Z dłońmi otwartymi dla Nieba

drukuj
Henryk Mażul, 13.09.2021
Relikwie św. Jana Pawła II w rękach Władysława Bortkiewicza

Cokolwiek by powiedzieć, a wielodzietne rodziny, nawet jeszcze w nieodległej przeszłości, były na Wileńszczyźnie czymś nagminnym. Nie mówiąc już o czasach dalszych, kiedy to codzienne posiłki jak w chatach wiejskich, tak też w dworkach gromadziły przy wspólnym stole po dobrych kilka albo nawet po kilkanaście domowników. A dodać wypada, że tak mnogie rodzinne więzy wymowę szczególną miały w ziemiańskich gniazdach, od dziada pradziada wrośniętych w ojczysty pejzaż. Tu bowiem pod jednym dachem mieszkały nieraz nawet cztery pokolenia, przekazując sobie życiowe mądrości, tak naonczas nieodzowne prawdy Wiary tudzież poczucie patriotyzmu.

Dziś natomiast, to, o czym powyżej, nie wygląda aż tak optymistycznie. Powojenne fale tzw. repatriacji rdzennej tutejszej ludności polskiej na stałe za Bug i Wisłę oraz najazd całej Litwy, po uzyskaniu przez nią niepodległości w roku 1990, czemu tak znaczącą przysługę wyświadczyły nie znające precedensu na skalę światową tzw. przenosiny ziemi, spowodowały, że tu i tam, gdzie niegdyś tworzyliśmy zwarty żywioł, proporcje ludności przestają być na naszą korzyść. Na co bez wątpienia dotkliwie rzutuje też fakt pomijania jakoś przez bociany z bobaskami w dziobach podwileńskich stron, gdzie w miejsce dziecięcego rozgwaru panuje raczej trwożliwa cisza.

Bo też tu stanowiący potencjał rozrodczy współcześni młodzi ludzie coraz bardziej skłonni są – wedle światowych trendów – żyć egoistycznie bardziej dla siebie niż dla własnego potomstwa i nie obarczać się odpowiedzialnością za wydanie na świat i wychowanie latorośli. W obecnych realiach za bohaterów próbują zatem uchodzić ci, kto doczekał się chociażby dwóch pociech. 
Na większą ich liczbę, w myśl sławetnego "bieda rodzi dzieci", decydują się natomiast z reguły tzw. rodziny asocjalne, liczące na otrzymanie za każdego poczętego zasiłku ze strony państwa, pomocnego, by klepiąc biedę, nie widzieć Bożego świata za alkoholem. A takie postępowanie jakże boleśnie uderza w reputację wartościowych wielodzietnych rodzin, czego przykładem niech służą Teresa i Władysław Bortkiewiczowie, szczęśliwi rodzice aż siedmiorga (!) wydanego na świat potomstwa.
Poznali się w wileńskim kościele Ducha Świętego, będąc uczniami stołecznej "syrokomlówki", gdyż Władek posługiwał tam jako ministrant, a Tereska śpiewała w scholi. Bliższą znajomość zawarli natomiast w roku 2000 dzięki wspólnemu kolędowaniu, a pogłębiali ją następnie podczas różnych wyjazdów parafialnych, a w szczególności – podczas kursów liderów przy diecezji wileńskiej, na które oboje zostali wydelegowani przez księdza proboszcza. Wzajemnemu zauroczeniu pomocne też były bez wątpienia organizowane przez wileńskich braci joannitów letnie obozy rodzinne, gdzie jako wolontariusze służyli pomocą w opiece nad dziećmi. Co było dobre o tyle, że mogli z bliska podpatrywać poniekąd wzorcowe relacje mężów i żon z rodzin wielodzietnych.
Do powiedzenia przed ołtarzem sakramentalnego "nie opuszczę cię aż do śmierci" i wymiany obrączek dojrzewali całych lat osiem, gdyż nastąpiło to dopiero w roku 2008, kiedy Władysław liczył 22 lata, a Teresa była o rok starsza. Tym z rodziny i z grona znajomych, kto próbował na głos się zastanawiać, czy aby nie za wcześnie, mieli zgodną odpowiedź, że zdążyli poznać się na tyle dogłębnie, by odtąd na dobre i złe być razem. Tym bardziej, że już jako tako ustatkowali się w życiu, mając za sobą studia bakalarskie: Teresa pielęgniarskie na Uniwersytecie Wileńskim, a Władysław na kierunku inżynierii transportu Wileńskiego Uniwersytetu Technicznego im. Giedymina. Cementować ich związek miało głębokie przekonanie o potrzebie koniecznego bratania się z Bogiem, co wynieśli ze wspólnego angażowania się w życie parafialne.
Po roku mogli się poczuć mamą i ojcem, gdyż na świat przyszła pierworodna Emilka. A potem z częstotliwością co dwa lata rodzina powiększyła się im o synków Augustyna i Samuela oraz o córeczkę Faustynę. Po kolejnym roku mogli się natomiast cieszyć z synka, jaki na chrzcie otrzymał podwójne imię Beniamin Franciszek. Że było tak, a nie inaczej, decydował bynajmniej nie żywioł, tylko staranne planowanie z głębokim przekonaniem i pełnią odpowiedzialności o obdzieleniu rodzicielską miłością każdej z pociech i należytym ich wychowaniu. Byli bowiem i nadal są zdania, że żadne przyjaźnie nie potrafią konkurować z więzami, jakie scalają każde rodzeństwo. 
Jak żartobliwie zauważa Władysław, ciągoty do wielodzietności kryją się być może na domiar w genach, albowiem Teresa ma trzech braci, ojciec Władysława pochodzi z rodziny trójdzietnej, a mama – nawet z czworodzietnej. Nie brakło zatem sytuacji, kiedy podczas okazjonalnych domowych spotkań mogli przekonać się, jak wielkim błogosławieństwem jest liczne grono samych swoich, zjednane tak ważnym poczuciem braterskiego łokcia.
Pierwotnie byli zdania, że na piątce latorośli się zatrzymają, bo doprawdy mieli kim się zająć i obdzielać rodzicielskimi łaskami. Rok za rokiem minęło pięć lat. Dzieciaki coraz pewniej stąpały po ziemi, żona wróciła do pracy w reanimacji kliniki w Santaryszkach, czuwając ostatnio przy tych, kogo poraziła pandemia koronawirusowa.
Aż coraz bardziej dojrzewało w nich przekonanie, że, mierząc siły na zamiary, są w stanie zapewnić wszystko, co potrzeba, też szóstej pociesze, poczętej jakby na przekór porażającym umysły śmiertelnym statystykom, powodowanym przez COVID-19. Ponieważ Niebo zadecydowało jednak podwoić ich radość, 3 maja bieżącego roku doczekali się bliźniąt – dwóch synków, którzy przybrali imiona Dawid i Daniel, a prosta droga wiodła do skojarzenia tego szczęśliwego dnia z Konstytucją 3 Maja i świętem Matki Bożej Królowej Polski.
Owszem, skokowe nieco powiększenie się rodziny dodało im rodzicielskich trosk, choć nie wpędziło w zakłopotanie. Są przecież sami biegli w temacie, a ponadto mają coraz bardziej dorastających pomocników z Emilką na czele, których przyuczają do domowych obowiązków, czyniąc to wszak mądrze, by nic nie uszczknąć z beztroskiego dzieciństwa. Pomocną dłoń w ich kierunku chętnie też ciągną rodzice Teresy – Czesława i Stanisław, z którymi, odkąd w roku 2014  nabyli parcelę w Ogrodnikach pod Niemieżem i pobudowali tu dom o dwóch bliźniaczych pionach po 180 metrów każdy, są poniekąd pod jednym dachem. Takoż rodzice Władysława – Halina i Edmund mnożą tęsknoty za wnuczętami, gotowi je przy byle okazji widzieć w progach swego mieszkania w wileńskiej Szeszkini. I jednych, i drugich darzą za to wsparcie dozgonną wdzięcznością.
Są świadomi, że przyszłe na świat przed czterema miesiącami bliźnięta uziemią ich na pewien okres we wspólnym byciu poza domem, kędy wiedzie droga do ciekawego spędzania wolnego czasu, poznawania świata, odpoczynku wreszcie. Starając się być razem, nie szczędzą wysiłku, by zapewnić pociechom pełnię rozkosznego dzieciństwa. Może nie na miarę każdej ich zachcianki, którą mądrze potrafią w małych główkach wyperswadować, o ile ta przekracza prozaiczne możliwości finansowe, choć kierując się zdrową logiką. 
Tak to w roku ubiegłym, w oparciu o tę zdrową logikę, z najstarszą trójką pociech odbyli kilkudniowy wypad do Londynu. Staraniem zapobiegliwego rodzica udało się nabyć zawczasu z dużą zniżką bilety lotnicze, znaleźć w grodzie nad Tamizą rodzinę, która gratisowo zapewniła trzy noclegi. Wystarczyło więc wysupłać z domowego budżetu kwotę ponad 100 euro, by sprawić dzieciakom ogromną frajdę, a przy okazji ugruntować w nich potrzebę solidnego przykładania się do nauki języka angielskiego, będącego szeroko rozwartym oknem na świat. 
Czyhające na każdym kroku wirtualne zagrożenia w postaci telefonów komórkowych, tabletów i innych dobrodziejstw cywilizacyjnych, jakie do reszty zawładnęły umysłami współczesnych nastolatków, każą rodzicom-Bortkiewiczom mieć się na szczególnej baczności, by odgrodzić własne latorośle od tego przesadnego uzależnienia. Mają na to dość prosty sposób, a ten polega na wypełnieniu każdemu z osobna i wszystkim razem czasu czymś ciekawym. Ot, chociażby takimi zajęciami w Rudomińskiej Szkole Sztuk Pięknych, gdzie Emilia i Augustyn zgłębiają tajniki gry na skrzypcach, Samuel – na saksofonie, a Faustyna wraz z początkiem września przystąpiła do muzycznego "oswajania" fletu. Jak natomiast parafialnymi rodzinami wyjeżdżają latem na przeróżne biwaki, dzieci są "oczkiem szczególnym" w głowach mam i ojców, a troska nadrzędna polega na skrojeniu tak atrakcyjnego  programu pobytu na łonie przyrody, by nachalny wirtualny świat niech na krótko zostawił je w spokoju.
Te rodzinne parafialne wyjazdy, którymi Teresa wraz z Władysławem nasiąkli poprzez wolontariat za młodu, również nadal mają miejsce, gdyż oboje, wraz zresztą z dziećmi, są nieodzownymi pomocnikami duszpasterzy w stołecznym kościele Ducha Świętego w prowadzeniu pracy katechetycznej. W wielorakiej postaci, a w szczególności poprzez prowadzenie kursów przedmałżeńskich z udziałem obojgu zdecydowanych do stanięcia niebawem na ślubnym kobiercu. 
Wcale nie zawsze do końca wszak zdających sprawę z odpowiedzialności, jaka nad nimi zaciąży: jak w relacjach wzajemnych, tak też nad wydanym na świat potomstwem. A skoro nawykli do przesadnego wygodnictwa młodzi ludzie są nierzadko wyraźnie na bakier z tą odpowiedzialnością, krocie związków małżeńskich przypomina domki z kart, rozsypujące się już przy pierwszych trudnościach życiowych albo w wyniku stwierdzonej raptem tzw. niezgodności charakterów, powodujących konfliktowe sytuacje, spójne z kłótnią, ba – nawet z rękoczynami, a przypieczętowywane rozwodami nieraz już w prologu wspólnego pożycia.
Oto dlaczego nie szczędzą Teresa z Władysławem wysiłku w wyjaśnianiu na różne sposoby, że małżeństwo – to – owszem – rozbudzone miłością wzajemne zapatrzenie, aczkolwiek bardziej prozaicznym jego synonimem jest życiowa wędrówka wraz z sobą i dziećmi we wzrastaniu do Boga. I teraz szkopuł w tym, by mimo nie zawsze płatków różanych pod stopami pokonać ją, jak człowiekowi przystoi, czego nie da się jednak uczynić bez podsycania domowego ogniska miłością, bez cierpliwości, wyrozumiałości, umiejętności wysłuchania partnera, w zgodnym poszukiwaniu "wspólnego mianownika" przy różnicy zdań. A w dobry przykład ośmielają się stawiać własny związek małżeński, którego sedno stanowią przywołane powyżej przymioty. Podobnie jak mające być poniekąd małżeńskim katechizmem nie zawsze przez usta chętnie przechodzące słowa: "kocham", "dziękuję", "przepraszam".
Nie stronią od stwierdzenia, że trudnej sztuki wspólnego pożycia wypada tak na dobrą sprawę uczyć się ciągle i stale. Im w tym bez wątpienia pomocny jest inspirowany duchowością księdza Franciszka Blachnickiego Domowy Kościół, funkcjonujący przy stołecznej parafii Ducha Świętego, oraz mu podobne przy innych parafiach na Wileńszczyźnie. Jego istota jest wspólnotowa, tworzona z reguły przez tzw. kręgi, liczące po 4-7 rodzin, które raz miesięcznie gromadzą się na spotkania w celu wymiany doświadczenia w relacjach mąż – żona oraz rodzice – dzieci. Jedni drugim śpieszą też służyć radą, o ile kogoś w tych relacjach trapią problemy. Kto zresztą wie, czy aby rady te nie są bardziej cenne niż zasięgane u postronnego psychologa, gdyż dyktowane szczerością serc.
W ich zaiste weterańskiej przyparafialnej działalności mnożyły się chwile o wymowie szczególnej, a poczet takowych otwiera zaszczyt, jakiego dostąpili 22 października 2015 roku, kiedy to do kościoła Ducha Świętego sprowadzono relikwie św. Jana Pawła II w postaci jego krwi. To właśnie rodzinę Bortkiewiczów uhonorowano uroczystym wniesieniem tej bezcennej szkatuły do świątyni, którą podczas Mszy św. umieszczono w specjalnie w tym celu naszykowanym miejscu. Władysław nie ukrywa, że zaistniał wówczas jakże wymowny powód, by autentycznie się wzruszyć i do końca życia przywoływać to piękne wspomnienie.
Nie mniej piękną, aczkolwiek pozasakralną pamiątką obdzielił go tegoroczny Dzień Ojca, obchodzony na Litwie w pierwszą niedzielę czerwca, kiedy to ku własnemu zaskoczeniu otrzymał zaproszenie do prezydentury, gdyż znalazł się w gronie 12 rodziców płci męskiej z całej Nadniemeńskiej Krainy, którzy z rąk głowy państwa Gitanasa Nausėdy po raz pierwszy w ponad 30-letnich dziejach niepodległej Litwy w dowód wzorowych postaw otrzymali medale "Za zasługi dla Litwy", co zresztą ma stać się odtąd doroczną tradycją.
Za czasów sowieckich jak też dotąd w państwie spod znaku Pogoni wszystkie laury w rodzinach wielodzietnych zgarniały kobiety. Mężczyźni natomiast, choć z reguły dwoją się i troją, by zarobić na utrzymanie licznego  potomstwa oraz świecić przykładem ojcowskiej miłości, pozostawali jakoś w cieniu. Aż wreszcie, dzięki inicjatywie litewskiego prezydenta, będącego zdania, iż prozaicznym karmicielom takoż należy się sława i chwała, zostali zeń wyprowadzeni. I – zdaniem laureata-Bortkiewicza – ze wszech miar słusznie. Przecież nawet Pismo Święte nakazuje, by jednako czcić własnego ojca i matkę swoją.
Nie kryje, że uroczystość w tak wysokich progach, jakimi jest siedziba głowy państwa litewskiego, stanowiła dla niego znaczący powód do dumy, którą gotów był się podzielić z ojcem Edmundem (notabene mimo pierwotnych oporów takoż uczestniczącemu w bezpośredniej ceremonii), mamą, ojcem chrzestnym, teściami, własnymi dziećmi, uczącymi go na co dzień ojcostwa, a nade wszystko – z żoną Teresą, która jak dotąd nie posiada za wzorowe macierzyństwo żadnego odznaczenia.
Władysław, by ten błąd naprawić, jak żartobliwie zauważa, gotów jest przepołowić wręczony mu medal na dwoje. Bo to przecież małżonka stanowi  ostoję w krociu poczynań, generując zresztą wiele z nich kobiecym zmysłem. Wie, że na Teresie może polegać niczym na Zawiszy Czarnym. Szczególnie w sytuacjach, kiedy trzeba pogłówkować, jak spowodować, by wszystkim wszystkiego starczyło.
Sprowadzając temat wielodzietnej rodziny na ziemię, wypada przecież pamiętać, iż wydatki na prowadzenie domu mają być powielane na liczbę mniejszych i większych pociech. Owszem, państwo wspiera każdą taką do lat 18 kwotą 111 euro miesięcznie, która to kwota przy stale rosnących kosztach żywności jak też przyodziewku albo szkolnego wyposażenia nie prezentuje się bajońsko. Tym bardziej, że w przypadku Bortkiewiczów obowiązuje "żelazne" postanowienie, iż przydzielane pieniądze mają w pełni trafiać nie na jakieś tam domowe potrzeby, a do dzieci, by te mogły treściwie wypoczywać, zwiedzać świat, nurzać się w beztroskie dzieciństwo, jak też wyglądem nie różnić się zbytnio in minus od rówieśników.
Cóż, sposób na życie, jaki wybrali Teresa i Władysław, w realiach XXI wieku przypomina wyraźne "płynięcie pod prąd". Dziś przecież szczęśliwe w pełni tego słowa znaczeniu rodziny wielodzietne odchodzą w zapomnienie na kontynencie europejskim, który zresztą uderza w głośne dzwony, gdyż w wyniku wygodnictwa i egoizmu tutejszych mieszkańców najzwyczajniej wymiera. Na domiar złego dla coraz większego ich odsetka życie wedle przykazań Bożych stanowi zbyt  wielką fatygę, stąd w zatrważającym tempie przybywa ziejących pustką świątyń. Furorę robią za to związki jednopłciowe, ciągoty do zmiany płci, potakiwanie eutanazji czy demonstracyjne marsze w najbardziej widocznych miejscach zwolenników tęczowych flag. Innymi słowy, to, co pokraczne, mijające się ze wszelką logiką i niemoralne w swej istocie, pcha się na różne sposoby metodą buldożera.
Kiedy próbuję te moralne zwyrodnienia uogólnić mianem znamion końca świata, Władysław ze stoickim spokojem wyjaśnia, że szatańskie moce, które od wiek wieków zwykły nie spać, przypuściły w czasach nam współczesnych totalny atak na ludzi, wyszukując dla zadania ciosu najbardziej czułe miejsca. Ci jednak, jako istoty rozumne, mają się nie dać zwieść, a ratunkiem jedynym jest spójnia z Bogiem poprzez modlitwę. Innej drogi nie ma, o ile Dobro ma nadal być górą w odwiecznej potyczce ze złem.
Zdają Bortkiewiczowie sprawę, że ich wielodzietna rodzina znajduje się  w polu szczególnego widzenia otoczenia. Muszą więc zdwajać codzienną troskę o zadbany wygląd własny jak też pociech, co w szczególności dotyczy tych uczęszczających do szkoły, dokąd, począwszy od bieżącego września, podąża już cały kwartet ich pociech, jako że do uczniowskiego grona obok Emilii oraz Augustyna i Samuela dołączyła też pierwszoklasistka Faustyna. Wzruszającą podzięką za tę troskę jest rozedrgany wesołym wielogłosem dom oraz tłok na kolanach, gdy śpieszą okazywać tłumną wdzięczność za rodzicielską miłość, jakiej po równo doznają, mając na domiar przykład, jak mama z tatą karmią się na co dzień tą miłością i, mając stale otwarte dla Nieba dłonie, wypraszają im oraz sobie zdrój łask Bożych.
Kiedy na zakończenie rozmowy pół żartem, pół serio próbuję dociec, czy aby nie planują dalszego powiększenia rodziny, Władysław zbywa to takoż pół żartem, pół serio przywołaniem pierwszego polecenia, jakie Stwórca kieruje do ludzi: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną". A w rzeczy samej: pożyją, zobaczą. Gdyby jednak kolejna mała istota im się poczęła, przyjmą ją, jak wszystkie dotychczasowe, z wielką radością. 
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 9/2021

OŚWIATA

  • Witając 1 września

ŻOŁNIERZOM – CHWAŁA!

  • W Zułowie uczczono Dzień Wojska Polskiego
  • "Polacy bronili się naprawdę dzielnie"

NASZA WIARA

  • Stefan kardynał Wyszyński – fenomen osobowości
  • Bohaterskim kapłanom w hołdzie

POLITYKA

  • Na bieżąco

SPOŁECZEŃSTWO

  • Z dłońmi otwartymi dla Nieba

LITERATURA

  • Na 200. rocznicę urodzin Cypriana Kamila Norwida
  • Tropem bohaterów Trylogii

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • Styczyńscy. Spod Wilna na Syberię

NIESPOKOJNI DUCHEM

  • Podróże – moją terapią na życie

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O sumieniu

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie