Sławę dzieliła z Januszem Kusocińskim

drukuj
Opracował Henryk Mażul, 21.03.2019
Zdecydowała startować z orłem na piersi

2019 – rokiem stulecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego

Jeśliby oceniać obiektywnie, które zawodniczki miały największe osiągnięcia w całej palecie konkurencji lekkoatletyki kobiecej, w skali historycznej najprawdopodobniej trzeba by było wskazać dwie: przedwojenną polską supermistrzynię, Stanisławę Walasiewiczówną i bohaterkę z lat 80., fenomenalną rekordzistkę świata w siedmioboju – Amerykankę Jackie Joyner-Kersee. By to potwierdzić, przypomnijmy, jakie były dokonania Walasiewiczówny, która w okresie międzywojennym tworzyła z Januszem Kusocińskim parę najsławniejszych sportowców polskich – mistrzów olimpijskich w Los Angeles.

Wokół chyżonogiej Stasi już na początku jej sportowej kariery powstała w Polsce legenda. Tym większa, że Walasiewiczówna mieszkała w dalekich Stanach Zjednoczonych Ameryki i tylko co pewien czas przypływała do Polski, a każde przybycie tej królowej sprintu anonsowane było niczym wizyta królowej angielskiej.
Późniejsza złota medalistka olimpijska przyszła na świat 3 kwietnia 1911 roku w maleńkiej wsi Wierzchownia, położonej niedaleko Rypina i Brodnicy. Bieda w tamtej okolicy aż piszczała, nic więc dziwnego, że rodzice – Julian i Weronika z Ucińskich, nie będąc w stanie wyżyć z pracy na roli, postanowili wyemigrować "za chlebem" za ocean. Trafili do Cleveland w Ohio, gdzie karmiciel rodziny znalazł pracę w stalowni.
Opuszczając Polskę, Walasiewiczówna miała ledwie trzy miesiące, a więc żadnych szans, żeby biegle nauczyć się polskiego. Jej jedynymi nauczycielami, jeśli chodzi o język ojczysty, byli rodzice, prości ludzie, od których przejęła specyficzną wiejską gwarę, jakże daleką od literackiej polszczyzny, może niepotrzebnie zresztą wkładanej sportsmence w usta podczas wywiadów prasowych.
A przecież to nie był powód do wstydu, że triumfatorka Igrzysk Olimpijskich wyrażała się mniej więcej w takim stylu: "Przyjechalim do Ameryki biedne jak myszy. Jak tata chycił jaki job, to kupilim se dom…". I nic w tym dziwnego, gdyż regularnej nauce szkolnej została poddana dopiero w Ameryce, gdzie ukończyła dziewięć klas (niepełne wykształcenie średnie). Musiała zaniechać marsz po wiedzę, bo rodzina potrzebowała pieniędzy, dlatego wypadało jak najszybciej podjąć pracę zarobkową.
Swoją przygodę ze sportem Stanisława rozpoczęła w dzieciństwie od gry w baseball i w koszykówkę – w szkole oraz na terenach rekreacyjnych Washington Park. Właśnie podczas rozgrywek w baseballu zauważono, że dziewczynka bardzo szybko biega i postanowiono ją zgłosić do zawodów lekkoatletycznych, podczas których zaczęła odnosić swoje pierwsze sukcesy na bieżni. Jej droga z zawodów szkolnych na olimpijskie podium była frapująca, aczkolwiek obfitowała w liczne przeszkody i trudności. 
W roku 1927 redakcja gazety "Cleveland Press" zorganizowała masowe zawody dla nastolatek pod hasłem "Szukamy olimpijczyków" na Igrzyska w Amsterdamie. Uczestniczyły w nich tysiące zawodniczek; wśród nich startowała 16-letnia Stella Walsh (czyli Walasiewiczówna z przekabaconym dla łatwiejszego wymówienia przez jankesów nazwiskiem), która po licznych zwycięstwach wzięła udział w eliminacjach przedolimpijskich w New Jersey, w wyniku których została zakwalifikowana do reprezentacji olimpijskiej USA w sztafecie 4x100 metrów oraz jako rezerwowa w biegu na 100 metrów.
Niestety, brak obywatelstwa amerykańskiego i pełnoletniości koniecznej do jego otrzymania (21 lat) wyeliminowały ją z reprezentacji olimpijskiej. Z uwagą śledziła więc później sprawozdania prasowe z przebiegu Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie (1928), do których programu po raz pierwszy włączono pięć konkurencji lekkoatletycznych dla kobiet. Z prasy dowiedziała się także o zdobyciu złotego medalu olimpijskiego przez Polkę Halinę Konopacką w rzucie dyskiem, co w niemałym stopniu przesądziło o zainteresowaniu się rodzinnym krajem, o którym tak wiele słyszała od rodziców, a przede wszystkim – sportem w Polsce. W tym akurat czasie Stanisława przystąpiła do polonijnego "Sokoła" (Polish Falcons) i została wytypowana do udziału w XIV Walnym Zlocie Sokolstwa Polskiego w 1928 roku w Syracuse (w stanie New York).
W roku 1929 po raz pierwszy przyjechała do Polski z grupą Polonii amerykańskiej na Wszechświatowy Zlot Sokolstwa w ramach Powszechnej Wystawy Krajowej w Poznaniu. Zwycięstwa przybyłej zza "wielkiej wody" w biegach (60 m, 100 m, 200 m i 4x100 m) oraz w skoku w dal wzbudziły powszechną sensację i zwróciły uwagę ówczesnych władz PZLA, które zaprosiły ją do udziału w spotkaniach międzypaństwowych. 
Walasiewiczówna zapisała się więc do kobiecego gniazda sokolego "Grażyna" w Warszawie i już 28 lipca 1929 roku zadebiutowała w biało-czerwonych barwach w meczu Polska – Austria, wygrywając kilka konkurencji; w miesiąc później w meczu Polska – Czechosłowacja powtórzyła sukces, przyczyniając się swoimi zwycięstwami w biegach i w skoku w dal do wysokiej wygranej Polek (73,5:32,5 pkt). Podczas meczu z Czeszkami wyrównała po raz pierwszy rekord świata w biegu na 60 m (7,6 sek.). 
Pobyt w Polsce Stanisława wykorzystała także na spotkanie z rodziną na Pomorzu, której w zasadzie nie znała. Zarówno udział w imprezach sportowych, jak i spotkania z krewnymi były dla niej wielkim przeżyciem, cementowały więź z krajem, doskonaliły polszczyznę.
Rok 1930 był zapowiedzią jej wielkiego talentu, wszechstronnych możliwości i wspaniałych sukcesów sportowych: 30 maja – jako pierwsza kobieta w USA – przełamała barierę 11,0 sek. w biegu na 100 jardów (10,8 sek.), a następnie w Madison Sqare Garden ustanowiła swój pierwszy rekord świata na dystansie 50 jardów (6,1 sek). Jesienią 1930 roku stała się bohaterką III Światowych Igrzysk Kobiecych w Pradze, organizowanych pod patronatem Międzynarodowej Sportowej Federacji Kobiet. Jej triumfy w rywalizacji na 60 m, 100 i 200 m sprawiły, że drużyna Polek w gronie 18 zespołów zajęła drugie miejsce, przegrywając jedynie z reprezentacją Niemiec.
W tym samym roku Stanisława broniła biało-czerwonych barw w meczu z Japonią, wygranym – 54:36 pkt. Rywalizacja podczas niego ze znakomitą i wszechstronną Kinuye Hitomi w czterech konkurencjach (60 m, 100 m, skoku w dal i w rzucie oszczepem) wywołała u widzów warszawskich największe emocje.
W drodze powrotnej do Ameryki, dokąd wyruszyła z francuskiej Dunkierki, od razu dopadli ją tam przedstawiciele biznesu tytoniowego, proponując grube tysiące dolarów za reklamowanie papierosów "Lucky Strike" albo "Chesterfieldów". Rewelacyjna polska biegaczka odrzuciła jednak tę propozycję.
Zbliżały się Igrzyska X Olimpiady w Los Angeles w 1932 roku. Walasiewiczównę już znano w całych Stanach Zjednoczonych Ameryki. Zarówno entuzjaści lekkiej atletyki, jak i jej władze liczyli na jej złoty medal w Igrzyskach. Ale Stanisławę gnębił wówczas ważniejszy problem niż sport. Jak podają źródła amerykańskie, w wyniku ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego została zwolniona z pracy w Centralnych Liniach Kolejowych N.Y. (New York Central Railroad) i pozbawiona środków do życia. Cleveland Recreation Departament zaproponował wprawdzie jej pracę w rekreacji, ale podjęcie takowej godziłoby w ówczesny status amatora i uniemożliwiało w związku z tym udział w Igrzyskach Olimpijskich.
Nie otrzymawszy żadnej innej pomocy materialnej ze strony władz sportowych USA, podjęła najważniejszą decyzję w swoim życiu. Na 24 godziny przed otrzymaniem obywatelstwa amerykańskiego Stanisława Walasiewiczówna przyjęła ofertę pracy od polskiego konsulatu w Nowym Jorku i postanowiła wystąpić w Los Angeles w barwach Polski. Jednocześnie zrezygnowała z obywatelstwa USA, które otrzymała dopiero w roku 1947.
Na Igrzyska Olimpijskie do Los Angeles 18-osobowa reprezentacja Polski wypłynęła na pokładzie polskiego liniowca M/S "Pułaski". (Janusz Kusociński "przeskoczył" natomiast Atlantyk szybkim francuskim statkiem "Mauretania"). Walasiewiczówna czekała na niego w Nowym Jorku, skąd cała polska ekipa udała się na Zachodnie Wybrzeże koleją, wszędzie serdecznie witana przez Polonię amerykańską. Podczas tej długiej podróży szczerze zaprzyjaźniła się z Kusocińskim, którego szanowała i podziwiała. 
Oto fragment jej wspomnień, zachowany na taśmie magnetofonowej: "Kusego poznałam w roku 1930 na różnych spotkaniach krajowych. Kusy bardzo interesował się Ameryką, on też marzył o tym, że przyjedzie do Ameryki na olimpiadę do Los Angeles i chciał porozmawiać trochę po angielsku, bo on chciał jak najlepiej nauczyć się angielskiego. Więc ja go tak uczyłam, jak mogłam. (…) Myśmy zawsze byli blisko siebie. Jeszcze dziś dokładnie pamiętam nasze przeżycia przed olimpiadą w Los Angeles. Gdzie Kusy był, tam była Stella, a gdzie była Stella, to był Kusy. Myśmy razem trenowali, razem chodzili na spacery. On trenował solidnie, ja trenowałam solidnie. W drodze do Los Angeles, a to długa podróż jest z New Yorku do Kalifornii, jechało się około tydzień pociągiem i jadąc w drodze na tę olimpiadę, siedząc tak razem, omawialiśmy, jak to zrobimy. On mnie przyrzekał, a ja jemu przyrzekałam. Mówił: Stella, ty musisz ten złoty medal zdobyć. A ja mówiłam: Januszu, a ty także musisz zdobyć ten złoty medal. I tak sobie wzajemnie przyrzekaliśmy. I tak się stało".
Główną areną Igrzysk X Olimpiady był stadion Coliseu, potrafiący pomieścić 105 tysięcy widzów. Właśnie tam odbył się bieg na sto metrów kobiet z udziałem 20 zawodniczek.
Stanisława Walasiewiczówna nie zawiodła w nim, zdobywając 2 sierpnia 1932 roku złoty medal. Jednocześnie wyrównała liczący zaledwie dwa miesiące rekord świata (11,9 sek.), należący do Holenderki Tollien Shuurman. Uzyskany wynik był natomiast nowym rekordem olimpijskim.
W finale Walasiewiczówna mogłaby osiągnąć zapewne jeszcze lepszy czas, gdyby starter nie zaskoczył jej przedwczesnym wystrzałem po komendzie "gotów". W decydującym biegu Kanadyjka Hilda Strike popełniła bowiem falstart. Starter cofnął bieg, a potem, nie odczekawszy regulaminowych dwóch sekund po "gotów", strzelił. Walasiewiczówna wybiegła ze startu ostatnia i rozpoczęła szaleńczą pogoń za najlepszymi sprinterkami świata, metr po metrze odrabiając dystans, by przed samą metą wysunąć się na czoło.
Porywające biegi reprezentantki Polski nie były kwitowane brawami. Towarzyszyła im grobowa cisza. Tak niesympatycznie zachowywała się nieprzychylna Stanisławie publiczność amerykańska, świadoma faktu, że ta odrzuciła propozycje występowania w barwach USA jako Stella Walsh. A milczenie 70 tysięcy widzów może być doprawdy bolesne.
"Zawsze czułam się Polką, gorąco pragnęłam, aby dla mnie i dla moich rodaków, którzy wyemigrowali do Ameryki zagrano w Los Angeles Mazurka Dąbrowskiego i wciągnięto na maszt polską flagę. Dla nas, dla Polonii amerykańskiej, była to sprawa honoru i wynagrodzenia za wiele trudnych chwil, jakie niejednokrotnie przeżywaliśmy na obczyźnie" – mówiła w wywiadzie Walasiewiczówna.
A potem spełniły się marzenia Stanisławy, która oprócz zwycięstwa w sprincie zajęła szóste miejsce w rzucie dyskiem wynikiem 33.60 m. Finał tej konkurencji zbiegł się w czasie z decydującym o lokatach na podium biegu na 100 metrów. Zmęczona Walasiewiczówna rzuciła dyskiem poniżej swych możliwości (przed Igrzyskami notowała wyniki w granicach 40 m). W tej samej konkurencji Jadwiga Wajsówna, która tuż przed Igrzyskami ustanowiła rekord świata (42.43 m) zdobyła brązowy medal (38.74 m). Polkom zresztą wyraźnie nie odpowiadał mniejszy, o szerokich krawędziach fiński dysk, jakim nigdy wcześniej nie rzucały.
Po Igrzyskach w Los Angeles Walasiewiczówna wystartowała w świetnie obsadzonym mityngu w Chicago, wygrywając trzy spośród czterech konkurencji, ustanawiając rekord świata w biegu na 200 metrów (24,1 sek.) i pokonując "kobietę-team", uznawaną za sportsmenkę numer jeden w USA Mildred Didrikson, lekkoatletyczną wieloboistkę i mistrzynię baseballu. Przegrała tylko dysk. Dlaczego? Wyjaśniła to prasa: "Było to wynikiem ufetowania Pol­ki po jej trzech zwycięstwach taką mnogością fotografii przy świetle nieodłącznej magnezji (zawody odbywały się nocą), że… Polka po prostu oślepła".
Na kolejnych Igrzyskach w Berlinie w roku 1936, na których ponownie reprezentowała barwy biało-czerwone, Walasiewiczówna natrafiła na silną konkurentkę, Amerykankę Helen Stephens. W biegu na 100 metrów to właśnie ona zameldowała się na mecie jako pierwsza z czasem – 11,5 sek. Polka zanotowała czas – 11,7 sek. i zdobyła medal srebrny, raz jeszcze dostępując zaszczytu zdeptania olimpijskiego podium. A skoro mowa o podium, warto odnotować, że w swej przebogatej karierze zdobyła krocie medali. Była przecież czterokrotną mistrzynią Światowych Igrzysk Kobiet (1930 r. – w biegach na 60, 100 i 200 metrów; 1934 r. – 60 m), dwukrotną mistrzynią Europy w biegach na 100 i 200 m (1928). 
Ponadto 13-krotnie poprawiała rekordy świata w biegach sprinterskich (50-200 m), w tym 4-krotnie na 100 m (1932-1937) oraz 3-krotnie na 200 m (1933-1935), w biegu na 1000 m (1933) oraz w skoku w dal (1938). W latach 1933-1946 była 24-krotną mistrzynią Polski w biegach na 60 m, 100 m, 200 m, 80 m ppł., skoku w dal, skoku w dal z miejsca, rzucie oszczepem, 3-boju, 5-boju oraz 54-krotną rekordzistką Polski. Jej rekord Polski z 1937 roku w biegu na 100 metrów (11,6 sek.) nie został pobity aż do 1960 roku.
Lata trzydzieste – to nieprzerwane pasmo sukcesów Walasiewiczówny na obu półkulach. Tradycyjnie niemal każdego roku przyjeżdżała latem na urlop do kraju. Startowała w mistrzostwach Polski, reprezentowała barwy narodowe w meczach międzypaństwowych, w Światowych Igrzyskach Kobiet, w I lekkoatletycznych mistrzostwach Europy kobiet (1938) i w Igrzyskach Polaków z Zagranicy (1934). Sport był przecież jej pasją i żywiołem. 
O sympatii, jaką zaskarbiła wśród kibiców, bardziej niż wymownie świadczy fakt, że została czterokrotną (1930, 1932, 1933, 1934) laureatką plebiscytu "Przeglądu Sportowego" na najlepszego sportowca Polski, a cztery razy (1929, 1935, 1937, 1938) zajmowała w tym plebiscycie lokaty czwarte. Ponadto 2-krotnie sięgnęła po "Wielką Honorową Nagrodę Sportową" (1933 i 1934). W połowie lat 30. podjęła studia w Centralnym Instytucie Wychowania Fizycznego w Warszawie.
Okres II wojny światowej spędziła w Ameryce, gdzie startowała w zawodach lekkoatletycznych i w koszykówce. W roku 1946 przyjechała ponownie do Ojczyzny i wzięła udział w mistrzostwach kraju, odnosząc siedem zwycięstw, oraz w mistrzostwach Europy w Oslo (bez większych sukcesów jednak z powodu kontuzji). Był to jej ostatni występ w barwach Polski. W Stanach Zjednoczonych startowała do połowy lat pięćdziesiątych. W roku 1956 wyszła za mąż za amerykańskiego boksera Harry’ego Neila Olsona.
Do kraju przyjeżdżała jeszcze wielokrotnie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, aczkolwiek już w innej roli – niestrudzonej działaczki polonijnej i trenerki. Nawiązywała kontakty z młodszymi zawodniczkami, udzielała rad i wywiadów, fundowała prywatne nagrody, wspierała czynnie wszystkie akcje na rzecz Polskiego Komitetu Olimpijskiego i ruchu polonijnego. Zawsze odwiedzała rodzinę.
W Polsce po raz ostatni przebywała w lipcu 1977 roku, jako gość honorowy II Polonijnych Igrzysk Sportowych w Krakowie. Na ich inaugurację w sportowym stroju i w dobrej formie przebiegła dystans 60 metrów. Po zawodach uczestniczyła w V Światowym Sejmiku Działaczy Polonijnych PKOl. Podczas wizyty w Muzeum Sportu i Turystyki we Warszawie przekazała w formie daru 60 sztuk wielorakich trofeów sportowych ze swojej przebogatej kolekcji. Wymowę szczególną stanowiły kolce biegowe z lat 1932-1936.
Ostatnim jej działaniem sportowym było zorganizowanie spotkania reprezentacji polskich koszykarek z drużyną Kent State University, jakie miało być rozegrane 10 grudnia 1980 roku. Każdorazowy przyjazd polskich sportowców na kontynent amerykański był dużym przeżyciem dla miejscowej Polonii. Powstał więc specjalny komitet powitalny, na którego czele stanęła Stella Walsh-Olson.
Nie doczekała jednak tej uroczystej chwili. Zginęła wieczorem 4 grudnia 1980 roku na parkingu centrum handlowego, gdzie kupowała biało-czerwone wstążki dla medali dla polskich koszykarek. Została zastrzelona przez rabusia, któremu prawdopodobnie stawiała opór, o czym świadczyły liczne poparzenia i ślady prochu na dłoni.
Na uroczystości pogrzebowej 9 grudnia 1980 roku w kościele pw. Najświętszego Serca Jezusowego w Cleveland polską flagę narodową nad trumną niosły polskie koszykarki, żegnając w ten szczególny sposób legendę polsko-amerykańskiego sportu, szlachetną i żarliwą patriotkę.
W przypadkach nagłej śmierci na skutek zabójstwa amerykańskie prawo nakazuje przeprowadzenie sekcji zwłok. Nie inaczej było i tym razem. Jej wyniki przyniosły rewelacje na miarę prawdziwego skandalu. Po wnikliwych badaniach koroner wydał opinię, że Stella Walsh posiadała zarówno męskie, jak i żeńskie organy płciowe. Ani jedne, ani drugie nie były w pełni wykształcone. Doszukano się u niej także chromosomu Y. Była zatem hermafrodytą – zarówno kobietą, jak i mężczyzną. Albo może ani kobietą, ani mężczyzną.
Rozpętała się burza. Nagłówki amerykańskich gazet donosiły, że Stella ma być kojarzona z płcią brzydką! Rewelacje nakręcano, przepytywano znajomych, byłego męża, wszystkich, którzy mogli dostarczyć pikantnych szczegółów na ten temat. Ustalono, że w szkole średniej była jednym z lepszych zawodników w baseballu, grała bowiem w drużynie chłopięcej, a koledzy nazywali ją "Bull Montana" na cześć amerykańskiego zapaśnika Lewisa Montagny o tej samej ksywce. Nie było to dla niej miłe. Zresztą, jak informował bliski przyjaciel Stelli – Casimir Bielen, w dzieciństwie często obrzucano ją gorszymi inwektywami, naśmiewając się z muskulatury i chłopięcej urody. 
Dziennikarze dotarli do przyjaciółki Stelli z młodości, niejakiej Beverly Perret Conyers, którą wstrząsnęła informacja o jej śmierci. Stwierdziła, że sytuacja z podejrzeniami o męskość przysparzała Stelli ciągłej udręki. Conyers miała bowiem znać sekret anatomii Walasiewicz, gdyż jako mała dziewczynka widziała koleżankę pod prysznicem. Stasia miała jej wówczas pytać: "Czy Bóg mi to zrobił?".
Szokujące wiadomości na temat obojnactwa Walasiewiczówny, które rzekomo wyciekły z biura koronera dr. Samuela Gerbera, zostały przekazane do dwóch telewizji – Kanałów 3 i 5. Doktor Gerber nie zaspokoił ciekawości dziennikarzy i złożył jedynie suche oświadczenie, że Stella Walsh urodziła się jako kobieta, żyła jak kobieta i zmarła jako kobieta. 
Pojawiły się pytania, czy zdobyte przez Walasiewiczówną medale, w tym te najważniejsze – z obu Olimpiad – nadal powinny figurować na jej koncie. Ostatecznie zadecydowano na "tak", gdyż uznano, że żyła jako kobieta, tak się czuła i zachowywała. Jej płytę nagrobną zdobi skromny napis: "Stella Walsh, Walasiewiczówna, 1911-1980" oraz pięć kółek olimpijskich.
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 8/2019

OŚWIATA

  • Studia nadal pożądane

POLITYKA

  • Na bieżąco

KULTURA

  • Intensywne lato "Wileńszczyzny"

ROCZNICE, JUBILEUSZE

  • "(...) trawy pachną i więdną po polsku"
  • Matka "Solidarności"

SPORT

  • Irennisima

W PRZESZŁOŚĆ ZAPATRZENI

  • Spotkanie po 60 latach
  • Ożyło Wilno, ożył Mickiewicz
  • Ku średniowieczu i wikingom

PODRÓŻE DALEKIE I BLISKIE

  • Malta – "rozdroże" między Afryką i Europą

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄRDOŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O bezsensie sensu

Nasza księgarnia

Stanisław Moniuszko w Wilnie
Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie