Z gimnastyką przez życie

drukuj
Henryk Mażul, 12.03.2021
Fot. archiwum

Polak z Litwy – olimpijczykiem w Tokio

Antyczni Grecy, będąc święcie przekonanymi, że zdrowy duch gnieździć się może jedynie w zdrowym ciele, przywiązywali wielką wagę do jego doskonalenia, zdecydowanie preferując ćwiczenia fizyczne. Owe ćwiczenia, mające wyłonić mistrzów nad mistrze, od niepamiętnych czasów zadomowiły się także w programie starożytnych Igrzysk Olimpijskich.

Gdy schedę po nich z inicjatywy poczciwego barona Pierre de Coubertina przejęły w roku 1896 nowożytne batalie spod znaku pięciu splecionych kółek, gimnastyka sportowa takoż niezmiennie towarzyszy programowi olimpijskiej rywalizacji. Co prawda, pierwotnie sprawności fizycznej w tej dyscyplinie dowodzili jedynie mężczyźni. Płeć piękna na swój debiut musiała czekać do batalii w Amsterdamie w roku 1928, by odtąd także niezmiennie wyłaniać najlepsze jak w wieloboju, tak też na poszczególnych przyrządach.
W przypadku mężczyzn każdy ze startujących ma aktualnie osiem szans, by zdeptać stopnie olimpijskiego podium. Siedem z nich stanowi sprawdzian indywidualny w wieloboju oraz na poszczególnych przyrządach (kółka, drążek, poręcze, popisy na koniu z łękami, ćwiczenia wolne oraz skoki przez stół gimnastyczny). Rywalizacji indywidualnej towarzyszą ponadto zmagania drużyn w wieloboju z udziałem po 5 zawodników w każdej.
Wśród tych, kto dostąpił zaszczytu ubiegania się o najcenniejszy z kruszców podczas przeniesionych w związku z pandemią z roku ubiegłego na bieżący Letnich Igrzysk Olimpijskich w Tokio będzie też startujący w barwach Litwy 27-letni nasz rodak Robert Tworogal – wilnianin z urodzenia, absolwent Wileńskiej Szkoły Średniej im. Szymona Konarskiego. A warto dodać, że dla Roberta start w najważniejszej imprezie każdego czterolecia będzie drugim w karierze gimnastyka, gdyż w roku 2016, kiedy gospodarzem Igrzysk było Rio de Janeiro, dostąpił takoż zaszczytu olimpijczyka. Olimpijczyka historycznego poniekąd w swej istocie, gdyż uchodził za pierwszego z Polaków na Litwie, jacy zyskali szansę powalczenia o medale w sportach indywidualnych, naśladując w tym po części piłkarza ręcznego Waldemara Nowickiego, który zresztą pierwotnie podczas pamiętnej Olimpiady w Moskwie wraz z reprezentacją ZSRR wywalczył "srebro", przekute po 8 latach w Seulu w "złoto", co potęgował fakt bycia na domiar kapitanem drużyny.
Jak zwierza się we wspomnieniach Robert, o jego przygodzie ze sportem zadecydowali rodzice, widząc w swej pociesze wręcz wulkan energii. Latem, gdy wyjeżdżali w rodzinne strony ojca Romualda – do podwileńskich Mickun, pamiętających notabene młodego Julka Słowackiego z racji na tamtejsze zakorzenienie się ojczyma – profesora Augusta Becu, ów wulkan znajdował niejeden upust w łażeniu po drzewach bądź innych dziecięcych harcach. Zdecydowanie inaczej w tym względzie było natomiast w pozostałych trzech porach roku, gdy wracali rodziną do Wilna, gdzie ich pierworodny wyraźnie nie znajdował miejsca, moszcząc raz za razem drogę do żłobka-przedszkola łzami.
Widząc, co się święci, mama Maria po usłuchaniu dobrych rad zdecydowała zaprowadzić go (wówczas pięcioletniego) do usytuowanej w pobliżu domu szkoły gimnastycznej, mającej pomóc w fizycznym wyżywaniu się. Tu został przyjęty przez trenera Aleksandra Fiłatowa wręcz w otwarte ramiona, gdyż oszczędzono mu fatygi chodzenia po przedszkolach i wypatrywania tam gimnastycznego narybku. A na domiar ujrzał wyraźny błysk w oczach małego adepta na widok ćwiczących akurat na kółkach wychowanków.
Gimnastyka zawładnęła Robertem do reszty od pierwszych treningów, a skrzydeł dodawały czynione sukcesywnie postępy, premiowane nagrodami. Sportowymi jak też chociażby obiecanym przez ojca komputerem, o ile synuś dowiedzie swej wyższości wśród rówieśnych na Litwie zawodników, co nastąpiło już po trzech latach treningów. Nie oszczędzał się w nich bowiem, mądrze zachęcany przez rodziców i trenera.
To właśnie rodzice wraz z trenerem niczym na zgodną komendę prześcigali się w perswazjach, by nadal bratał się z drążkiem, kółkami bądź koniem z łękami, kiedy w wieku 12-13 lat przeżywał charakterystyczny dla niejednego nastoletniego gimnastyka "bunt", wynikający z przesytu powtarzania zda się w nieskończoność ćwiczonych elementów. Aż dał się wreszcie przekonać, podbudowany świadomością, że skoro Bóg pocałował go w czółko, grzechem by było, aby zaprzepaścił talent.
Jakże wymowną tego miarką stał się występ ledwie szesnastoletniego Tworogala podczas Olimpiady Młodzieży w Singapurze w roku 2010, gdzie, trafiwszy do finałowych występów na drążku, uplasował się na zaszczytnym siódmym miejscu. Jeszcze bardziej spektakularnie wypadł po roku podczas Europejskiego Olimpijskiego Festiwalu w Stambule, uznając na tymże drążku wyższość ledwie jednego zawodnika.
Na całe życie pozostanie mu w pamięci udział w XXXI Letnich Igrzyskach Olimpijskich w dalekiej Brazylii. Owszem, realistycznie oceniając własne szanse, zdawał sprawę, iż nie udaje się tam, by siać postrach wśród rywali, tylko po to, by w konfrontacji z najlepszym zdobywać mające procentować w przyszłości doświadczenie. Na jego wynikach in minus bez wątpienia zaciążyła kontuzja palca, jakiej nabawił się już podczas pierwszej konkurencji – ćwiczeniach na poręczach. W końcowym rozrachunku musiał więc zadowolić się 42. lokatą w wieloboju, a występy na poszczególnych przyrządach przyniosły następujące wyniki: kółka – miejsce 61., drążek – miejsce 39., poręcze – miejsce 57., ćwiczenia na koniu z łękami – miejsce 56., ćwiczenia wolne – miejsce 51., skok przez stół gimnastyczny – miejsce 15. Zważywszy udział w rywalizacji aż 70 gimnastyków, te niech nawet odległe lokaty wcale nie przynoszą Robertowi ujmy w debiutanckim starcie.
W końcu roku 2015, po 16 latach wspólnej przygody gimnastycznej, rozstał się Tworogal z trenerem Aleksandrem Fiłatowym. Odtąd miał związać los ze starszym o 6 lat Jewgienijem Izmodenowym, z którym niegdyś startowali, bywali na zgrupowaniach, mieszkając podczas wyjazdów w jednym pokoju, a który po zakończeniu kariery podjął się misji trenera. I jakoś tak szczęśliwie się stało, że nowy szkoleniowiec dodał też rumieńców osiągnięciom Roberta, co się uwidoczniło szczególnie ostatnimi czasy, gdyż w roku 2019 na Igrzyskach Europejskich w Mińsku zdobył złoty medal w rywalizacji na drążku, powtarzając tenże sukces w roku ubiegłym podczas mistrzostw Europy w Turcji, uzupełniony na domiar brązowym krążkiem w ćwiczeniach na poręczach.
Rok 2019 był dla niego ważny o tyle, że podczas zawodów o Puchar Świata w Stuttgarcie zdobył przepustkę olimpijską do Tokio, uprawniającą do udziału w gimnastycznym wieloboju. Mając ją w kieszeni, wszystkie treningi podporządkowali właśnie występowi na XXXII Olimpiadzie, a szczyt formy szykowali na przełom lipca i sierpnia 2020 roku. Niestety, koronawirusowa pandemia, jaka w zatrważającej skali rozlała się po globie ziemskim, dokonała przetasowań również w kalendarzach sportowych. Dotkliwych na tyle, że Japończycy, jako gospodarze Igrzysk, wspólnie z MKOl zmuszeni zostali do podjęcia decyzji o przeniesieniu olimpijskiej rywalizacji na rok bieżący, ustalając jej terminy na trzecią dekadę lipca i początek sierpnia. Była to decyzja, nie znająca precedensu w dziejach nowożytnego ruchu olimpijskiego, gdyż dotąd jedynie dwie wojny światowe wnosiły zamęt w znaczony czteroleciem cykl Igrzysk.
Nabrawszy się pokory, podobnie jak cały sportowy świat, musiał Tworogal ponownie ustawić na sportowym "celowniku" olimpijskie Tokio. A prozaiczne mierzenie sił na zamiary podpowiada im, by w sposób szczególny skoncentrować się na ćwiczeniach na drążku – koronnej konkurencji Roberta, upatrując w niej właśnie najwięcej szans na sukces. Dla zrealizowania marzenia o czołówce, wypadnie jednak pierwotnie poprzez ćwiczenia w wieloboju zapewnić sobie udział w finałach na poszczególnych przyrządach, a potem z maksymalną koncentracją wykonać to, co w żmudnych przygotowaniach doprowadzają do automatyzmu. Nie będzie to wprawdzie zadanie łatwe! Tradycyjnie mocno zapowiadają się Rosjanie, dwaj Holendrzy, Chińczycy, Chorwat, Węgier i – rzecz jasna – Japończycy, którzy bez wątpienia zechcą wykorzystać atut własnych ścian. Innymi słowy, czeka ciężka przeprawa, czego bez bujania w obłokach są świadomi.
Magia olimpijskiego krążka sprawia, że pod pieczą wymagającego Izmodenowa zdwaja obecnie Robert wysiłki na treningu, spędzając w sali gimnastycznej w poniedziałki, środy i piątki po ponad pięć godzin, we wtorki i czwartki – po trzy godziny i nierzadko tyleż nawet w sobotę, pozwalając jedynie na pełnię niedzielnego relaksu. To ponad pięciogodzinne szlifowanie kunsztu odbywa się dwuetapowo: przed i po obiedzie, a kilkugodzinne przerwy wykorzystywane są na odnowę biologiczną, wizyty u lekarzy, o ile trzeba zaradzić drobnym urazom, jakże nieodłącznym przy wykonywaniu karkołomnych nieraz elementów o niewiarygodnej skali trudności.
Podobnie jak w innych dyscyplinach, kalendarz imprez gimnastycznych został dotkliwie przetrzebiony przez koronawirus, co pociąga za sobą brak okazji do przekonania się, czym "dyszą rywale". Osobiście mocno żałuje Robert, że zostały odwołane zawody o Puchar Świata w Doha – stolicy Kataru, mające być poniekąd przeglądem sił przed olimpijskim Tokio. Wszystko wskazuje więc na to, iż najlepsi karty, na co ich stać, odkryją dopiero wówczas, gdy wypadnie dzielić w Japonii medalowe łupy, oznakowane pięcioma splecionymi kółkami.
Choć dzięki gimnastyce objechał Tworogal kawał świata, będąc m.in. w Brazylii, Singapurze, Kanadzie, Tajwanie, Chinach, Gruzji, Polsce, Francji, we Włoszech, na Malcie, w Rosji, Białorusi czy Ukrainie, Japonia stanowi dotąd białą plamę na mapie jego sportowych wypraw. Wyruszy więc tam, wiedziony ciekawością szczególną. Również dlatego, że darzy będących światową potęgą reprezentantów tego kraju, a w szczególności – Kohei Uchimurę (notabene 7-krotnego medalistę olimpijskiego i 10-krotnego mistrza świata) podziwem nie lada. Jak zauważa, ma z nimi przy wzroście 169 centymetrów pewne wizualne podobieństwo, choć zaraz zaznacza, że bardziej rośli zawodnicy wcale nie stoją na straconych pozycjach przy wykonywaniu zapierających dech w piersiach "łamańców". 
Powątpiewa jednak, czy aby uda się wykorzystać pobyt, by zapoznać się bliżej z egzotyczną Krainą Wschodzącego Słońca. Mnoży bowiem przykre doświadczenie z innych, nieraz bardzo odległych wojaży, z których niewiele zyskał w zaspokajaniu ciekawości świata. Nie  jechał przecież tam w celach wycieczkowych, tylko po to, by maksymalnie korzystnie wypaść w sportowej rywalizacji. Wszystko koncentrowało się więc z reguły do przemieszczania się między hotelem a salą gimnastyczną. Gdy natomiast po zawodach zostawało nieco czasu wolnego, bóle mięśni nierzadko brały górę nad przyjemnościami zwiedzania, skłaniając do pozostawania w pozycji leżącej. Jest więc zdania, że na owe przyjemności wypadnie zaczekać do zakończenia kariery.
Gdy to nastąpi, będzie też dobra okazja uporządkowania własnego jak na razie kawalerskiego życia, uporządkowania wiązanych na pęczki medali, poustawiania w gablotach innych trofeów, które póki co, z braku miejsca w dzielonym z siostrą Patrycją wileńskim mieszkaniu, zostały wywiezione "na mickuńską wioskę". W gablocie tej znajdzie się też koniecznie poczesne miejsce dla okazałej statuetki z wizerunkiem Świętego Krzysztofa – dorocznej nagrody samorządu miasta Wilna w postaci swego patrona, jaką honorowani są ci, kto w sposób szczególny przyczynia się do rozsławiania grodu nad Wilią. Owszem, będąca gromem z jasnego nieba wieść o tym wyróżnieniu sprzed kilku tygodni wraz z zaskoczeniem przyniosła mu też sporą porcję satysfakcji. A ponadto – cichą nadzieję, że… takoż stołeczne władze zechcą za jego laureata wstawiennictwem spojrzeć na gimnastykę cokolwiek łaskawszym okiem i przyczynią się do poprawy warunków treningowych.
Na sportowej "emeryturze" będzie też więcej czasu, by oddać się wspomnieniom we własnym rodzinnym gronie, przywołać oddane sportowi chwile. Których – jak szczerze wyznaje – raczej jednak nie życzyłby własnemu synowi, jeśli takowy się narodzi. Bo ćwiczenia rekreacyjne, mające kształtować tężyznę fizyczną mężczyzny i poprawiać stan zdrowia, mają naprawdę niewiele wspólnego z ich wyczynowym uprawianiem, o czym wie, co mówi, z perspektywy dotychczasowych 21 lat własnego życia, zbratanych z drążkiem, poręczami lub koniem z łękami.
Smuci go, że w olimpijskim Tokio, podobnie jak w Rio, na gimnastycznym pomoście pojawi się jako jedynak w dresie reprezentanta Litwy, co zresztą notorycznie się powtarza podczas międzynarodowych występów. Gimnastyka sportowa – jak mężczyzn tak kobiet – nie była bowiem w Krainie Nadniemeńskiej na topie ani w czasach sowieckich, ani jest teraz. Aż wstyd powiedzieć, że gdy odbywają się wewnątrzkrajowe mistrzostwa wśród dorosłych, ledwie starcza zawodników, by… obsadzić trzy stopnie podium. Bo też jakże inaczej, skoro wyspecjalizowane sale, gdzie się da siako-tako ćwiczyć, by uniknąć kontuzji, są jedynie w Wilnie (tu właśnie na co dzień trenuje Robert) oraz w Kownie i po części w Kłajpedzie.
Baza z prawdziwego zdarzenia, tak konieczna do szlifowania mistrzostwa zawodnikowi klasy takiej jak Tworogal, pozostaje dlań w sferze marzeń. By poczuć pełnię komfortu trenowania, wykorzystuje więc każdy zagraniczny wyjazd (ten chociażby za miedzę, na sąsiednią Białoruś), do Włoch, Francji czy Niemiec, których to klubom daje się odnajmować dla występu w zawodach, otrzymując za to wynagrodzenie, pomocne w prozie pozasportowego życia.
Minąłby się Robert z prawdą, jakby powiedział, że władze sportowe Litwy w postaci branżowego departamentu czy Litewskiego Narodowego Komitetu Olimpijskiego traktują ich zawodniczo-trenerski duet po macoszemu, na co słynący z przebojowości Izmodenow by zresztą nie pozwolił. Ustalili, że będą funkcjonować na zasadzie naczyń połączonych: oni zobowiązali się osiągać wyniki, nie przynoszące wstydu Pogoni, a ta w swą kolej podejmuje się zapewnienia wsparcia. Szkoda tylko, że owo wsparcie dalece się umywa względem kwot, jakie zyskuje ubóstwiana na Litwie koszykówka oraz inne postrzegane za priorytetowe dyscypliny, wśród których próżno jednak szukać gimnastyki sportowej. Owszem, Tworogal swymi sukcesami oraz przecieraniem olimpijskich szlaków zdecydowanie korzystnie odmienia jej wizerunek, aczkolwiek droga do pełni uznania jest naprawdę daleka i ciernista.
Tak czy owak, a wypada w tym kierunku zdążać choćby i małymi kroczkami, ciesząc się, że ostatnio sala przy stołecznej ulicy Kowieńskiej 43 poddawana jest akurat gruntownemu remontowi. Ma więc powód podwójny olimpijczyk do radości, że zarówno on u schyłku swej kariery, jak też sześciu młodszych chłopaków, jakich aktualnie ma w swej pieczy Izmodenow, będą mieli lepsze warunki do podnoszenia własnego mistrzostwa. Które oby zaowocowało wynikami ku litewskiej gimnastycznej chwale.
Gdy przy pożegnaniu obrazowo pokazałem Robertowi, na ile będę za niego mocno zaciskał kciuki z nastaniem pory olimpijskiej potyczki, uśmiechnął się, podziękował i obiecał, że jeśli wróci z Tokio z najcenniejszym dla każdego sportowca krążkiem, koniecznie się spotkamy i raz jeszcze oddamy pokłon gimnastyce, która wyniosła go na sportowe wyżyny. W zamian za długie lata wyrzeczeń, zaciskania nieraz zębów, by poskromić ból ramion, skręconych kostek bądź nadwerężonego barku, za pokonywanie lęku przed wdrażaniem coraz to nowych elementów, mających utrudnić popisy, premiowane przez to wyższymi notami wymagających sędziów.
Fot. archiwum

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 11/2021

POLITYKA

  • "Jesteśmy braćmi"
  • Na bieżąco

KULTURA

  • Rodzimemu folklorowi wierni

W HOŁDZIE ZMARŁYM

  • "Ojczyzna – to ziemia i groby"
  • Śladami pamięci wileńskiej "Piątki"
  • Zaduszki poetyckie z Bolesławem Leśmianem
  • Nazwiska nieznanych ofiar Zbrodni Ponarskiej

WIARĄ SILNI

  • Błogosławiony ksiądz Henryk Hlebowicz

NA FALI WSPOMNIEŃ

  • OKOP: Geneza powstania
  • Zasłynął złowieszczą sławą

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • Styczyńscy. Spod Wilna na Syberię

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie