"Złoto" poparte gestem

drukuj
Henryk Mażul, 11.12.2019

2019 – rokiem stulecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego

Pasjonaci sportu cokolwiek starszej daty w gronie rodaków wnet połączą nazwisko Władysława Kozakiewicza z kimś, kto w roku 1980 wygrał olimpijską rywalizację tyczkarzy w Moskwie z nowym na domiar rekordem świata na niebotycznej wysokości 5.78 metra. Młodszym wiekiem natomiast, wcale zresztą niekoniecznie ze sportem na "ty" będącym, doskonałą podpowiedzią w tym skojarzeniu posłuży przywołanie utożsamionego z jego nazwiskiem gestu, pokazanego odruchowo kibicom gospodarzy za ich chamskie zachowanie się na trybunach, mające poprzez huraganowe gwizdy i okrzyki przeszkodzić mu w zdobyciu upragnionego olimpijskiego "złota". To przecież miało przypaść faworyzowanym Rosjanom, w czym dopingiem mieli właśnie pomóc.
W Polsce, w roku akurat burzliwych przemian spowodowanych narodzinami "Solidarności", ten pokazany Ruskim gest nabrał z mety politycznego podtekstu, gdyż jawnie "policzkował" pozorowaną przyjaźń między komunistyczną władzą na Kremlu i w Warszawie. Nic zatem dziwnego, że jego sprawca został okrzyknięty poniekąd bohaterem narodowym, choć towarzysze po obu stronach granicy mieli powody do wyraźnego zakłopotania.
W biograficznych annałach przyjście na świat Władysława Kozakiewicza w dniu 8 grudnia 1953 roku przypisywane jest albo Małym Solecznikom, gdzie mieścił się dom rodzinny, albo Solecznikom, gdzie w Pałacu Wagnerów (dzisiejszej Szkole Sztuk Pięknych im. Stanisława Moniuszki) mieściła się wtedy porodówka. Bardziej pewne jest to drugie, gdyż on, najmłodszy z czworga rodzeństwa – wedle matczynej wspomnieniowej "sagi" – jako jedyny ujrzał świat właśnie nie w domowych a w szpitalnych ścianach.
Dla nas – Polaków na Litwie – z tym miejscem urodzenia Mistrza różnica wszak niewielka, gdyż odległe od siebie o przysłowiowy rzut beretem Małe Soleczniki i Soleczniki (niegdyś Wielkie), jednako wtopione są w Wileńszczyznę, co powoduje, że w osobie złotego medalisty z Moskwy mamy wielkiego Krajana. Który obok takoż "naszych": Władysława Komara, Elwiry Seroczyńskiej czy Władysława Szuszkiewicza dostąpił zaszczytu zdeptania olimpijskiego podium, startując w biało- czerwonych barwach.
O bosonogim dzieciństwie na Wileńszczyźnie niewiele dziś Mistrz pamięta. Gdy miał zaledwie 4 latka, ojciec Stanisław podjął bowiem decyzję o tzw. repatriacji na resztę życia do Polski. Była to ucieczka od sowieckiej rzeczywistości, powodowana nadzieją, że w ojczyźnie praprzodków być może uda się klepać biedę cokolwiek mniejszą niż na ojcowiźnie, choć przecież jechali w nieznane. Poniekąd jak stali, zostawiając wszystko, czego dotąd w Małych Solecznikach się dorobili, z nowo wybudowanym domem włącznie.
Los chciał, by po pewnych perypetiach trafili do Gdyni. I to właśnie w tutejszą rzeczywistość musieli wrastać, dostawszy za "gniazdko" bardziej klitkę niż mieszkanie o 36 metrach kwadratowych ogólnej powierzchni. Żeby jakoś radzić, ojciec zatrudnił się w charakterze ładowacza w porcie, a mama Franciszka połączyła codzienność z obowiązkami dozorczyni. Ledwie wiązanie końca z końcem powodowało, że coraz bardziej dorastający Władek wraz z bratem Edkiem i siostrą Karoliną (druga z sióstr – Tereska – zmarła na dyfteryt w wieku 6 lat jeszcze w Małych Solecznikach) nie mieli łatwego dzieciństwa. By pomóc mamie, już za młodu szurali miotłami, szuflowali śnieg albo zapamiętale odbijali lodową skorupę z chodników, sprzedawali lody, imali się innego zarobkowania. Godząc to oczywiście z nauką w szkole, gdzie z powodu wileńskiego zaśpiewu, wymawiania "ł" oraz nieco odmiennego słownictwa przylgnął do nich boleśnie brzmiący epitet "Rusek".
Szarzyznę dnia powszedniego potęgował ojciec – skończony pijaczyna, sadystycznie na domiar usposobiony względem żony i dzieci. Raz za razem sprowadzał do domu podobnych sobie nałogowych amatorów kieliszka, latoroślom-domownikom każąc ich witać jakże upokarzającym całowaniem w rękę. Potem, odurzony wódką, szukał byle powodu, by bić tym, co miał pod ręką, swoją ślubną i Bogu winne, żyjące w ciągłym strachu dzieciaki. 
Do dziś wzdryga się Władysław na wspomnienia tamtych koszmarów, utożsamianych z niezliczonymi sińcami na ciele po sprzączce od pasa albo nawet połamanym nosem. To wszystko sprawia, że przywiesza do ojca metkę kata, traktującego potomstwo nie inaczej jako zło konieczne. Którego nigdy nie utulił w rodzicielskim objęciu, nie posadził na kolanach i nie kupił na gwiazdkę najmniejszego podarunku. Wyłącznie matce zawdzięcza więc Władysław wszystko, co w nim szczytne i wzniosłe.
Nic więc dziwnego, że istnym promykiem słońca w owej szarzyźnie dnia powszedniego zaczęło być dla Kozakiewiczów-juniorów uprawianie sportu, w czym szlaki przecierał brat Edward, zapamiętale trenujący pod okiem Walentego Wejmana w gdyńskim "Bałtyku" skok o tyczce i dziesięciobój. Nie bez sukcesów zresztą, czego dowodem – dres reprezentanta Polski i medale w mistrzostwach kraju. To właśnie za namową Edwarda złapał w niewprawne jeszcze ręce metalową tyczkę trzynastoletni Władek, by pokonać wysokość… 90 centymetrów z lądowaniem na piasek. Ponieważ tyczka stanowiła dlań pierwotnie wyraźną "zawalidrogę", w najśmielszych marzeniach nie przypuszczał nawet, że kiedyś z jej pomocą przefrunie nad poprzeczką, zawieszoną na stojakach dobrych kilka metrów nad ziemią.
Zachęcany przez brata i trenera Wejmana do solidnych treningów, czynił wymowne postępy, a krzywą wyników znaczyły kolejno wysokości: 2.00 m, 2.20 m, 2.40 m, 2.50 m, 2.60 m. Im bardziej ulatywał wzwyż, tym większa rozpierała go energia i pewność siebie. Tej pewności dodawały zresztą coraz lepsze warunki fizyczne: w klasie siódmej był najwyższym z chłopaków, urósłszy za dwa lata ze 160 do 185 centymetrów, dzięki czemu stawał się coraz bardziej idealnym "materiałem" na tyczkarza.
Z bezdyskusyjnej woli ojca w roku 1967 poszedł do zasadniczej szkoły hotelarsko-gastronomicznej z nastawieniem, że będzie kucharzem pichcącym na statkach żeglugi wielkiej, a później dostał się do technikum gastronomicznego, którego ukończenie utożsamiało się z maturą, pozwalającą ubiegać się o indeks studenta uczelni wyższej. Coraz lepsze wyniki sportowe, wbrew zamiarom ojca, kreśliły przed nim realną wizję Akademii Wychowania Fizycznego. Dołożył więc nie lada starań, by mimo treningów i krocia wyjazdów na zawody uzyskać świadectwo dojrzałości, mające w znacznym stopniu zaważyć na jego dalszym związanym ze sportem życiu.
Jako że wciąż miał do czynienia z tyczką metalową, w pewnym momencie kariery zaczął jakby dreptać w miejscu, nie mogąc skoczyć wyżej niż 2.95 m. Gdy jednak w roku 1969 dostali w "Bałtyku" cztery tyczki z włókna szklanego zwanego fiberglasem, w ciągu dwóch tygodni nie tracący nadziei na postęp Władek poprawił się naprawdę skokowo, jako że osiągnął wynik równy 3.80 m! Co sprawiło, że w roku 1970 dostał powołanie do kadry Polski juniorów na mecz z Węgrami na stadionie warszawskiej "Skry". Wtedy też po raz pierwszy, nie bez przypływu radości i dumy, mógł wdziać dres z napisem "Polska" i orzełkiem na piersi. W rywalizacji tej uplasował się na miejscu drugim, choć poza kolejną granicą marzeń, gdyż o 10 centymetrów nad czteroma metrami.
Warząc się w polskich realiach, był świadkiem spacyfikowania przez milicję i wojsko protestów robotniczych na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku, przypieczętowanych godziną policyjną. Rok później natomiast otworzyły się mu oczy na świat zachodni, jako że zyskał możliwość wyjazdu do Republiki Federalnych Niemiec. Widok uginających się pod ciężarem towarów półek sklepowych, zadbane domy i ulice oraz wydane po zawodach przyjęcie, na którym po części się poczuł niczym żebrak wprowadzony na dwór królewski, zrobiły na nim kolosalne wrażenie i pozwoliły trzeźwo odtąd oceniać zakłamywaną przez komunistyczne władze ojczyźnianą rzeczywistość.
Olimpijski rok 1972 zaczął naprawdę od mocnego uderzenia, gdyż pierwotnie pobił w lutym halowy rekord Polski juniorów na wysokości 4.92 m, a w kwietniu wymazał z tabel najlepsze dotąd osiągnięcie rówieśników na otwartym stadionie, przeskakując kolejną magiczną rubież – 5.00 m. On – ledwie 19-latek – wdarł się przebojem do polskiej czołówki seniorów, którą wtedy tworzyli Tadeusz Ślusarski oraz Wojciech Buciarski. 
I to właśnie oni, jako bardziej doświadczeni, decyzją Polskiego Związku Lekkiej Atletyki dostąpili zaszczytu reprezentowania biało-czerwonych barw podczas Igrzysk Olimpijskich w Monachium. Przyjął to z wyrozumieniem, aczkolwiek nie do końca, bo niby nie był gorszy. Wiedział jednak, że skoro już zaszedł tak wysoko, nie może ani na jotę odpuścić w treningach. Bo też, począwszy od roku 1973, gdy skończył się okres juniorski, wypadło na równi rywalizować z dorosłymi.
Nie speszyło to go wcale. Wręcz odwrotnie, począwszy od roku poolimpijskiego zaczął wygrywać poniekąd na zawołanie. W pierwszych zawodach sezonu letniego – podczas Memoriału Kusocińskiego skoczył 5.20 m, tydzień później w meczu Polska – Francja w Paryżu – o 10 centymetrów wyżej, a 12 lipca na rodzimym stadionie "Bałtyku" Gdynia ustanowił nowy rekord Polski z wynikiem 5.35, który naonczas był zarazem czwarty na świecie. Rok 1973 przypieczętował złotym medalem w mistrzostwach Polski, co zdecydowanie ugruntowało jego pozycję wśród najlepszych w kraju w tej lekkoatletycznej konkurencji.
Mimo rozstania się w roku 1974 z trenerem Walentym Wejmanem pod wodzą Ryszarda Tomaszewskiego nasz Krajan bynajmniej nie ustał w marszu, zdobywając z wynikiem 5.35 srebrny kruszec w mistrzostwach Europy na otwartym stadionie w Rzymie, a na zakończenie sezonu skoczył rekord życiowy – 5.38.
Pokaz swej klasy dał Kozakiewicz 20 czerwca 1975 roku podczas Memoriału Kusocińskiego na warszawskiej "Skrze", pokonując jak w transie kolejno wysokości: 5.10 m, 5.30 m, 5.40 m, 5.52 m (nowy rekord Polski), 5.60 m (nowy rekord Europy, detronizujący Szweda Kjella Isakssona). Ba, będący w wybornej formie Polak próbował tego dnia pobić nawet należący do Amerykanina Dave’a Robertsa rekord świata, ale zaliczenie wysokości 5.67 m okazało się na razie ponad jego siły.
Perspektywa kolejnej olimpijskiej rywalizacji (tym razem w Montrealu) bez wątpienia dodała rumieńców zmaganiom roku 1976 na lekkoatletycznych stadionach świata. Po tym, gdy Władysław Kozakiewicz wraz z Tadeuszem Ślusarskim wyśrubowali rekord Europy, pokonując zgodnie wysokość 5.62 m, obaj stali się faworytami batalii spod znaku pięciu kółek. 
Niestety, w dniu 26 lipca, kiedy najlepsi tyczkarze świata rozgrywali wielki finał, pierwszego z Polaków prześladował wielki pech: w serii próbnej na mokrym rozbiegu po upadku nabawił się pęknięcia torebki stawowej w lewej nodze, co wyeliminowało go z walki o miejsca na podium, którego najwyższy stopień na osłodę własnego niepowodzenia zajął serdeczny przyjaciel z reprezentacji – Tadeusz Ślusarski, godząc rywali wynikiem 5.50 m. On natomiast z obandażowaną stopą, zaciskając z bólu zęby, skoczył 5.25 m, co dało w pierwszym olimpijskim starcie 11. lokatę, a czemu towarzyszyła smutna refleksja o tak nieobcym w sporcie pechu, zdolnym zniweczyć lata wysiłku.
Gips na nodze, z jakim powrócił z Montrealu, nie utrzymał się długo. Był "na chodzie" już po kilku tygodniach, ponaglany dobrze płatnymi startami w mityngach. Na tym w Viareggio 14 sierpnia, mimo niepełnej sprawności, zdołał pokonać wysokość 5.20 m. Przed kolejnym – 1 września w Kolonii – czekała go natomiast przykra scysja ze Stanisławem Paszczykiem – kierownikiem wyszkolenia Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Poszło o zakaz startu w kolcach "Tigera", z którą to firmą Kozakiewicz miał podpisany trzyletni kontrakt, opiewający na kwotę 10 tys. dolarów. Ponieważ upominany nie zgodził się jednak wzuć zamiast "Tigerów" sugerowane kolce "Adidasa", polscy decydenci na dworze "królowej sportu" podjęli decyzję o jego półrocznej dyskwalifikacji. Jak się później okazało, była to pierwsza z prób, mająca upokorzyć naszego Mistrza.
Ten tymczasem, wybiegając myślami ku Igrzyskom w Moskwie, wieńczącym cykl kolejnego olimpijskiego czterolecia, parł niczym taran do przodu, a odnoszone na skoczni sukcesy zaczął dzielić z żoną Anią, poślubioną 18 listopada 1977 roku i przyszłą niebawem na świat córeczką Kasią. Majaczący coraz bardziej na horyzoncie rok 1980 nakazywał zdwajanie wysiłku na treningach, by wreszcie nie uciekło to, co się odwlec miało w Montrealu.
Zdecydował rzucić rywali na kolana już na długo przed wyjaśnianiem, kto jest najlepszy w stolicy Związku Radzieckiego. W maju na mityngu w Mediolanie nie kto inny, ale właśnie Władysław Kozakiewicz po raz pierwszy w karierze ustanowił nowy rekord świata, pokonując wysokość 5.72 m. Rewelacyjni naonczas Francuzi nie dali za wygraną: początkowo 1 czerwca Thierry Vigneron zdetronizował Polaka z wynikiem 5.75, a 17 lipca Philippe Houvion dorzucił do tej wysokości kolejne dwa centymetry. Sprawa złotego medalu olimpijskiego na stadionie w Łużnikach stała więc otworem.
30 lipca 1980 roku, kiedy wybiła godzina finałowej rywalizacji skoku o tyczce, był z pewnością najważniejszym dniem w życiu Władysława Kozakiewicza. Od początku wiadomo było, że wszystko rozgrywać się będzie w trójkącie francusko-radziecko- polskim. Najwięcej szans dawano "muszkieterom" znad Sekwany, choć od pewnego czasu wysoką formę prezentowali również Rosjanie – Konstantin Wołkow i Siergiej Kulibaba, którym na domiar miały pomagać własne ściany i będący w zdecydowanej przewadze liczebnej kibice.
Kozakiewicz zaczął rywalizację od 5.35 m   i stwierdził, że jest w dużym gazie. Właśnie wtedy, jak ręką odjął odpłynęło ogromne zdenerwowanie i napięcie, towarzyszące mu podczas skoków próbnych i jeszcze wcześniej w nocy, kiedy długo nie mógł zmrużyć oka, przewracając się z boku na bok. Uspokoił się, rozluźnił i… przestał interesować się skokami rywali. To dziwne, ale było mu obojętne, co ci poczynają. Patrzył na finał biegu na 400 metrów, na finiszujących chodziarzy i tylko gdzieś tam na dnie świadomości pulsowała myśl-zaklęcie: żeby tylko nie powtórzył się pechowy Montreal! Teraz czuł się jednak wyśmienicie, jakby urosły skrzydła, mające nieść go wyżej i wyżej.
W drugim skoku bez trudu zaliczył 5.50 m i objął prowadzenie wspólnie z niedawnym rekordzistą świata Vigneronem. Ale Francuz już wyżej nie skoczył, co stanowiło ogromną sensację. Na tejże wysokości z konkursem pożegnał się też Kulibaba. Następną wysokość Kozakiewicz opuszcza, a 5.60 m "połyka" bez trudu i znów jest na czele, tym razem z innym Francuzem – Jeanem Michaelem Bellotem. 
I właśnie teraz konkurs wkracza w decydującą fazę. 5.65 m tylko rewelacyjny tego dnia Polak przechodzi w pierwszej próbie. Konstantin Wołkow, Philippe Houvion i rodak Tadeusz Ślusarski, potrzebują na to aż trzech prób; Bellot i trzeci z Polaków w konkursowych finałowych zmaganiach – Mariusz Klimczyk odpadają. Pozostało więc czterech kandydatów do trzech medali, z tym, że w najlepszej, nie tylko zresztą psychologicznej sytuacji znajdował się Kozakiewicz, nie notujący ani jednej zrzutki.
On właśnie jako pierwszy atakuje poprzeczkę na 5.70 m i znów przefruwa nad nią z małym zapasem. Dla rywali był to prawdziwy nokaut! Houvion i Ślusarski, któremu w końcowym rozrachunku wraz z Wołkowem przypadł ex aequo medal srebrny, strącają trzykrotnie. Wołkow natomiast po dwóch nieudanych skokach ryzykuje i przesuwa trzeci na 5.75 m. Wie, że jest to jedyna, bardzo już nikła szansa w walce o "złoto". Ta wysokość wyraźnie jednak przekracza jego możliwości. Tym bardziej, że "podcina" go kolejny wspaniały skok Kozakiewicza, który bije rekord Polski – 5.75 m, co jest równoznaczne ze zdobyciem upragnionego olimpijskiego krążka z najcenniejszego kruszcu. I wtedy w spontanicznym odruchu po raz pierwszy poniekąd w zemście dla kibiców za natrętne gwizdy pokazał wała.
Mało tego. Te gwizdy skłoniły go do poproszenia u sędziów ustawienia poprzeczki na wysokości – 5.78, o centymetr wyżej od rekordu świata. Chociaż pierwszy atak się nie udaje, próba druga jest skuteczna i po krótkiej przerwie rekord świata powraca do polskiego tyczkarza. Była więc okazja do wykonania kolejnego wała, będącego znakiem odreagowania i odpłacenia nieżyczliwej moskiewskiej publiczności, i Kozakiewicz tej szansy nie zaprzepaścił. Ten gest, znany w polskiej obyczajowości chyba od czasów króla Łokietka, po raz pierwszy został poczyniony tak ekspresyjnie na oczach stutysięcznego stadionu i ponad miliarda telewidzów, stąd nic dziwnego, że został wnet skojarzony z nazwiskiem sprawcy.
Czyż mógł wtedy przypuszczać, że ów spontaniczny odruch o mało go nie kosztował złotego medalu? Został bowiem potraktowany przez partyjną "wierchuszkę" jako obraza całego narodu radzieckiego, a ambasador ZSRR w Polsce Borys Aristow wystosował w tej sprawie notę protestacyjną do samego Edwarda Gierka – pierwszego sekretarza PZPR. Za Kozakiewiczem miał się wstawić sam przewodniczący MKOl Juan Antonio Samaranch, przywołując na usprawiedliwienie ferwor walki, co przesądziło o zachowaniu wyników bezpośredniej rywalizacji na skoczni.
Co innego w Polsce, gdzie był witany jako bohater narodowy. Bo też jakże inaczej, skoro "Polak pokazał Ruskim wała i to jeszcze w Moskwie". Niejeden w dowód wdzięczności gotów był go nosić na rękach, nie chcąc wcale słyszeć o wyłącznie spontanicznym odruchu na chamskie zachowanie się kibiców-gospodarzy. Gdy próbował się tłumaczyć, zdecydowana większość niedwuznacznie mrugała, że on ma tak mówić, choć "vox populi" wie lepiej, co i jak. Tenże "vox populi" przesądził o oddaniu mu w roku 1980 pierwszeństwa w organizowanym przez "Przegląd Sportowy" wielce prestiżowym plebiscycie na najlepszego sportowca kraju.
Po moskiewskich Igrzyskach zaczął narastać konflikt z działaczami Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Kozakiewicz powie po latach: "Byłem nastawiony nadal, już jako mistrz olimpijski, skakać i wygrywać i nie ukrywam, że chciałem zarobić na wysoko płatnych mityngach, na które niczym z rogu obfitości sypały się wręcz imienne zaproszenia. Mogłem startować nawet dwadzieścia razy w sezonie a nie trzy, jak chcieli działacze. Poza tym, dlaczego miałem płacić 40-procentowy haracz dla związku. Miałem już dość ustawicznych kłótni i sporów, blokowania wyjazdów i opłacalnych startów. Dlatego podjąłem w końcu tę trudną decyzję i w roku 1985 wraz z całą rodziną pozostaliśmy w Niemczech, gdzie wkrótce otrzymałem obywatelstwo, pozwalające realizować to, na co miałem zakaz w Polsce".
Wypada dodać, że decyzja ta została przyjęta w ojczyźnie dalece niejednoznacznie. Ci, którzy niedawno gotowi byli wynosić go pod niebiosa, teraz potępiali w czambuł, nie szczędząc nawet jakże zjadliwego epitetu zdrajcy. Szczególnie po tym, gdy przystał na wdzianie koszulki z Czarnym Orłem i reprezentowanie barw Niemiec, których zresztą został trzykrotnym mistrzem w latach 1986, 1987 i 1988 oraz dwukrotnie poprawiał krajowy rekord (5.67 m i 5.70 m). Co gorsza, ta klątwa zyskała wymiar państwowy: za rzekome zaległości skarbowe został wymeldowany z własnościowego mieszkania w Gdyni, a szkalowaniu przez przeróżnych oficjeli nie było wręcz końca. Jak można było przypuszczać, Polski Związek Lekkiej Atletyki z mety nałożył nań dyskwalifikację, krzyżującą częściowo plany w dalszych startach.
Znosił te kalumnie zaiste z otwartą przyłbicą, choć wiele sądów było jakże krzywdzących, puszczających w niepamięć zdobycie przezeń 7 tytułów mistrza Polski na otwartym stadionie i 4 w hali oraz ustanowienie 8 rekordów kraju (od 5.35 m w roku 1973 do 5.78 m w roku 1980). Wiedząc, że nad Wisłę raczej nie wróci, na nabytej działce ziemi w Bissendorf, uroczym miasteczku pod Hanowerem, pobudował bardziej pałacyk niż dom o powierzchni 420 metrów kwadratowych, dokąd z żoną Anną oraz córkami Kasią i Małgosią wprowadzili się przed Bożym Narodzeniem 1986 roku i gdzie do dziś mieszkają.
Gdy ciało, strudzone uprawianiem przez kilkanaście lat sportu wyczynowego, już nie było w stanie szybować wysoko nad poprzeczką, jego właściciel zdecydował w roku 1989 zakończyć karierę zawodniczą. Zajął się trenerką i pracą managera, promującą m.in. obiecujących zawodników z terenów byłego ZSRR. W roku 1993 wraz z żoną założyli w Bissendorfie własny ośrodek rehabilitacyjny z dwiema salami – do fitness i zajęć ruchowych, który do dzisiaj przynosi im zyski. Po nostryfikowaniu w Niemczech polskiego dyplomu z AWF, w roku 2001 podjął się Władysław pracy nauczyciela wuefu w gimnazjum w Elze, a zorganizowanie profesjonalnych i systematycznych zajęć spowodowało, że o jego wychowankach zrobiło się niebawem głośno w całym landzie Dolnej Saksonii. Praca z dziećmi wciągnęła go na tyle, że jako wuefman w sierpniu bieżącego roku doczekał się emerytury. 
Do Polski po zajadłej antykozakiewiczowskiej propagandzie odważył się wrócić po raz pierwszy dopiero w roku 1990. Nie krył wzruszenia, że był wciąż rozpoznawany na ulicach, że nikt go jakoś nie posądzał o zdradę. Namówiony przez kolegów w roku 1998 wystartował z listy Akcji Wyborczej "Solidarność" w wyborach samorządowych w Gdyni, zostając radnym. W kolejnych politycznych wcieleniach w roku 2011 kandydował do Sejmu z listy Polskiego Stronnictwa Ludowego, a w roku bieżącym początkowo ubiegał się o mandat europosła z listy Platformy Obywatelskiej, ostatnio zaś z ramienia Koalicji Obywatelskiej kandydował w wyborach parlamentarnych do Senatu. A choć każda z trzech prób była bezskuteczna, bynajmniej nie czyni z tego powodu dramatu.
Będąc obywatelem świata z powodu licznych startów pod różną szerokością geograficzną, nie zapomniał Władysław Kozakiewicz o podwileńskich Małych Solecznikach, którą to pamięć poprzez tradycje wigilijne, pieczenie najsmaczniejszych dlań na świecie blinów oraz snucie opowieści z wileńskim zaśpiewem jakże skutecznie podsycała mama Franciszka. 
Jak tylko w roku 1970 nadarzyła się okazja przybyć do Wilna z juniorami Wybrzeża dla rywalizacji z miejscowymi rówieśnikami na stadionie "Žalgiris", umknął wraz z kolegą i autobusem pojechali w jego rodzinne strony. Po raz drugi zawitał tam natomiast w roku 1977 w asyście dobrego przyjaciela Władysława Komara, gdy już jako reprezentant Polski bronił jej barw w lekkoatletycznym trójmeczu ze Związkiem Radzieckim i Niemiecką Republiką Demokratyczną na tymże stadionie "Žalgiris", który, by lepiej się prezentować, otrzymał nawet tartanowe pokrycie bieżni. Po raz trzeci na prośbę jego – radnego miasta Gdyni – znalazł się w Małych Solecznikach, jadąc z delegacją do pobratymczego Poniewieża. I nie kryje, że za każdym razem wielki gruzeł wzruszenia podchodził mu do gardła, a serce dostawało łomotu, gdy stawał w miejscu, gdzie hen kiedyś na bosaka hasał.
Nie ukrywam, że – jako Polacy na Litwie – od pewnego czasu pragnęliśmy ściągnąć w gościnę naszego wielkiego Krajana. Niestety, zabiegi, by stało się to przy okazji I zjazdu wilniuków w roku 2009 i z okazji 25-lecia klubu sportowego "Polonia" Wilno w roku 2015 nie przyniosły skutku. Tegoroczny jubileusz 100-lecia Polskiego Komitetu Olimpijskiego oraz zorganizowany przez KS "Polonia" Wilno konkurs dla uczczenia tej jakże nietuzinkowej rocznicy stanowiły doskonałą okazję do ponowienia zaproszenia w myśl zasady "do trzech razy sztuka".
Mogliśmy się karmić wielką radością, kiedy z dalekiego Hanoweru usłyszeliśmy: "Tak, przyjeżdżam!". Treść nadrzędną wizyty w dniach 7-10 listopada drogiego Przybysza stanowił udział w uroczystej ceremonii rozdania nagród laureatom rzeczonego Wielkiego Konkursu, poświęconego 100. rocznicy Polskiego Komitetu Olimpijskiego, co 9 listopada miało miejsce w Domu Kultury Polskiej w Wilnie.
Wytypowana z grona 34 uczestników dwudziestka zwycięzców indywidualnych otrzymała z rąk mistrza olimpijskiego okazałe albumy, wydane przez szacownego Jubilata dla uczczenia własnego stulecia oraz autobiograficzne książki niezwykłego Gościa, opatrzone jakże wymownym tytułem "Nie mówcie mi jak mam żyć" (o ile fundatorem tych pierwszych jest Polski Komitet Olimpijski, drugie zostały zakupione przez wileńską "Polonię"). Natomiast autorki jedynej odpowiedzi zbiorowej – kwartet szóstoklasistek polskiego gimnazjum w położonych tuż za stołecznymi rogatkami Zujunach – został uhonorowany równorzędnymi pamiątkami Polskiego Komitetu Olimpijskiego.
Organizatorzy uroczystości nie zaprzepaścili okazji, by odbyć dłuższą rozmowę z niezwykłym Gościem, którą poprzedziło wyświetlenie pozyskanego dzięki dobrej woli redakcji sportowej Telewizji Polskiej archiwalnego nagrania z przebiegu rywalizacji tyczkarzy na olimpijskich Łużnikach. Po czym można było z pierwszych ust usłyszeć odpowiedzi, jak po bez mała 40 latach mistrz Kozakiewicz postrzega to wydarzenie, jak rozwijała się jego kariera sportowa po tym, gdy jako czteroletni chłopaczek wraz z rodzicami repatriował na resztę życia z Wileńszczyzny do Polski, o przyszłość rekordu świata w skoku o tyczce i – oczywiście – o gest, który uczynił z niego bohatera narodowego. 
Gratką nie lada stało się pozyskanie przez laureatów konkursu autografu Mistrza i Wielkiego Krajana.
Swego Krajana w pełnym tego słowa znaczeniu dzień wcześniej iście po królewsku witał rejon solecznicki z merem Zdzisławem Palewiczem na czele. Jakże niecodzienny Gość został uroczyście podjęty przez lokalne władze w siedzibie samorządu, zwiedził Soleczniki, Taboryszki, Merecz z unikatową w przeszłości Republiką Pawłowską, Jaszuny i oczywiście szczególnie sercu drogie – Małe Soleczniki. Tu miał powody do wzruszeń szczególnych, gdyż mógł po raz kolejny stanąć w miejscu, gdzie znajdował się dom rodzinny, strzeżonym teraz jedynie przez wiekowe jabłonie. Do zanurzenia się we wspomnienia skłaniała też wizyta w domu stryjecznej siostry Wandy Borys, nie kryjącej radości z wizyty słynnego krewniaka.
Po obiedzie na Władysława Kozakiewicza czekała młodzież Solecznickiego Gimnazjum im. Jana Śniadeckiego. Uczniowski kontyngent uzupełniali zaproszeni na spotkanie sportowi działacze rejonu, a wśród nich – 86-letni Michał Sienkiewicz z Ejszyszek, który jako lekkoatletyczny arbiter klasy międzynarodowej sędziował akurat konkurs skoków o tyczce podczas Igrzysk Olimpijskich w sowieckiej stolicy. Nie trzeba mówić, że temu spotkaniu po latach towarzyszyła aura szczególna i moc wzruszeń. 
Na zakończenie "dnia solecznickiego" mistrz olimpijski i rekordzista świata z Moskwy został zaproszony do udziału w odbywającej się akurat w ośrodku rejonowym uroczystej akademii z okazji 101. rocznicy niepodległości Polski i 30-lecia Solecznickiego Oddziału Rejonowego Związku Polaków na Litwie oraz w okazyjnym koncercie na wyraźnie patriotycznej nucie, a jego obecność bez wątpienia dodała spotkaniu rodaków oprawy szczególnej.
Inicjatorzy zaproszenia z niemieckiego Hanoweru tak niezwykłego Gościa zatroszczyli się też o to, by zwiedził on Wilno. W podzięce usłyszeli przy pożegnaniu wiele serdeczności za "przychylanie nieba" podczas pobytu oraz zapewnienie o kolejnej wizycie. Być może już w niedalekiej przyszłości. Jeśli tak, to trzymamy za słowo, Panie Władysławie!
Fot. archiwum, Leszek Fidusiewicz,
Jerzy Karpowicz i  autor

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 6/2020

MĘSTWO POLSKIEGO ŻOŁNIERZA

  • Honory dla rotmistrza Pileckiego
  • Błękitna Armia – jego tworem
  • Uskrzydlona husaria

NASZA WIARA

  • W szkole JPII – lekcja ojcostwa

POLITYKA

  • Na bieżąco

OŚWIATA

  • Matura z "koroną"

MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ

  • Krótkie szczęście małżeństwa Sierakowskich

LITERATURA

  • "Światowiec z Borzęcina"

MUZEALNICTWO

  • Utracona szansa

FILM – TEATR

  • Superman socjalizmu

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • Styczyńscy. Spod Wilna na Syberię
  • Męczeństwo kresów 1918-1956

SPORT

  • Siał postrach wśród rywali

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O agresywności

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie