem świata. Więc złościć się na owych politruków z ówczesnej WAT czy być im wdzięcznym?!
Studia przeszły więc obok, a listonosz przyniósł nakaz pracy. Jesienią 1953 roku wylądowałem z walizeczką w ręku na stacji w Gryfinie w województwie szczecińskim, tuż nad Odrą. Państwowy Ośrodek Maszynowy. Trochę dziki Zachód i dużo roboty. Lubiłem to. Mechanizator, kontroler jakości, pierwsze zarobione pieniądze. I nic ze sportu, nie licząc pluskania się w Odrze. 
I tak przez dwa lata, aż wiosną 1955 roku dostałem powołanie do zasadniczej służby wojskowej. Pierwszy rok beznadziejny. Służba nie drużba i nic ze sportu poza poranną zaprawą. Aż odczytano rozkaz, że wśród sportowców-reprezentantów jednostki na dywizyjną spartakiadę w Kołobrzegu jestem także ja. Pojechaliśmy, były wygibasy na torze przeszkód, drążek, poręcze, skoki przez konia. Ale tylko szóste miejsce. 
Wtedy pojawiła się ona, czyli sztanga. Radziecka, tzw. leningradka, którą wyniesiono na salę i spytano, kto się do niej przymierzy. Na gryfie było chyba 90 albo 100 kilogramów, a całość wyglądała bardzo groźnie. Koledzy zaczęli się ku niej przepychać, ale próby były żałosne. Aż nadeszła moja kolej. I stało się tak, że ja to żelastwo podniosłem. Wtedy podszedł do mnie jeden z oficerów, instruktorów wychowania fizycznego. To był porucznik Igor Wójtowicz, absolwent warszawskiej AWF. Znowu miałem szczęście.
Od Wójtowicza usłyszałem, iż mam smykałkę do ciężarów, że powinienem się wziąć za prawdziwy trening, a najlepiej zrobię, jeśli będę się starał dostać na AWF. I to koniecznie w Warszawie, gdzie w barwach AZS startują tacy mistrzowie jak Dziedzic i Czepułkowski! Ale najpierw Wójtowicz włączył mnie do reprezentacji dywizji na bardzo ważne zawody, bo brakowało zawodnika w wadze średniej. Mnie zaś brakowało kilku kilogramów do dolnego limitu tej kategorii, dlatego kucharz dostał rozkaz, aby Baszanowskiemu wydawać jedzenie bez ograniczeń! Żarłem więc a nie jadłem. Ale limitu nie uzyskałem. Podglądałem za to innych zawodników, ich technikę, ćwicząc… kijem od szczotki. 
Wreszcie mój pierwszy start. Kołobrzeg, waga lekka. 60 kilogramów w wyciskaniu, 70 – w rwaniu i 90 – w podrzucie. Rewelacja. Wynik bliski normy na I klasę sportową i awans do reprezentacji na spartakiadę okręgu – do Bydgoszczy. Byłem tam drugi, dźwigając w bojach 70, 80 i 105 kilogramów. Wygrał ze mną jeden z lepszych wojskowych atletów – Dobraczyński i strasznie mu zazdrościłem narciarskich butów, które został w nagrodę. Ja pocieszyłem się dyplomem, a dekorował nas pułkownik Zygmunt Huszcza, później generał i "wielka fisza" w MON, a także wieloletni prezes warszawskiej "Legii". 
Był już koniec czerwca 1957 roku – w październiku wychodziłem do cywila. Wojsko poszło na rękę swojemu sztangiście. Pozwolono mi złożyć egzaminy na stołeczną AWF, dokąd pojechałem prosto z poligonu. Zdałem! Miałem jeszcze tylko na trzy miesiące wrócić do jednostki. Nastrój był euforyczny. Marymoncka, Bielany, Warszawa. Wielki świat. Inny niż w rodzinnym Kwidzynie.
Ale zaczął się październik i zanim Gomułka spotkał się z Chruszczowem, przetrzymano nas w koszarach i przychodziły najgorsze myśli. O interwencji. Wreszcie mnie wypuścili, dostałem bilet do Warszawy. I chyba tego październikowego dnia urodziłem się po raz drugi.
Pierwsze dni na AWF-ie – to był szok. Studencki luz, ale tylko 16 złotych dziennej stawki żywnościowej. Za to była wymarzona sala dla ciężarowców, którą nazywano "Hadesem" i w której królował – już jako trener – słynny Augustyn Dziedzic. Baszanowski szybko zyskał przyjaciół. Pierwszym był Henryk Jasiak, młociarz z zamiłowania, ale i mistrz Warszawy w "gwichtach", który potem zrobił dziennikarską karierę i specjalizował się oczywiście w pisaniu o sztandze. On właśnie nadał Baszanowskiemu pierwszy sportowy przydomek "Kapral". To z racji wojskowej postawy młodego studenta i fryzury na jeża, której zresztą pozostał wierny przez całe życie.
Na AWF-ie w "Hadesie" była wspaniała paka. Tworzyli ją zresztą nie tylko ciężarowcy. Młociarz Olgierd Ciepły, dyskobol "Biały Anioł" i późniejszy rekordzista świata Edmund Piątkowski czy prawdziwa legenda tamtych lat, megasportowiec Marian Rosa. "Hades" ukształtował więc Baszanowskiego, ale był on także miejscem spotkań ówczesnej złotej młodzieży, pierwszych entuzjastów nowego nieznanego i niezbyt mile widzianego przez władze sportu, czyli kulturystyki. 
Czas na AWF-ie mijał więc Waldemarowi bardzo pracowicie. Do godziny 13 – zajęcia, o 16 – trening i tak przez cały rok akademicki. Studentem był oczywiście dobrym. Na tyle nawet, że zaproponowano pozostanie na uczelni, gdzie pierwotnie u boku Dziedzica, a potem samodzielnie pracował i uczył studentów w Zakładzie Sportów Walki i Podnoszenia Ciężarów, będąc przez nich uwielbianym. Ale wtedy, gdy nastały lata 60., zaczęła się prawdziwa wielka kariera sztangisty Baszanowskiego, o czym tak oto wspomina:
Strasznie trudno mówić o tamtych wspaniałych latach. Obrazy z całego świata, zawody, radości, rywale – to tworzy teraz kalejdoskop, który przesuwa się w pamięci, gubiąc jakieś fragmenty, ale i odtwarzając zapomniane. Pierwszy start w barwach AZS Warszawa zaliczyłem w grudniu 1957 roku, na sali "Skry", a były to drużynowe mistrzostwa Polski. "Szedłem" w piórkowej, a obok mnie sam Marian Zieliński, brązowy medalista olimpijski z Melbourne z roku 1956! Przy nim byłem zielony! 
Cztery miesiące później był Poznań i mój pierwszy występ w mistrzostwach Polski. I ostatni w życiu wśród "piórkowców". 292,5 kilogramów w trójboju brązowy medal: za Zielińskim i Rusinowiczem. To, chociaż może zabrzmi paradoksalnie, był start, który pamiętam najbardziej. Przeczytałem o sobie w gazetach, trafiłem do kadry narodowej. Było bosko, ale zaczęły boleć kolana. Leczyłem się sam. Kupiłem tzw. szlam ciechociński, rozpuszczałem to diabelstwo w wannie i godzinami moczyłem obolałe miejsca. 
W roku 1959, już w wadze lekkiej – byłem z wynikiem 330 kilogramów wicemistrzem Polski (oczywiście za Zielińskim), a rok później byłem już olimpijczykiem! Rzym, wspaniała olimpiada. 370 kilogramów w trójboju i piąte miejsce za Rosjaninem Wiktorem Buszujewem, Tan Howe Liangiem z Singapuru, Abdulem Wahid Azizem z Iraku i Zielińskim. Ale bohaterami nie byliśmy. Był nim natomiast Irek Paliński, który we wspaniałym stylu zdobył "złoto" w półciężkiej. Ale ja już wiedziałem, co to są prawdziwe zawody i prawdziwe ciężary.
23 września 1961 roku, nie będąc jeszcze mistrzem Polski, po raz pierwszy zostaje w Wiedniu mistrzem świata. Po czterech latach treningu! Pokonał słynnego Jewgienija Łopatina, Zieliński był tuż za Rosjaninem. Krótko potem w Budapeszcie, w meczu Węgry – Polska, po raz pierwszy osiągnął w trójboju zaczarowaną granicę 400 kilogramów. Wtedy też pojawili się na pomoście późniejsi odwieczni rywale – reprezentujący Związek Radziecki – Aleksander Kurencow i sybirak Władimir Kapłunow. 
Właśnie Kapłunowa pokonał na igrzyskach w Tokio. 14 października 1964 roku w hali Shibuya prezes MKOl, Avery Brundage oraz szef GKKFiT i PKOl Włodzimierz Reczek udekorowali Baszanowskiego olimpijskim "złotem". Bez wątpienia szczęśliwym dla niego, gdyż w potyczce z Kurencowem obaj zanotowali identyczny wynik – 432,5 kilograma, a o pierwszym miejscu przesądziła lżejsza o 300 gramów waga Polaka.
Miał powody, by się znaleźć w siódmym niebie. Odbierałem całe pliki telegramów gratulacyjnych od rodziny, znajomych, krewnych – zwierzał się. – No, i ta świadomość, że zrobiłem coś, co poruszyło Polskę. I że ja byłem sprawcą tego całego szumu. Gdy wróciłem do kraju, pewien tramwajarz opowiadał mi swoje przygody związane z tokijskimi igrzyskami. Nocą słuchał wraz z żoną sprawozdania radiowego. Położyli się do łóżek i słuchali. Gdy dobiegły ich dźwięki hymnu narodowego, który za moją sprawą "ruszył" w eter, stanęli oboje w nocnych koszulach na baczność. Głęboko zapadła mi w pamięć ta, przyznajmy, oryginalna deklaracja patriotyzmu…
Po triumfie w Tokio znalazł się na szczycie, osiąganym przez tak niewielu. Mimo 29 lat nie poprzestał na osiągniętym. W latach 1965-1968 uzupełnił swą kolekcję kolejnym krążkami: 4 złotymi i 2 srebrnymi z mistrzostw świata i Europy. To imponujące deptanie najwyższych stopni podiów przypieczętował kolejnym olimpijskim "złotem" w Meksyku, podczas swego trzeciego udziału w bataliach spod znaku pięciu splecionych kółek. Miał nieco ułatwione zadanie, bo wcześniej wspomniany Kapłunow uciekł przed nim do kategorii średniej, a najgroźniejszym rywalem pozostał nadal rodak – Marian Zieliński. O supremacji teraz już dwukrotnego mistrza olimpijskiego niech świadczy fakt, że dźwignął w trójboju 437,5 kilograma, wyprzedzając drugiego w końcowym rozrachunku Irańczyka Parviza Jalayara aż o 15 kilogramów!
Kilka miesięcy po wspaniałym występie w Mexico przydarzył się Baszanowskiemu wielki dramat osobisty, kiedy 10 lipca 1969 roku wracał z rodziną do domu. Prowadzony przez niego samochód moskwicz 412 wpadł w poślizg i przewrócił się do rowu. Auto nie było wyposażone w pasy. Żona sztangisty, Anita, wypadła przez drzwi, które się otworzyły. Zginęła na miejscu. Sam Baszanowski i jego 6-letni wówczas syn Marek zostali ranni.
"Człowiek z żelaza" nie załamał się jednak. Szukając ukojenia, zdecydował wystartować w mistrzostwach świata, których gospodarzem we wrześniu miała być Warszawa. Po zażartym boju z Węgrem Janosem Bagocsem zdobył tytuł mistrza świata i Europy. Rozentuzjazmowani kibice znieśli go z pomostu na rękach, a w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" wybrali sportowcem roku. 
Potem było jeszcze wiele miłych w treści wydarzeń, aczkolwiek Baszanowski wiedział, iż kariery nie da się kontynuować w nieskończoność. W kadrze następowała rotacja. Okrzepli: Mieczysław Nowak, Walter Szołtysek, Zbigniew Kaczmarek (to on pierwszy wygrał z "Baszanem"), Norbert Ozimek, Jan Wojnowski, Kazimierz Czarnecki i plejada innych z reprezentacji prezesa Janusza Przedpełskiego i trenera Klemensa Roguskiego. W tej sytuacji stanął przed dylematem co do udziału w czwartym występie olimpijskim, jaki w roku 1972 wyznaczało Monachium. 
Wtedy mówił tak: Powoli jednak kiełkowała we mnie myśl, że zbliża się kres moich możliwości, że osiągnąłem apogeum. Nigdy nie miałem poważniejszych kontuzji, zdrowie mi raczej dopisywało. Zaczynały się jednak bóle, nazwijmy je zmęczeniowymi. Szczególnie podczas niepogody. A to coś złego ze stawami, to znowu z kręgosłupem. Nadgarstki, barki… nie jestem w stanie policzyć, ile setek czy tysięcy kilogramów pokonałem przez te wszystkie lata, ale była to liczba imponująca.
Kuszony pobiciem jeszcze jednego, ostatniego rekordu: być po raz trzeci mistrzem olimpijskim, co nie stało się jeszcze udziałem żadnego sztangisty świata, nie zaprzestał treningów. Przegrał tę szansę w niezwykle dramatycznych okolicznościach. Przed rozpoczęciem walki w Monachium, gdzie notabene po raz trzeci z kolei był chorążym biało-czerwonych podczas ceremonii otwarcia, znajdował się w znakomitej formie. Maksymalnie ciężary podnosił poniekąd na zawołanie. Wyciskał 150, wyrywał 140 i podrzucał 180 kilogramów, co dawało w trójboju fantastyczny wynik 470 kilogramów, o 20 kilogramów lepszy od aktualnego rekordu świata. Owszem, wyeksploatowane przerzucaniem ton żelastwa stawy boleśnie dawały znać o sobie, ale z tym dało się żyć.
30 sierpnia 1972, czwarty dzień olimpijskich zmagań. Rozgrzewka. I nagle przy wyciskaniu 130 kilogramów jego plecy przeszywa potworny paraliżujący ból. Mięśnie grzbietu i kręgosłup odmawiają posłuszeństwa. Wszystkie taktyczne plany batalii biorą w łeb. Polak nadludzkim wysiłkiem podnosi ile jest w stanie i zajmuje czwarte miejsce (za reprezentantem ZSRR Mucharbi Kirżinowem, Bułgarem Mładenem Kuczewem i rodakiem Zbigniewem Kaczmarkiem), które tym razem stanowi jego największą klęskę. Tak to odbiera i czuje. Opuszcza Messehalle, nie czekając nawet na ceremonię rozdania medali. Zawsze bowiem, kiedy ulegał, mógł liczyć na rewanż. Tym razem przegrał ostatnią szansę, gdyż wiedział, że na pomost już nie wróci. 
Po czwartych w swojej karierze igrzyskach polski "Herkules" zakończył karierę. Nie odszedł jednak w cień, pozostając wiernym sportowi, którego synonimem sztanga. Najpierw został trenerem i wykładowcą warszawskiej AWF, trenował m.in. Roberta Skolimowskiego, ojca mistrzyni olimpijskiej w rzucie młotem, Kamili. Później wyjechał do Indonezji i przez lat ponad sześć prowadził tamtejszą kadrę sztangistów, która pod jego fachową pieczą osiągnęła znaczny postęp w wynikach. Wrócił w 1988 roku, zaczął pracę w Polskim Związku Podnoszenia Ciężarów. W 1994 roku został jego szefem wyszkolenia, a pięć lat później wybrano go na stanowisko prezydenta Europejskiej Federacji Podnoszenia Ciężarów. Tę funkcję pełnił przez cztery lata.
Znajomi mówili, że miał złote ręce i złote serce. Złote ręce nie tylko dlatego, że dźwigał nimi ciężary na wagę złotych medali. Naprawdę był "złotą rączką" – na treningi zawsze przychodził z ciężką walizką, w której miał sprzęt do majsterkowania. Ponoć umiał naprawić wszystko.
Złote serce – bo zawsze był chętny do pomocy, uprzejmy, koleżeński. Nie pił, nie balował. Stanowił wzór do naśladowania. Od niego uczyliśmy się pracowitości i systematyczności, pilności i solidarności, szlachetności i siły charakteru. To on przetarł nam drogę na wszystkie pomosty świata, a wszędzie, gdzie startujemy, gdzie się pojawiamy, Baszanowski znaczy Polska – mówił o nim Zygmunt Smalcerz, mistrz olimpijski w Monachium w wadze do 52 kilogramów.
O ile na pomoście los był dla Baszanowskiego raczej łaskawy, w życiu prywatnym go nie oszczędzał. Boleśnie przeżył śmierć w wypadku samochodowym pierwszej żony. Drugą – Krystynę też pożegnał przedwcześnie – w połowie lat 80. zmarła na raka piersi. Samego zresztą dościgło nie lada nieszczęście, powodujące, że przez ostatnie kilka lat życia najwybitniejszy polski sztangista nie mógł poruszać się nawet na wózku inwalidzkim. W 2007 roku chciał podciąć gałąź drzewa na swojej działce pod Warszawą. Poślizgnął się i tak nieszczęśliwie spadł z drabiny, że złamał kręgosłup. Paraliż był poważny, poruszał tylko głową i rękami. Lekarze nie potrafili pomóc.
Mistrz ciężarów po wypadku większość czasu musiał spędzać w pozycji leżącej. Nie chcąc, by inni oglądali go w tym stanie, odciął się od znajomych i cierpiał w otoczeniu najbliższej rodziny, w tym – trzeciej żony, Teresy. Od czasu do czasu odwiedzali go starzy przyjaciele, jak choćby Zygmunt Smalcerz, z którym w szpitalnym łóżku siłował się na ręce.
Waldemar Baszanowski zmarł 29 kwietnia 2011 roku. Został pochowany w Warszawie, na cmentarzu na Służewie.
Za życia sprzęgały się z Waldemarem Baszanowskim jakże szczytne epitety: "Herkules XX wieku", "człowiek z żelaza", "profesor sztangi", "fenomen podnoszenia ciężarów" czy "gigant współczesnego sportu". Poniekąd pochodną odnoszonych na pomoście sukcesów było przyznanie mu trzynastu złotych Medali za Wybitne Osiągnięcia Sportowe, Krzyży: Kawalerskiego (1964), Oficerskiego (1968) i Komandorskiego (1997), Medalu Orderu Olimpijskiego MKOl (1982). Te odznaczenia uzupełniał ponadto Medal Kalos Kagathos (1994), jakim honorowani są zawodnicy, osiągający również sukcesy pozasportowe.
On – mistrz nad mistrze – z dużym zatroskaniem przyglądał się aferom dopingowym, jakie od pewnego czasu stały się plagą światowego podnoszenia ciężarów. Nigdy nie brał przecież "koksu". Nigdy nie połykał nawet różnych protein i odżywek, które w latach 70. weszły do sportowej kuchni. Dla nich, dla pokolenia Baszanowskiego, jedynym dopingiem był sukces, a wspomaganiem – schabowe i kiszona kapusta, którą w jadłospisie umieszczał niezapomniany doktor Michał Firsowicz. 
Z niekłamaną radością najlepszy polski sztangista przyjmował każdy sukces następców, którzy zechcieli podążać przetartym przezeń szlakiem na światowe salony mocarzy, mocujących się z dźwiganiem żelaza. W tym kontekście mówił: Myślę, że o sukcesach, sportowej sławie młodzi ludzie zawsze będą marzyli. Bez względu na coraz lepsze warunki życia. A jeśli tak – to i na pomost trafią właściwi ludzie. Bo każda dyscyplina ma swoje wymogi. W boksie trzeba ciągle kogoś bić, w ciężarach podnosić sztangę. Setki, tysiące takich samych ruchów, 150 ton przerzucanych co miesiąc. Ale taka jest reguła sportu, w którym najlepsi dają przyjemność i emocje milionom. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, iż mnie się to udało.
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 10/2019

OBCHODY DNIA PONARSKIEGO

  • Polski głos pamięci i prawdy

Z NAKAZU TRADYCJI

  • Wileńszczyzna plon wydała
  • "Miłemu miastu" wierni

POLITYKA

  • Na bieżąco

WIELKI KONKURS POŚWIĘCONY 100-LECIU PKOl

PODWÓJNY JUBILEUSZ WILEŃSKIEJ ALMA MATER

  • "Żywy to pomnik geniuszu, wielkości i chwały"

BYLI WŚRÓD RATUJĄCYCH ŻYDÓW

  • Bohaterska scheda po dziadkach
  • Yad Vashem

SPORT

  • Trójskokiem na Olimp

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

PODRÓŻE DALEKIE I BLISKIE

  • Malta – "rozdroże" między Afryką i Europą

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O pracy

Nasza księgarnia

Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie