Dziedzictwu kresowemu wierni

drukuj
Henryk Mażul, 25.03.2017
Fot. Henryk Mażul

Kaziuki-Wilniuki – po raz kolejny na Warmii i Mazurach

Zapodzianymi na mapie Wileńszczyzny Olanami i okolicznymi miejscowościami, skąd pochodzę, w końcu lat 50. ubiegłego wieku na dobre zawładnęła ruchawka repatriacyjna. Wynikająca z ustaleń pomiędzy władzami na Kremlu z tymi w peerelowskiej Warszawie co do możliwości opuszczenia rodzinnych stron i udania się na resztę życia "w Polszu" każdego z rodu Piasta, kto tego zapragnie, a kogo szczęśliwie ominęły wywózki jako tzw. kułaków bądź "wragow naroda" w innej postaci bydlęcymi wagonami na "białe niedźwiedzie". 

Ponieważ od zakończenia wojny władze sowieckiej Litwy zdążyły na dobre zajść za skórę niejednemu z rodaków i stworzyły krocie okazji do poznania się na farbowanych lisach, liczba chętnych dobrowolnego wyjazdu poza granice za Bugiem przybrała astronomiczną skalę, powodując gwałtowne wyludnianie się całych połaci nad Wilią, Wilenką, Solczą, Mereczanką, Żejmianą. W obawie, że jeszcze trochę, a zabraknie rąk do pracy w kołchozach i sowchozach, władze z początkiem lat 60. wyraźnie przystopowały repatriacyjny exodus, a zaraz potem postawiły na nim w ogóle krzyżyk.
Decyzja o opuszczaniu stron rodzinnych, którym narzucono nową, jakże odmienną od tej przedwojennej, rzeczywistość, nie przychodziła łatwo. Do tych, kto mocował się z nią przez niejedną bezsenną noc, należeli też moi rodzice, namawiani przez sąsiadów i krewnych przystających na ten krok. O tym, że zdecydowali pozostać, przesądził zapewne nie tyle lęk przed wyprawą w nieznane, ile przywiązanie do ojcowizny, do rodzinnego gniazda.
Podążającym licznymi transportami do Polski rodakom z naszych stron, Warmia i Mazury – jako tzw. ziemie odzyskane – były w sposób szczególny czym bogate, tym rade. Korzystając z tej gościnności, osiedlały się tu nie tylko całe rodziny, ale też sąsiedzi z sąsiadami. By zachowując latami ukształtowane więzy przeniesione żywcem z Wileńszczyzny i krzepiąc się wzajem na duchu, mniej boleśnie wtopić się w nowe realia. Nakazujące konieczne znalezienie wspólnego języka z miejscowymi, którzy postrzegali przybyszy jak z niekłamaną ciekawością, tak też z pewną rezerwą, nie szczędząc zjadliwych uwag dla ich gwarowego gadania.
Wedle statystyk, uchodzący za stolicę Warmii sam Lidzbark Warmiński przyjął około 19 tysięcy tzw. repatriantów z Wileńszczyzny, co sprawiło, że odtąd z powodzeniem mógł zwać się Lidzbarkiem Wileńskim. Tu przecież na każdym kroku dał się słyszeć tak swojski naszemu uchu zaśpiew, który to zaśpiew publicznie jeszcze w końcu lat 40. jął ośmielać pochodzący z powiatu święciańskiego Stanisław Bielikowicz. Po tym, gdy wcieliwszy się w Wincuka Dyrwana gawędził przed seansami w lidzbarskim kinie. Później zresztą powielał swe gawędy na antenie Radia Olsztyn oraz zawarł w dwóch książkach: "Wincuk gada" i "Fanaberie ciotki Onufrowej". To spod jego pióra wyszły też poniższe strofki, jakże wymownie ukazujące nowe sąsiedztwo "samych swoich":
Na lidzbarskim rynku jedna lampa mruga
I dla autochtonów, i dla tych zza Buga.
Obok krzepiącego ducha i rozjaśniającego czoła Wincukowego bajania Wileńszczyzna nad Łyną żyła też w pieśniach, powodujących mimowolny przypływ łez do oczu, w świeckich i sakralnych tradycjach rodem z dziada pradziada, w sposobie ubierania się, w wystroju mieszkań, w korzystaniu ze sprzętu użytku domowego, jaki trafił tu razem z repatriantami, w zabranych ze sobą na dobre i złe rodzinnych pamiątkach, w czym najliczniejszy odsetek stanowiły zdjęcia. A wszystko po to, by cokolwiek ululać tęsknotę do utraconych na zawsze, choć powracających na jawie i we śnie ojczystych stron
Ta tęsknota zrodziła też spontanicznie niejedną inicjatywę na płaszczyźnie kulturalnej, czego przykładem – zainicjowane po raz pierwszy w roku 1985 w Miejskim Domu Kultury w Lidzbarku Warmińskim spotkanie wilniuków. Przypisano je 4 marca – kalendarzowemu Kaziukowi, jaki w kiermaszowej postaci głęboko zakorzenił się w świadomości starszych wiekiem przybyszy. Ktoś przyniósł potrawę kuchni wileńskiej, ktoś inny – ciasto własnego wypieku albo stare fotografie. Spotkanie uzupełniła ciesząca się dużym wzięciem wystawa wyrobów rękodzielniczych, pieśni i tańce oraz rzecz jasna wspomnienia, którym zda się nie było końca. Pożegnaniu towarzyszyło natomiast mocne przekonanie, by po roku, w imieniny patrona Litwy, spotkać się ponownie.
Ponieważ słów na wiatr nie rzucano w kolejnych latach, kaziukowy festyn w Lidzbarku Warmińskim nabierał rumieńców, obrastając w programowe "piórka" oraz gromadząc uczestników o wileńskich korzeniach spoza Warmii i Mazur. Co więcej, w roku 1990 opatrzone szóstym numerem porządkowym Kaziuki-Wilniuki przestały się warzyć w "swoim sosie". Po tym, kiedy ówczesna dyrektor Lidzbarskiego Domu Kultury Alicja Gdańska oraz szef Centrum Kultury w Pilniku Władysław Strutyński dotarli do nas z propozycją przybycia z grodu Giedymina na Kaziuki do stolicy Warmii złożonego z artystów i mistrzów rękodzieła "desantu", w czym pośredniczyć miał dziennik "Kurier Wileński".
I ten "desant" wyruszył. By odtąd z lekkiej ręki dziennikarek "Kuriera" Krystyny Adamowicz, Heleny Gładkowskiej-Vitenienė i Jadwigi Podmostko formować się każdego kolejnego roku, mając na celu prezentację dorobku poszczególnych zespołów i naszych mistrzów wicia palm, rzeźbienia w drewnie, lepienia z gliny czy malowania na płótnie.
W ten to sposób rodacy w Macierzy mieli okazję oklaskiwać rozśpiewane bądź roztańczone: "Wilię", "Wileńszczyznę", "Zgodę", "Kapelę Wileńską", "Sużaniankę", "Kapelę Świętojańską", "Świteziankę", "Wilniuków", "Solczan", "Ejszyszczan", "Kabaret Wujka Mańka", "Sto Uśmiechów", "Zorzę", rodzinę Saszenków, solistki Annę Poźlewicz i Lubę Nazarenko. Tych oklasków nie szczędzono również prowadzącym koncerty – ciotce Franukowej (Anna Adamowicz) oraz Wincukowi Bałbatunszczykowi z Pustaszyszek (Dominik Kuziniewicz). Własny kunszt prezentowali natomiast: palmiarki Jadwiga Kunicka, Leokadia Szałkowska, Danuta Wiszniewska, Agata Granicka, rzeźbiarz Michał Jankowski, artyści malarze: Stanisław Kaplewski, Czesław Połoński, Robert Bluj, Tadeusz Romanowski, Danuta Lipska, Walentyna Skarżyńska, Lech Abłażej. Słowem, za każdym razem serwowano wzruszającą dla serc ucztę duchową. Ciała krzepić miały natomiast przywożone i sprzedawane na straganach wędliny, chleb, obwarzanki, piernikowe serca i krocie innych specjałów kuchni wileńsko-litewskiej.
O zwyżkującej popularności Kaziuków- Wilniuków bardziej niż dobitnie dowodzi coraz szersza ich "geografia". Oprócz pierwotnego Lidzbarka Warmińskiego ich trasa powiodła z czasem przez Olsztyn, Ornetę, Kętrzyn, Bartoszyce i Szczytno. A mogłaby być zapewne jeszcze bardziej rozległa, gdyby nie zbyt zwarte ramy czasowe imprezy, zmuszające artystów do dwóch koncertów w jednym dniu.
Tegorocznej, nie znającej przerw koncertowo-kiermaszowej imprezie, jaką w dniach 3-5 marca gościły Warmia i Mazury, towarzyszył 33. z kolei numer porządkowy i 28., odkąd zaczęły ją posiłkować swym udziałem rodacy z Wileńszczyzny. Za ten okres w zaświaty odeszło wielu tych, kto uczestniczył w jej początkach, jak też zdążyło wydorośleć albo też przyjść na świat nowe pokolenie. Potomkowie tych, kogo fale repatriacyjne zmyły do Macierzy, dla kogo jednak Wilno i Wileńszczyzna głęboko zapadły w świadomości, czego potwierdzeniem po brzegi wypełnione widownie. Gromadzące coraz bardziej przywalanych brzemieniem wieku wychodźców z naszych stron, ich dzieci, wnuków i prawnuków oraz dostojnych gości. Bo, przyznać trzeba, Kaziukom-Wilniukom od ich powijaków towarzyszy szczere zainteresowanie miejscowych władz na szczeblu województwa, powiatów czy gmin, potęgowane świadczeniem pomocy przy ich organizacji, z tą finansową włącznie.
O tym, ile ta wymaga wysiłku, najpełniej uzmysławia wieloletnia dyrektor Lidzbarskiego Domu Kultury Jolanta Adamczyk. Bo to właśnie ona z roku na rok jest niezmiennym "kołem zamachowym" imprezy, przypisanej kalendarzowym imieninom patrona Litwy – św. Kazimierza. Podejmuje się tego trudu, wiedząc, jaką ucztę duchową sprawia tym wszystkim, którzy swego czasu przenieśli się z Wileńszczyzny na Warmię i Mazury. Nie kryje też, że zauroczenie zespołami przybywającymi na Kaziuki-Wilniuki posłużyło dla niej w znacznym stopniu inspiracją, by w roku 2008 powołać do życia zespół artystyczny "Perła Warmii", który teraz podczas tych dorocznych imprez prezentuje własny kunszt, dzieląc scenę z naszymi zespołami.
Szczęśliwy traf chciał, by w roku bieżącym tłumnie przybyły widz mógł kolejno w Kętrzynie, Olsztynie, Szczytnie, Lidzbarku Warmińskim i Bartoszycach nie szczędzić braw dwóm artystycznym "Perłom" – tej z Lidzbarka Warmińskiego, i tej naszej – z Niemenczyna, którą 12 lat temu pod postacią zespołu tańca ludowego założył i niezmiennie w imponującym stylu prowadzi German Komarowski. Bo też jakże inaczej, skoro z 36 lat swego życia aż 26 jest zbratany z tańcem: nim wpadł na pomysł "Perły" krzesał hołubce w prowadzonych przez Jana Gabriela Mincewicza zespołach "Jutrzenka" i "Wileńszczyzna", przypisanych takoż Niemenczynowi.
Obrazek Kaziukowy na powitanie, okraszony olbrzymich rozmiarów palmą, krakowiak, rosyjski taniec "Skamiejeczka" czy wykonany przez młodych niemenczynian w strojach ukraińskich układ z "Hej, sokoły" w tle spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem widzów. Ci zresztą nie szczędzili też braw popisom zespołu "Tumielanka" z Wisagini i "Kapeli Świętojańskiej" z Sużan, w której rej szczególny wiedli dziarsko rżnący na akordeonie kierownik Zygmunt Żdanowicz i wspomagający go na tarce (tej babcinej do ręcznego prania), mogącej – jak się okazuje z powodzeniem służyć za instrument muzyczny – Jan Szpakow. Wspierany na domiar przez dwoje skrzypiec, kontrabas i perkusję trzyosobowy chórek niewieści dał "czadu" takiego, że nie tylko nogi, ale też serce gotowe było w pląs ognisty się puścić.
W iście koncertowe "maratony", jako że wraz z występami "Perły Warmii" te trwały grubo ponad trzy godziny, nutę liryczno-refleksyjno-nostalgiczną wniosło trio "Biesiada Wileńska" w składzie: Jasia Mackiewicz, Ryszard Bryżys i Jarosław Królikowski. Mimo debiutu w tym zestawieniu zrobili oni furorę nie lada, a wykonane pod akompaniament akordeonu, harmonijki ustnej i gitary zaaranżowane przez Bryżysa piosenki o Wilnie skłoniły niejednego z obecnych na widowni do ocierania łez. 
Jasia, Ryszard i Jarosław wiedli też prym w wykonywaniu na zakończenie każdego z koncertów przez ogół artystycznej braci naszego hymnu "Wileńszczyzny drogi kraj" z tekstem i muzyką nieodżałowanego Jana Gabriela Mincewicza, a w ten sposób oddawano hołd zmarłemu niedawno założycielowi i niezmiennemu kierownikowi "Wileńszczyzny". Hołd jakże wymowny, gdyż powielany wielogłosem przez zgromadzonych na widowni, którzy niczym na zgodną komendę powstawali przy tym na równe nogi.
Wieloletnia dziennikarka "Kuriera Wileńskiego" Krystyna Adamowicz, formująca ostatnimi czasy artystyczne składy osobowe zdążającego od nas "desantu" na Warmię i Mazury, mogła mieć powody do satysfakcji. Dawała zresztą tego wyraz, zabierając głos podczas poprzedzających występy uroczystości (gala główna – zgodnie z tradycją – odbyła się w Lidzbarku Warmińskim i została zaszczycona obecnością m. in. przez posła na Sejm RP Jacka Protasa, który uprzednio, gdy sprawował urząd marszałka województwa warmińsko-mazurskiego, poniósł nieocenione zasługi w promowaniu i wspieraniu imprezy). Różnorodność programu mogła przecież zadowolić każdy gust: raz tchnąc sentymentem, raz znów przywołując na twarze uśmiech, czemu ton nadawali niezrównani prowadzący – Anna Adamowicz vel ciotka Franukowa oraz Dominik Kuziniewicz vel Wincuk Bałbatunszczyk z Pustaszyszek, sypiący niczym z rękawa przeróżnymi żartami.
Kto pofatygował się przyjść na koncerty, prócz posilenia ducha zyskiwał też okazję nabycia tego i owego dla uraczenia podniebienia, wystroju domowych wnętrz. Przed występami, podczas przerw albo po koncertach czym bogate, tym rade były bowiem ustawiane w foyer holach albo nawet na otwartym powietrzu stragany. Tu swe wyroby oferowali: palmiarki Leokadia Szałkowska, Danuta Wiszniewska i Agata Granicka, rzeźbiarz Michał Jankowski, wyczarowująca przeróżne cudeńka ceramiczne Margarita Czekolis, plastyk Danuta Lipska, oferujący miodowe specjały Marian Rynkiewicz, a piernikowe serca i inne smakołyki – rodzina Gryszkiewiczów. Ewentualni nabywcy znajdowali też czarny chleb litewski, obwarzanki, wędliny. Ponieważ chętnych otwierania portmonetek nie brakowało, towar schodził naprawdę płynnie.
Trudno nie odnotować, że na tegorocznych Kaziukach-Wilniukach obecna była w artystycznym wcieleniu mogąca służyć przykładem niezłomnego losu, pochodząca z Taboryszek, a powszechnie znana na Wileńszczyźnie malarka Anna Krepsztul. Która, nim żyła, przykuta do wózka inwalidzkiego z powodu osteoporozy, heroicznie przenosiła na płótno to, co podpowiadała jej wyobraźnia, albo to, co widziała przez okno domu.
Tę obecność spowodował pracujący na co dzień w samorządzie rejonu solecznickiego Henryk Danulewicz, którego staraniem ukazało się ostatnio opasłe albumowe dzieło, opowiadające o życiu i twórczości tego niezwykłego człowieka. Prócz stron rzeczonego albumu podziwiać twórczość Anny Krepsztul można też było w oryginale, gdyż pan Danulewicz przywiózł ze sobą 22 obrazy, eksponowane na co dzień w rodzinnym domu malarki w Taboryszkach. Podczas trwania Kaziuków-Wilniuków w Lidzbarku Warmińskim ozdobiły one ściany holu tutejszego Domu Kultury.
Opasłe tomiska wypadłoby spisać, by choć po części ukazać jakże nieraz kręte losy tzw. repatriantów z Wileńszczyzny, osiadłych na terenach, kędy Łyna zakolami płynie. Nim tu bowiem trafili, dane im było w bliższym bądź dalszym sąsiedztwie Wilna przeżyć nierzadko piekło na ziemi, kiedy to musieli ukrywać się, by ujść prześladowaniom NKWD i uniknąć wywózek. A choć to czasy coraz bardziej odległe, pamięć przy nich wciąż czuwa i czuwa. Podobnie jak przy realiach, kiedy znaleźli się już w Polsce, gdzie wcale nie sypano im pod nogi płatków różanych, stąd konieczny był hart ducha, by jakoś radzić w wykierowaniu się na porządnych ludzi.
Z tegorocznego wyjazdu przywiozłem w dziennikarskim notesie miniskróty dwóch losów – Teresy Okrasko, która przyszła na świat w Łuszczykach koło Świra, oraz Mirosława Rekścia z Ignaliny. Oboje urodzeni w jakże tragicznym dla Polski roku 1939. Ojciec pani Teresy – Apolinary Subko został zamordowany w łyntupskich lasach 21 czerwca 1941 roku, w pierwszym dniu napaści Niemiec na Związek Sowiecki. Natomiast rodzice pana Mirosława szczęśliwie ocaleli w wojnie, jednak w obawie, że władze sowieckie nie oszczędzą ich jako ludzi majętnych, podjęli w roku 1946 decyzję o wyjeździe do Polski, zostawiając na pastwę losu cały gromadzony latami dobytek. W tymże 1946 roku – jak wspomina pani Okrasko – owdowiała matka wraz z nią i starszą siostrą takoż w jednym z repatriacyjnych wagonów zjechała na resztę życia do Polski.
Warmia i Mazury, dokąd trafili, dotknięte były masowym przemieszczaniem się ludności. Sporo Niemców, którzy na dobre zdążyli zapuścić korzenie w te tereny, wraz z upadkiem Reichu zjeżdżało w popłochu poza zachodnie granice Polski. Nie brakło też jednak ociągających się z tą decyzją. Pamięta więc pan Mirosław, że w klasach początkowych nazwiska połowy uczniów były wyraźnie germańskie. Gdy natomiast uczył się w ogólniaku, znaczny odsetek kolegów i koleżanek z klasy miało rodowody ukraińskie, gdyż w ramach operacji "Wisła" przymusowo przesiedlono tu krocie rodzin z Bieszczad, co było porachunkiem z grasującymi tam bandami Ukraińskiej Powstańczej Armii i Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów.
Wzrastali więc moi rozmówcy w cieniu wieży Babel, wtapiając w mnogojęzyczny tygiel zaśpiew kresowej mowy, zdradzającej, iż są "zza Buga". Ta metka, doczepiana do nich przez niektórych z dozą ironii, zdwajała nierzadko ambicyjnie wysiłek w zdobywaniu wykształcenia, a później – w zawodowej wspinaczce. Równolegle z tym zakładali rodziny, cieszyli się z narodzin dzieci. Słowem, łapali życie w każdym jego przejawie, nasiąkając też wspomnieniami starszych o utraconych ojczyznach.
Mirosław Rekść tę utraconą ojczyznę odwiedził po raz pierwszy już w początkach lat 60. ubiegłego wieku. Szczególnie ciekaw spotkania z wychowującą go przez pierwszych 6 lat życia nianią Malwiną Rusiecką, która doznała nie lada upokorzenia, gdyż Litwini przekabacili jej nazwisko na Rustiagaitė. Powitania jej na dworcu w Ignalinie nie zapomni do końca życia. Dumny z siebie, że zaraz potem potrafił nieomylnie wskazać zakodowaną w pamięci dzieciaka drogę do rodzinnego domu, gdzie rządzili się nowi gospodarze.
Kolejne przyjazdy, ponieważ ta jakże uroczo położona Ignalina działa nań niczym magnes, następowały dość regularnie i były też połączone ze zwiedzaniem pobliskich miejscowości. Ostatni, ten sprzed czterech lat, jako wielki amator jazdy na motocyklach, odbył na suzuki intruder 1400. Zachwyt znajomych był podwójny. Jak z imponującego wyglądu jednośladu, tak też z niego, mimo zaawansowanego wieku doskonale radzącego w kierowaniu ważącym ponad 300 kilo olbrzymem.
Teresa Okrasko takoż nie zapomina, skąd ród wiedzie. Ponieważ rodzinne Łuszczyki są dziś na terenie Białorusi i by tam trafić, konieczna jest fatyga z otrzymaniem wizy, odwiedza je nieczęsto. Poczuła więc wielką ulgę po tym, gdy na grobie zabitego przez Sowietów ojca stanął pomnik z epitafium, oddającym w treści dramatyczną prawdę tamtych dni i wskazującym na sprawców. "Wilno za to odwiedzam praktycznie co roku" – zauważa nie bez sentymentu w głosie. Traktując te pobyty po części jako patriotyczny obowiązek. Podobnie jak niezmienną obecność na oczekiwanych przez rok cały Kaziukach- Wilniukach, gdy te ponownie gości Lidzbark Warmiński.
Ponieważ tegoroczny wyjazd wileńskiego "desantu" na Warmię i Mazury pokrył się terminem z barwnym jarmarkiem w grodzie Giedymina, nie byłem nań obecny. Bynajmniej jednak z tego powodu nie żałuję. Artystyczno-kiermaszowa wyprawa ku Rodakom w Macierzy pobrzmiewała przecież pewną misją, zwącą się wiernością kresowemu dziedzictwu.

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 6/2017

6/2017

WIARĄ SILNI

  • Setna rocznica śmierci arcybiskupa Kluczyńskiego
  • Był kapelanem u "Łupaszki"

W TROSCE O SPUŚCIZNĘ PRZODKÓW

  • XXII Festiwal "Pieśń znad Solczy"
  • Ziemia Trocka z folklorem zbratana
  • Z potrzeby pamięci

HISTORIA NIEJEDNO MA IMIĘ

  • Muzeum II Wojny Światowej
  • Jedno małżeństwo, dwa powstania

TRADYCJA WCIĄŻ ŻYWA

  • Palm wileńskich czar

POLSKA – BIAŁORUŚ: KULTURA ŁĄCZY

  • Jak sąsiad z sąsiadem

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • W łagrach na "saratowskim szlaku"

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O zawiści

PAMIĘCI ZBIGNIEWA WODECKIEGO

  • Nad wszystko uśmiech

KRÓTKIE DZIEJE METEOROLOGII

  • Trafić w pogodową "dziesiątkę"

Nasza księgarnia

Stanisław Moniuszko w Wilnie
Pejzaż Wilna. Wędrówki fotografa w słowie i w obrazie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie