Uśmiech fortuny

drukuj
Opracował Henryk Mażul, 15.11.2019

2019 – rokiem stulecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego

O ile występy reprezentantów Polski w dyscyplinach letnich podczas Igrzysk Olimpijskich już w roku 1928 za sprawą Haliny Konopackiej okrasiło tak przez sportowców wymarzone "złoto", o tyle skarbonka z tym kruszcem przedstawicieli sportów zimowych zarówno w okresie międzywojennym, jak też długo po wojnie świeciła pustką. Aż wreszcie się stało, choć na ten złoty krążek nikt nie czekał. Mało tego, nikt się go nie spodziewał. A tymczasem w roku 1972, gdy gospodarzem olimpijskich batalii na śniegu i lodzie było japońskie Sapporo, bynajmniej nie faworyzowany Wojciech Fortuna sięgnął po najcenniejszy wawrzyn. Co więcej, uczynił to w stylu, nad którym jego przeciwnikom trudno było przejść do porządku dziennego. I pomyśleć, że dokonał tego ktoś, kto na igrzyska do Sapporo miał wcale nie jechać.
To było 11 lutego 1972 roku, z polskiej perspektywy noc z czwartku na piątek. Czarno-biały migotliwy obraz telewizora, a na nim – Fortuna, wskakujący na dojazd, bez belki startowej, której wtedy nie było. Potem już tylko piękny, daleki, niesamowity wręcz skok na 111 metrów, podczas gdy inni nie dolatywali nawet do metra setnego. 
Biała, prymitywna jeszcze grafika z pomiarem odległości porażała rezultatem polskiego skoczka. 19-latek znokautował rywali. Przewaga z pierwszej serii pozwoliła mu sięgnąć po to, co w sporcie najcenniejsze. Po olimpijskie złoto. Polskę, gdy sensacyjna wiadomość tu dotarła, ogarnął prawdziwy szał radości. Mnożono też podziw dla ledwie 19-letniego zakopiańczyka, który poniekąd upokorzył najlepszych skoczków świata.
W ciągu jednego dnia Wojciech Fortuna stał się bohaterem narodowym, kibice gotowi go byli na wyprzódki nosić wręcz na rękach. Dziennikarze zachwycali się jego talentem. Tylko w "Życiu Warszawy" Stefan Sieniarski napisał: "Nie zapominajmy, że tak niewiele brakowało, a Wojtek nie pojechałby na Igrzyska. Ten złoty medal potraktujmy więc zgodnie jako znak szczęścia – uśmiech fortuny dla polskiego sportu. Ale dopiero przyszłość pokaże, czy los zawsze będzie dla niego łaskawy". 
Te słowa zabrzmiały niczym przestroga. Choć przecież kto mógł wówczas przypuszczać, że jest to pierwsze, a zarazem ostatnie tak spektakularne zwycięstwo. Historia jego krótkiej, przypominającej lot meteorytu kariery, mogłaby służyć materiałem na scenariusz filmowy, który – niestety – nie miałby finalnego happy endu.
Wojciech Fortuna nie był żadną gwiazdą, a też same polskie skoki narciarskie nie miały się najlepiej. Do ekipy olimpijskiej, mającej odlatywać do Sapporo, został dokooptowany niemal na doczepkę. W ostatniej chwili, po zmniejszeniu kadry o jednego z saneczkarzy, którzy słabo się spisali na ostatnich mistrzostwach Europy. Mówiło się, że formę prezentował średnią, choć w styczniu, trzy tygodnie przed igrzyskami w ładnym stylu wygrał eliminacyjny konkurs skoków na Dużej Krokwi, gdzie skoczył dwa razy na odległość 105,5 metra. To był wstęp do realizacji marzeń nastolatka, który zaledwie dekadę wcześniej rozpoczął swoją przygodę ze skakaniem.
Od dziecka marzył o tym, by zostać sławnym sportowcem. "Ten chłopak poza piłką i nartami nie widzi bożego świata" – powtarzała matka. Pani Barbara Fortunowa była rodowitą warszawianką i do Zakopanego przyjechała dopiero po Powstaniu Warszawskim. Jej mąż – Mieczysław również nie był zakopiańczykiem, gdyż pochodził z Przemyśla. W domu panowała jednak tak charakterystyczna zimowej stolicy Polski narciarska atmosfera. Cała trójka dzieci – najstarszy Adrian oraz młodsze rodzeństwo Wojtek i Cecylka – nurzali się w "białym szaleństwie".
Kiedy przychodziła zima, chłopcy pędzili na pobliską skocznię na Ciągłówce, którą zbudowali wspólnym wysiłkiem kolegów. Rozgrywali konkursy, podczas których każdy przybierał nazwisko jakiegoś słynnego skoczka. Wojtek zawsze chciał być Stanisławem Marusarzem. Na Ciągłówce spędzali każdą wolną chwilę, a bywało i tak, że wagarowali.
Gdy liczył dziewięć lat, rodzice zapisali go do klubu "Wisła-Gwardia", gdzie rozpoczął treningi pod okiem Jana Gąsiorowskiego. Jeśli wyróżniał się wśród rówieśników, to tylko niespotykaną odwagą i ambicją. Wyniki osiągał przeciętne, miał kłopoty z techniką, przede wszystkim z lądowaniem: czynił to z reguły na obie nogi a nie telemarkiem. Pierwszy skok na Dużej Krokwi oddał, gdy miał 13 lat, osiągając odległość 75 metrów. Trener jednak wierzył, że ten skryty, czasem trudny w prowadzeniu chłopak któregoś dnia zadziwi wszystkich. Talent Wojtka dostrzegł także opiekun kadry narodowej – Janusz Fortecki.
Na wyniki wypadło czekać dość długo. Niektórzy fachowcy zaczęli nawet mówić, że przy tak skromnych warunkach fizycznych (165 cm wzrostu, 60 kg wagi) Fortuna nigdy nie będzie skoczkiem klasy międzynarodowej. Tym bardziej, że w wieku lat 18 już nie wykazywał takiej pasji i ochoty do treningów jak dawniej.
Wielka forma przyszła dopiero na początku 1972 roku. Na dwa tygodnie przed olimpijską batalią w Sapporo wygrał konkurs kontrolny na dużej skoczni, zostawiając w cieniu kolegów z kadry: Tadeusza Pawlusiaka, Daniela Gąsienicę i Adama Krzysztofiaka. Jako że nie był jednak żadną gwiazdą, do ekipy olimpijskiej, która miała odlatywać do Japonii, został dokooptowany niemal na doczepkę. Miał więc powód, by w swojej autobiografii napisać potem: "Po raz pierwszy uśmiechnęło się do mnie szczęście, które nie opuszczało mnie już w Sapporo".
Dowiedziawszy się o nominacji olimpijskiej dopiero w dniu pożegnania udającej się do Japonii reprezentacji biało-czerwonych, w rozmowie z wysłannikiem Polskiej Agencji Prasowej miał stwierdzić: "Albo się tam zabiję, albo zrobię taki wynik, jakiego jeszcze nie widzieli". Wtedy owa rozmowa przeszła bez większego echa, gdyż nie była brana na serio. Wszystko robiono w takim pośpiechu, że lecący do Japonii Fortuna nie miał nawet oficjalnego dresu jak pozostali polscy olimpijczycy. Orzełka kupił sobie sam, jadąc na swój pierwszy Turniej Czterech Skoczni i prowizorycznie doszył do kombinezonu. To się przydało.
Rywalizację o miejsca na podium w Sapporo trudno było śledzić z polskiej perspektywy tamtych lat. Telewizja właściwie nie zamówiła bezpośrednich transmisji, bardzo kosztownych i trudnych technicznie do przeprowadzenia, zwłaszcza z drugiej półkuli. Widzom prezentowano zatem z opóźnieniem blok tego, co wydarzyło się w Japonii kilkanaście godzin wcześniej. Wyjątek zrobiono tylko dla... skoków narciarskich. Pierwszy konkurs na średniej skoczni w środku nocy docierał do Polski na żywo.
Wojciech Fortuna nie przypominał w nim przysłowiowego chłopaczka do bicia. Nie udało mu się wprawdzie pokonać koalicji Japończyków, na co absolutnie nikt nie liczył, ale występ był niezły, jak zresztą oba skoki. Przebieg konkursu nie skąpił emocji: na czoło od razu wysunęli się dwaj reprezentanci gospodarzy. Trzeci długo był Fortuna ze skokiem na odległość 82 metrów, ale w końcu został wyprzedzony przez trzech kolejnych zawodników i na półmetku rywalizacji plasował się na miejscu szóstym. 
Druga seria miała podobny przebieg. Fortuna skoczył 76,5 metra, co pozwoliło mu jednak obronić zajmowaną lokatę z łączną notą 222,0 pkt. Do brązowego medalu zabrakło 7,5 punktu. Wynik ten przyjęto w kraju bardzo pozytywnie. Młody skoczek zdobył dla Polski jeden olimpijski punkt, a dla siebie – dyplom i figurkę japońskiego samuraja.
Jak się okazało, była to dopiero przygrywka do rozegranego pięć dni później konkursu na dużej skoczni Okurayama. Zgromadziło się przy niej 50 tysięcy widzów, rzecz jasna głównie Japończyków, liczących, a właściwie przekonanych, że Yukio Kasaya spełni swój narodowy obowiązek i raz jeszcze wygra w cuglach. Przecież na Miyanomori nie miał sobie równych. Wychodząc z tego założenia, przygotowano nawet udekorowany kwiatami samochód, którym japoński skoczek miał triumfalnie podjechać pod trybunę, gdzie siedział cesarz. 
Tym, który boleśnie zdołował lotne marzenia gospodarzy, okazał się właśnie Wojciech Fortuna. Startujący z numerem 29 Polak już w pierwszej kolejce rozgromił rywali. Wykorzystując sprzyjający wiatr, poszybował na odległość 111 metrów. Sędziowie dali mu rekordową notę 130,4 pkt (za styl: 17, 18, 18, 18,5, 19 pkt). 
Gdy szczęśliwie wylądował, podniósł ręce do góry i zaczął bić brawo. "Nie sobie – wspominał potem – ale tym siłom, które mnie nie zawiodły. Gąsiorowskiemu, który nauczył mnie skakania, Forteckiemu, który mnie zawierzył, Marusarzowi i Groniowi, którzy byli dla mnie wzorem. Tym wszystkim, którzy sprawili, że mogłem skakać tu, na Okurayamie". Przez wiele dni telewizja japońska pokazywała ten skok (podobno aż 85 razy!), a komentatorzy zgodnie mniemali, że był najpiękniejszy w całej historii światowego narciarstwa. 
Uzyskany przez Polaka rewelacyjny wynik spowodował przerwanie zawodów na 15 minut. Sędziowskie jury wpadło w popłoch: skoro nikomu nieznany zawodnik przekroczył granicę bezpieczeństwa, to ci prawdziwi w domyśle mistrzowie mogli się nabawić kontuzji, lądując już na płaskim terenie. Czy aby więc nie anulować wyników pierwszej serii i nie rozpocząć konkursu od nowa? Zdania były podzielone. Sędzia z Czechosłowacji bał się, że jego rodak Jiri Raška się połamie. Norweg i Kanadyjczyk nalegali natomiast, aby zawody kontynuować. Po chwili zastanowienia japoński arbiter przyłączył się do nich, sądząc, że Kasaya i tak przeskoczy tego przypadkowego lidera z Polski.
Druga seria nie była tak dobra. Rozbieg oczywiście skrócono, Fortuna wylądował na 87,5 metra i musiał drżeć o obronę pozycji lidera, gdyż skakano dokładnie w tej samej kolejności, co w serii pierwszej. Trzynasty po pierwszej serii Szwajcar Walter Steiner zaliczył 103 metry i znalazł się o 0,1 punktu za Polakiem. Rainer Schmidt z NRD uzyskał 101 metrów i stracił do Fortuny 0,6 pkt. 
Jeden z ludzi, którzy kontrolowali długość skoków, bo wówczas nie było jeszcze komputerowego pomiaru, próbował wpłynąć na wpisujących wyniki, że Niemiec skoczył 102 metry. Szybko się okazało, że sam pochodził z Niemiec Wschodnich. Na takie machlojki mu jednak nie pozwolono. Kasaya nie udźwignął presji, skoczył tylko 85 metrów i musiał zadowolić się siódmą lokatą, Fin Tauno Kayhko także nie zagroził Fortunie. Po swoim drugim skoku płakał dopiero dziesiąty w łącznym rozrachunku Raška: "Mogłem mieć medal, przecież mogłem mieć medal….".
Gdy rywale nie dali rady w prześcignięciu rewelacyjnego tego dnia młodziutkiego zakopiańczyka, można było odtrąbić sukces. Fortuna jako pierwszy Polak w historii, został zimowym mistrzem olimpijskim. Jego nota z pierwszego skoku 130,4 pkt była najwyższą, jaką kiedykolwiek do tego momentu przyznano w igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata. Łącznie zwycięzca zgromadził 219,9 pkt.
Idący z nartami Fortuna był tak uszczęśliwiony, że aż zaniemówił i nie wiedział, co odpowiedzieć reporterom, którzy jakby mierzyli do niego ze swoich mikrofonów i dyktafonów. Dwaj pozostali medaliści – Szwajcar Walter Steiner i reprezentant NRD Rainer Schmidt – podnieśli Polaka do góry, chwytając go z boku, każdy za jedno udo. On dla zachowania równowagi oparł się rękami o ramiona rywali z podium i tak górował nad nimi, nie kryjąc radości i… zaskoczenia
Była 11:59 czasu japońskiego, a 3:59 polskiego, kiedy można było obwieścić światu: Polska ma swoje olimpijskie "złoto" na igrzyskach zimowych. Wiadomość o sukcesie Fortuny nie była jednak aż tak szybka. Do Polski dotarła około godziny szóstej rano. Nie wszystkim chciało się w to wierzyć. Skoczek z Zakopanego zdobył setny olimpijski medal w historii polskiego sportu. W redakcjach urywały się telefony, proszono o potwierdzenie tego faktu, bo wydawał się nieprawdopodobny.
Nieoczekiwany sukces postawił na nogi całą redakcję telewizji. Dwie godziny przed programem olimpijskim, który miał się zacząć o 10.25, Warszawa została poinformowana, że skoczek będzie gościem studia olimpijskiego TVP w Sapporo. Na tym jednak nie poprzestano. Zawiadomiony został ośrodek TVP Kraków na Krzemionkach, aby najszybciej jak się da, ściągnąć z Zakopanego rodzinę Fortuny, jego klubowego trenera i parę innych osób. Zorganizowano podwójne łączenie z Japonią i Krakowem, co na tamte lata było wyczynem godnym wrażenia. Problem jednak polegał na tym, że Fortuna przepadł, mimo że był już w budynku, który uchodził za centrum medialne. Po czasie odnalazł go dopiero reporter amerykańskiej telewizji i przyprowadził do polskiego studia. Okazało się, że polskiego skoczka wręcz uwięzili japońscy łowcy autografów.
Miłą niespodziankę Fortunie sprawił japoński sędzia, który wbrew przepisom odkręcił i podarował mu tabliczkę z numerem 111, przy którym polski skoczek lądował. Została jeszcze tak oczekiwana ceremonia medalowa, razem z Mazurkiem Dąbrowskiego, granym na japońskiej ziemi. Wszystko trwało dłużej niż zwykle. Cała trójka nagrodzonych musiała wchodzić i schodzić z podium, gdyż nie wszyscy fotoreporterzy zdążyli porobić zdjęcia. "Niech to się już skończy, bo mi zimno" – miał wymamrotać złoty medalista.
W kraju zapanowało istne szaleństwo. I to we wszystkich miastach, a najbardziej – w Zakopanem, rodzinnym mieście Fortuny. Gratulacje składano jego rodzicom i trenerom, z całej Polski zaczęły napływać depesze gratulacyjne do jego klubu "Wisły- Gwardii". Podobno listonosz z obładowaną nimi torbą musiał kursować z poczty do siedziby klubu kilka razy.
Echa niespodziewanego zwycięstwa Polaka dało się dostrzec w zagranicznych mediach. Chwalił go Reuters. "Jak grom z jasnego nieba spadło zwycięstwo Fortuny" – tytułowała ten polski wyczyn agencja DPA. "19-letni Polak po nieprawdopodobnym powietrznym locie w pierwszej kolejce wylądował na 111 metrze, otrzymując bardzo wysoką notę. Ten wspaniały skok był na wagę złota" – pisano. W podobnym tonie wszystko opisywała AFP: "Wczoraj nieznany, dzisiaj sławny". 
Wyjaśniano, że ten sukces nie był dziełem przypadku, bo maleńki Polak mierzący 165 centymetrów i ważący 60 kilogramów inteligentnie wykorzystał podmuch wiatru, który poniósł go daleko. Fortuna został ponadto zasypany propozycjami matrymonialnymi. Silne wrażenie ponoć zrobił także na księżniczce japońskiej.
Mistrza trzeba było jeszcze powitać w kraju. Dzień po ceremonii zamknięcia igrzysk, punktualnie o 11.20 samolot francuskich linii lotniczych "Caravelle", który przetransportował polskich olimpijczyków z Sapporo, wylądował na Okęciu. Nie trzeba mówić, iż największym zainteresowaniem mediów cieszył się właśnie Wojciech Fortuna, otaczany ze wszystkich stron przez dziennikarzy, wyciągających w jego stronę mikrofony. Gdy drobny zakopiańczyk pokazał się w drzwiach samolotu, rozległy się brawa i okrzyki zgromadzonych na Okęciu mieszkańców stolicy. Specjalnie dla niego sprowadzono góralską kapelę z Zakopanego, a młode góralki w regionalnych strojach wręczyły niespodziewanemu triumfatorowi kwiaty.
Prawicę pragnęli mu uścisnąć rządzący. Fortunę i jego rodziców ugościł minister spraw wewnętrznych Wiesław Ociepka, życząc, aby dalej rozsławiał imię kraju. Skoczka odznaczono Złotym Krzyżem Zasługi. Dekorował go sam Włodzimierz Reczek, przewodniczący GKKFiT, zaś sekretarz Jan Maj przekazał najwyższe odznaczenie ZMS, Złotą Odznakę im. Janka Krasickiego. Oczywiście zawodnik musiał wszystkim dziennikarzom opowiadać o swoim legendarnym już skoku. "Wyszedłem z progu, jak nigdy dotychczas, a gdy w końcowej fazie lotu dostałem "zwyżkę", mimo że byłem już przygotowany do lądowania, podałem biodra do przodu i pociągnąłem jeszcze długość. Lądując wiedziałem, że skok był dobry stylowo i daleki" – powtarzał niczym mantrę.
Nie brakło tych, kto względnie łatwe zwycięstwo Fortuny sprzęgał z uśmiechem losu. Wyraz tego dał też polski narciarz alpejski Andrzej Bachleda-Curuś, który w swej książce "Taki szary śnieg" napisał: "Ej, Wojtku! Jednak ci chyba trochę zazdroszczę. Przyjechał taki Wojtuś, nikomu nieznany, kurzył faje jedną po drugiej, piwo popijał z wielkim smakiem i właściwie żył jak zaprzeczenie sportowca. A ja, na przykład, harowałem ciężko, co rano robiłem rozgrzewkę, po osiem miesięcy w roku zostawiałem żonę i dzieci, żeby tu wypaść jak najlepiej… i taka sprawiedliwość?".
Szczęśliwym powitaniom, połączonym z odpowiednim fetowaniem sukcesu nie było końca. Po tym warszawskim świętowaniu, wypadło Fortunę przywitać w Zakopanem. Była zabawa na cześć mistrza, była wizyta w siedzibie Prezydium Miejskiej Rady Narodowej i był również praktyczny prezent – dwupokojowe mieszkanie z kuchnią. Klucze do "gniazdka", mającego ustabilizować życie, dostał jednak symboliczne, gdyż blok, gdzie miał zamieszkać, dopiero się budował.
I bez tego bawiono się jednak hucznie. Feta z okazji przyznania Fortunie Złotej Odznaki "Za zasługi dla Ziemi Krakowskiej" miała przypominać rozmachem góralskie wesele, odprawione na bogato. Na ulicach miast oko cieszyły transparenty: "Żadne Morki czy Kasaye – złoty medal Wojtek daje", "Chociaż wszyscy wyłazili z portek, złoty medal zdobył Wojtek". Innymi słowy – euforia totalna. O swoje pięć minut lub, jak kto woli, o swój malutki udział w sukcesie upominali się saneczkarze. "Złoty medal Fortuna zawdzięcza nam, saneczkarzom. Gdybyśmy lepiej jeździli w Koenigsee, Wojtka by tu nawet nie było" – zauważał nie bez racji Lucjan Kudzia, który w Sapporo zajął 13. miejsce w jedynkach i 9. w dwójkach.
Fortuna 18 lutego wrócił do kraju, a już 20, skrajnie wyczerpany, startował w mistrzostwach Polski na Wielkiej Krokwi. Jakżeby inaczej, wygrał. Bo taka musiała być narracja. Oficjalnie uzyskał odległości 109,5 metra i 108,5 metra i notę 246,5 pkt. Oficjalnie, gdyż wyniki mu nieco zawyżono, aby nie wyłamywać się już z przygotowanego scenariusza: mistrz olimpijski miał być najlepszy również w kraju.
Dziewiętnastoletni chłopak został zmanierowany i rozpieszczony swoim sukcesem. Każdy chciał się "napić z mistrzem" i każdy chciał mu postawić. Młodemu sportowcowi trudno było w tych sytuacjach odmawiać kochającym go kibicom. Niekiedy ludziom bardzo potężnym i wiele znaczącym. W kolejnych sezonach 1973 i 1974 był cieniem zawodnika, który w Sapporo zadziwił świat. Trenował coraz mniej, częściej za to można było go spotkać w zakopiańskich lokalach niż na skoczni. Później już, gdy przegrywał zawody za zawodami, na jego głowę sypały się gromy i przylgnął mało wdzięczny epitet "zawodnika jednego skoku".
Jest bardziej niż oczywiste, że rewelacyjny triumfator z Sapporo stał się ofiarą swojego sukcesu. W kilka lat przytył kilkanaście kilogramów i ostatecznie w wieku 27 lat zakończył karierę. Znalazłszy się na życiowym rozdrożu, musiał podjąć decyzję, co do przyszłości. Próbował wziąć się w garść. W roku 1975 się ożenił (wybranką była Halina Zimak) i zaczął pracować jako taksówkarz, a ponadto nielegalnie handlował dewizami, złotem i ubraniami. Często miał problemy z policją. W latach 80. za liczne awantury i bójki dwukrotnie trafiał do więzienia. 
Niestety, ani przyjście na świat dzieci: córki Beaty i syna Tomasza, ani próba kuracji antyalkoholowej (miał wszyty esperal) nie dały rezultatu. Małżeństwo się rozpadło w roku 1982. Zostawił żonę z dwojgiem dzieci i wrócił do dawnego towarzystwa. Tylko ucieczka z Zakopanego mogła sprowadzić go ze złej drogi. Wyjechał na Śląsk, a w roku 1986 wyemigrował do Stanów Zjednoczonych Ameryki, gdzie imał się różnych zajęć, m.in. założył firmę malarską. 
Za zarobione pieniądze kupił w Chicago czteropiętrowy dom. W roku 2002 raz jeszcze stanął na ślubnym kobiercu z pochodzącą z Suwałk Marią Łoszewską. Podczas pobytu w Stanach Zjednoczonych napisał i opublikował dwie książki autobiograficzne: "Prawda o Sapporo" oraz "Szczęście w powietrzu". W tym też czasie zaliczył kilka zimowych Igrzysk Olimpijskich. Niekoniecznie jako widz, gdyż przykładowo w roku 1994 komentował dla Telewizji Polskiej rywalizację skoczków w Lillehammer.
Amerykański rozdział w swym życiorysie zamknął w roku 2003, kiedy wraz z żoną podjęli decyzję o powrocie do Zakopanego, gdzie jednak po macoszemu przyjęci przez ojców miasta, na długo nie zagrzali tu miejsca, gdyż dwa lata później przenieśli się do Gorzycy koło Augustowa, zaszywając się w suwalskiej głuszy. 
Na znak rozpoczęcia nowego rozdziału w życiu wziął Fortuna zdecydowany rozbrat z papierosami i alkoholem. Zajął się m.in. promowaniem narciarstwa biegowego (stworzył trasę narciarsko-rowerową) i wspieraniem lokalnych inicjatyw rozwoju regionalnego związanego ze sportem. Jest organizatorem wystawy "Od Marusarza do Małysza i Kowalczyk" w WOSiR Szelment (prezentującej narty, kombinezony, repliki medali, puchary, statuetki i fotografie) oraz kustoszem powołanego do życia Muzeum Sportów Zimowych. Twierdzi, że dzisiaj ma się świetnie i nie zamieniłby Suwalszczyzny na żadne Krupówki.
Ponadto angażuje się w działalność charytatywną, m.in. wspierał Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, przeznaczając na jej aukcję numer startowy z Sapporo. W roku 2015 sprzedał za 50 tysięcy dolarów swój złoty medal olimpijski firmie odzieżowej 4F. Zgodnie z umową krążek przekazano Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie. Połowę kwoty z transakcji przeznaczono na rehabilitację amerykańskiego skoczka Nicka Fairalla, który dwa miesiące wcześniej po upadku na skoczni doznał kontuzji kręgosłupa, a pozostałą część na leczenie polskiej panczenistki Natalii Czerwonki, która podczas treningu w sierpniu poprzedniego roku także doznała urazu kręgosłupa.
Dzisiaj, po latach, nie szuka żadnych usprawiedliwień, otwarcie mówi o najbardziej drastycznych fragmentach swego życiorysu, bo – jak twierdzi – chciałby ostrzec wszystkich młodych sportowców przed niebezpieczeństwem, które niesie ze sobą sława. Ma do siebie żal, że w kolejnych latach wyczynowej kariery nie sprawił polskim kibicom jeszcze większej radości. Na osłodę nie kryje satysfakcji, że dzięki Adamowi Małyszowi i spowodowanej przezeń "małyszomanii" jego ulubiona dyscyplina wiedzie ostatnio prym wśród sportów zimowych nie tylko w Polsce, ale też na świecie, czego jakże wymownie dowodzą błyskotliwe sukcesy Kamila Stocha i kolegów z reprezentacji.
 

 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 11/2019

Z NAKAZU PAMIĘCI

  • Uczczono 101. rocznicę niepodległości Polski
  • Błogosławione są ziemie, które bardzo kochano

SPORT

  • Sfinalizowano Wielki Konkurs, poświęcony 100-leciu PKOl
  • Uśmiech fortuny

POLITYKA

  • Na bieżąco

SZKOLNICTWO

  • Podręczniki z Polski dotarły na Litwę
  • Sentymentalna podróż do beztroskich lat

TEATR

  • Liczyły się "tylko prawdziwe uczucia"

MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ

  • Krótkie szczęście małżeństwa Sierakowskich
  • Romantyczne serca na paryskim bruku

IN MEMORIAM

  • Obrzędy pogrzebowe

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O prawdzie

 

Nasza księgarnia

Stanisław Moniuszko w Wilnie
Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie