Tomasz Życki – profesor Adama Mickiewicza

drukuj
Alicja Dzisiewicz, kustosz Muzeum Adama Mickiewicza przy Bibliotece Uniwersytetu Wileńskiego, 15.05.2020
Portret Tomasza Życkiego profesora Uniwersytetu Wileńskiego, Polikarp Jotejko

Okazało się, przynajmniej w moim przypadku, że kwarantanna ma to do siebie, iż daje czas na załatwienie zaległych spraw, do których na co dzień "ręce nie mają czasu dojść". Każdy z nas ma coś, co zrobi, gdy "będzie miał wolną chwilkę". Na moją wolną chwilkę już od dosyć dawna "czyhał" jeden z mało znanych profesorów uniwersyteckich Adama Mickiewicza, pochowany na naszej wileńskiej Rossie – Tomasz Życki.

Urodzony 13 grudnia 1763 roku w podwileńskich Kupryszkach przyszły profesor algebry studiował w Seminarium Nauczycielskim przy Uniwersytecie Wileńskim. W 1784 roku obronił pracę magisterską Theses mathematicae Issace Newtoni (Tezy matematyczne Izaaka Newtona), zaczynając swą karierę jako nauczyciel logiki i matematyki gimnazjum w Wilnie. W 1803 roku awansował, gdyż został dyrektorem tej placówki. 

W 1807 roku ówczesny rektor wileńskiej Alma Mater Jan Śniadecki postanowił podnieść poziom nauczania matematyki na uczelni wileńskiej i w tym celu założył Katedrę Matematyki Elementarnej. Tomasza Życkiego przyjęto na stanowisko profesora nadzwyczajnego Imperatorskiego Uniwersytetu Wileńskiego, a od 1809 roku zajmował stanowisko profesora zwyczajnego algebry. 
Osiągnięcia tego szybko wspinającego się po szczeblach kariery akademickiej matematyka dostrzegły zagraniczne instytucje. W 1813 roku zostaje on członkiem kolejno dwóch paryskich towarzystw naukowych: Akademii Nauk oraz Towarzystwa Galwaniczno-Fizycznego.
W 1815 roku do Wilna, z nadzieją na dostanie się na studia, przybył młodziutki (niespełna 16-letni) Adam Mickiewicz. Za radą swego opiekuna i imiennika – księdza dziekana Józefa Mickiewicza, u którego dostaje kącik do zamieszkania, postanawia stanąć do egzaminu wstępnego dla kandydatów do seminarium nauczycielskiego. Zgodnie z ustaleniami, po skończeniu tego seminarium wypadało odpracować dwa lata we wskazanej placówce, ale za to w czasie studiów można było liczyć na swego rodzaju stypendium, co było bardzo poważną zachętą dla Mickiewicza, który zapewnionych pieniędzy na studia nie miał (ojciec Adama zmarł w 1812 roku i owdowiała matka sama wychowywała czterech synów). 
Józef Bieliński, historyk Uniwersytetu tak opisuje seminarium i porządki tam panujące: Młodzi ludzie, którzy dali zaręczenie, że po skończeniu nauk będą do rozporządzenia władzy naukowej (…) i za rok pobieranej pensji w seminarium dwa lata odsługiwać obowiązkowo na stanowisku nauczyciela, przyjmowani byli na koszt urzędu do (…) seminarium. (…) Ponieważ uniwersytet nie miał jeszcze domu na pomieszczenie seminarium, przeto przeznaczył na stół, stancję, odzienie i inne potrzeby dla każdego kandydata rubli 150 na rok (…).
Kandydatów na studia musiała odebrać specjalna komisja w drodze konkursu. W 1815 roku w jej skład weszli: profesorowie: Szymon Malewski, Gotfryd Ernest Groddeck oraz bohater tego artykułu – Tomasz Życki wraz z zastępcami: Kajetanem Krassowskim i Leonem Borowskim, a pod przewodnictwem ks. Józefa Mickiewicza. Tu właśnie profesor Tomasz Życki i przyszły student – Adam Mickiewicz po raz pierwszy się spotkali. 
Rzeczona komisja odebrała pięciu młodych ludzi, godnych pomieszczenia w seminarium nauczycielskim. W ich gronie znalazł się szczęśliwy Adam Mickiewicz! Podczas pierwszego roku studiów często widywał on profesora Życkiego, u którego miał wykłady z algebry.
W 1817 roku profesor odejdzie na emeryturę (po wysłużeniu 25 lat w szkolnictwie, profesorowie Uniwersytetu mieli prawo na dożywotnią sutą emeryturę), ale pozostanie czynny zawodowo: w ciągu kilku lat będzie wizytatorem szkół w guberniach Wilna i Mińska. W 1820 roku wspiął się na kolejny szczebel kariery: został powołany na dziekana wydziału fizyko-matematycznego. 
W czasie trwania procesu filomatów i filaretów, po uwięzieniu ówczesnego rektora Uniwersytetu Józefa Twardowskiego, Tomasz Życki tymczasowo objął  i od 17/29 maja do 7/19 lipca 1823 roku pełnił obowiązki rektora Imperatorskiego Uniwersytetu Wileńskiego, nim po zwolnieniu z aresztu na stanowisko nie wrócił rektor Twardowski. 
Zmęczony trudnymi wrażeniami Tomasz Życki zejdzie ze sceny i kolejny raz spotkamy go już tu, dokąd udałam się – w czasie oddawania długów dawno zaległym sprawom – na cmentarzu na Rossie. Zmarł w Wilnie 18 listopada 1839 roku, pochowany został na wileńskiej nekropolii. Grób do dzisiaj się zachował. Napis na kamieniu głosi: "Tu w Katakombie/Ziemi murowaney/Spoczywają zwłoki/Ś. P./TOMASZA/ŻYCKIEGO…"
Długo szukałam okruchów informacji o tym, jakim człowiekiem był ten skromny acz pracowity człowiek – profesor matematyki, nauczyciel Mickiewicza. Dobry poeta musi być przecież dobrym matematykiem – po to, by prawidłowo zbudować konstrukcję matematyczną, którą przecież jest wiersz – dopasować liczbę sylab, wersów, zwrotek. 
Współcześni twórcy programów komputerowych, badający poprawność budowy wierszy różnych poetów, zaznaczają, że budowa wierszy naszego Wieszcza od strony matematycznej jest właściwie bez zarzutu!
A więc Tomasz Życki-człowiek: nigdy się nie ożenił – podobnie zresztą jak wielu innych profesorów wileńskiej uczelni (sporo ich należało niegdyś do stanu duchowego – byli jezuitami, zanim zakon w 1773 został skasowany). Życki zdradzał chyba podobieństwo do osoby należącej do stanu duchownego, bo w niektórych zachowanych wspomnieniach nazywano go "księdzem".
Miał profesor delikatny żołądek. Wiemy o tym dzięki zachowanemu arcyciekawemu dokumentowi z epoki. Pięknie litografowana na czerpanym papierze kartka z odręcznie wpisanymi imieniem i nazwiskiem profesora wraz ze złożonym podpisem świadczy o tym, że nie jednego Życkiego trapiły kłopoty z systemem trawiennym, przez co potrzebował specjalnego pozwolenia na spożywanie produktów zabronionych w czasie postu: Polegając na rzetelności sumiennego oświadczenia waszego: że potrawy postne szkodzą zdrowiu waszemu; daiemy pozwolenie: ażebyście mogł z osobami do iednego stołu siadaiącemi i domownikami, używać potraw z masłem, we wszystkie wigilie i dni kwartalne, czyli suchedni; w niedziele zaś, poniedziałki, wtorki i czwartki ieżeliby w te nieprzypadały wigilie, używać potraw mięsnych, niewyłączaiąc nawet wielkiego postu (prócz pierwszego i ostatniego tygodnia). Obowiązuiemy iednak sumienie wasze: w poście wielkim, oraz inne dni, w które kościoł ściśle pościć nakazuie, raz tylko iadać dosytości; maiąc zaś to pozwolenie ieść z mięsem rybnych potraw razem z mięsem nie używać; a post opuszczony modlitwą, iałmużną, lub innym dobrym uczynkiem wynagradzać; iakowe pozwolenie na rok służyć maiące, z podpisem ręki i pieczęcią urzędu naszego, z twierdzamy. Datt: 1822 roku msca Februar 18 Podpis: Tadeusz Kundzicz (VUB RS F 13-8).
Pan Tomasz oprócz słabego żołądka, nietolerującego postnej diety, dysponował pewnym kapitałem i na serio wziął do serca przykazanie jałmużny, jak proponował powyżej cytowany dokument. Potrafił hojnie sypnąć pieniążkami na cele dobroczynne, np. na rzecz działającego w Wilnie Towarzystwa Dobroczynnego, czego potwierdzenie znajdujemy w księdze: Dzieje dobroczynności krajowey i zagraniczey z wiadomościami ku wydoskonaleniu iey służącemi, ROK PIERWSZY, Wilno 1820. 
Przytoczone tu sprawozdanie Towarzystwa mówi o: darze W. Tomasza Życkiego, radcy kolegialnego wysłużonego prof. w cesarskim uniwersytecie wileńskim, który na ubogich pod opieką Towarzystwa zostających, ofiarował schedę wydzieloną mu z exdywizyi JW. Melchiora Wołodkowicza na sumę rubli srebr. 13,610 kop. 40, przyznaną W. Życkiemu dekretem exdywizorskim 1817 r. februaryi 6 dnia w Dauborowie w gubernii mińskiey w powiecie wileyskim ogłoszonym (…) scheda (…) ziemi morgów 108 (…). Znayduje się w niey dwa młyny zbożowe z pytlem i waluszem, karczma, browar, jeden dym włościański we wsi Cyganowic, dwóch katuników przy młynach mieszkających, kowal i garbarz… Wilno roku 1820 lipca 28 dnia. 
Nie był to wcale jedyny datek Tomasza Życkiego na cele dobroczynne, bo całe życie pracował i pieniążkami, z braku rodziny, dysponował, których, o czym dobrze wiedział, do grobu ze sobą przecież nie zabierze. Skąd owe pieniążki? Wypłacana w rublach srebrnych gaża profesorska była solidna. Mało tego. Doktor Józef Frank profesor UW, przybyły wraz z ojcem, też lekarzem, na uczelnię wileńską z Wiednia w swych Pamiętnikach odnotował m.in., że wysoka płaca: nie jest niczym nęcącym dla zagranicznych uczonych (…) wobec konieczności zamieszkania w stronach o surowym klimacie; mogą ich jednak przyciągnąć bezpłatne mieszkania, niezależność, pozycja, łatwość zarobku i perspektywa dożywotniej pensji. 
Wiemy, że profesorom Uniwersytetu przyznawano bezpłatne mieszkania (i opał): większość ich mieściła się w Kolegium św. Jana – domu rektorskim (Zamkowa/Pilies 11). Mieszkania nie były duże, ale za to wszyscy znajdowali się "pod ręką": rektor, sekretarze, astronom obserwator, bibliotekarz, 11 profesorów, 9 adiunktów, 7 profesorów gimnazjalnych, 7 emerytowanych księży. Mieszkania profesorskie lokowały się ponadto w byłym Collegium Medicum (Zamkowa/Pilies 22) – położonym nieco dalej, gdzie dach nad głową miało 7 profesorów i 3 adiunktów. 
Uniwersytet nabył też kilka pomieszczeń w mieście. W domu, kupionym od Antoniego Prozora za 10 000 dukatów holenderskich, znaleźli lokum ojciec i syn Frankowie, Capelli, Abicht. Za 17 500 dukatów swój dom, przeznaczony natychmiast na mieszkania dla wykładowców, sprzedał Mikuliz.
O tym, jaki porządek panował w domach profesorskich i na terenie Uniwersytetu, pewne pojęcie daje rozporządzenie rektora uczelni Szymona Malewskiego z 28 lipca 1820 roku, kategorycznie zabraniające… puszczania wolno świń, ale także kóz i krów!!! 
Rozporządzenia to zalecało też profesorom i lokatorom ich służbowych mieszkań wyrzucanie śmieci w miejscu specjalnie do tego przeznaczonym (ach jakże współcześnie brzmi to zalecenie…), nie zaś w korytarzach mieszkań, wreszcie radziło, by pomyj nie wylewać przez okna!!! Cóż, XIX-wieczne Wilno mamy jak na dłoni. Nie zapominajmy, że tak zresztą wyglądają wtedy wszystkie miasta europejskie i amerykańskie.
Profesorom w swoich mieszkaniach służbowych zakazano przyjmowania na kwaterunek osób trzecich bez zezwolenia administracji, ale mogli odnajmować pokoje uczniom gimnazjów albo studentom. Sporo zresztą młodzieży z tego pozwolenia korzystało – znajdowali w taki sposób lokum i opiekuna w osobie profesora, a profesorowie z kolei rozwiązywali kłopot z wyszukaniem solidnego służącego, bo – jak zauważa Frank – choć służby było w Wilnie dużo i utrzymanie ich kosztowało niedużo, ale też służyli niedbale, a to z powodu nałogu pijaństwa, hultajstwa, nieochędóstwa. 
Przyjmowanie studentów mogło być zatem dla profesorów źródłem m.in. materialnych korzyści nie do pogardzenia – w zamian za kącik do zamieszkania załatwiali oni korespondencję, udzielali korepetycji profesorskim dzieciom, porządkowali i przepisywali notatki, wyręczali w innych drobnych sprawach.
Tomasz Życki nie jest wolny od próżności: uwieczniony na portrecie przez Polikarpa Jotejkę prezentuje się w pełnej gali – w mundurze. Ubiór profesorów w XIX wieku wygląda tak: z okazji świąt i zgromadzeń wewnętrznych nosili togi, chociaż można było zobaczyć wykładowców, wkładających na takie okazje wygodne ubrania świeckie. 
Ponieważ wśród profesorów spory odsetek stanowiły osoby, należące do stanu duchownego – nosiły one sutanny, aczkolwiek przymus wdziewania takowych nie obowiązywał. Wykładowcom, jako pracownikom państwowym, przysługiwało noszenie munduru urzędnika rosyjskiego – jesteśmy przecież od 1795 roku pod zaborem Cesarstwa Rosyjskiego. Na wielu ówczesnych portretach profesorowie uniwersytetu są więc wystrojeni w mundury rosyjskiej hierarchii urzędniczej. 
W uzyskanie uniformu czynownika wyższej rangi wkładało się wtedy sporo energii, o czym decydowała sprawa prestiżu. Przyznanie rangi zależało od tego, jakie stanowisko piastował osobnik: rektor był urzędnikiem piątej klasy i miał tytuł radcy stanu – sztatskij sowietnik; profesorowie Uniwersytetu należeli do siódmej klasy urzędniczej, przysługiwał im tytuł radcy dworu – nadwornyj sowietnik; nauczyciele języka byli mniej szanowani – należeli do dziesiątej klasy urzędniczej, mieli tytuł sekretarza kolegialnego – kolleżskij siekrietar; profesorowie sztuk pięknych plasowali się najniżej – należeli do dwunastej klasy, mieli tytuł sekretarza gubernialnego – gubiernskij siekrietar.
Na szczeblach drabiny rosyjskiej hierarchii trwał nieustający wyścig. W lutym 1820 roku Gotfryd Ernest Groddeck, August Becu, Tomasz Życki i kilku innych profesorów uzyskują awans do 6 klasy – mogą więc siebie uważać za członków "dworianstwa" rosyjskiego – są z tego dumni. 
W ówczesnych wspomnieniach sporo jest zachwytów z powodu otrzymania dowodu łaski i wyróżnienia ze strony cara: wręczenie orderu, tabakierki, orderu za konkretne zasługi albo dzięki zwykłej protekcji, co zawsze stanowiło wydarzenie i powód do pochwalenia się przed kolegami, zamówienia kolejnego portretu. Targ próżności dawał więc znać o sobie…
Dążenie do zdobycia kolejnej łaski ze strony oficjalnej władzy, inne przywary ludzkie powodowały, że szanowne ciało profesorskie staje się często obiektem bardziej lub mniej złośliwych drwin rozhukanej młodzieży. Okruszki opisów tego, jak to owa młodzież próbuje "pociągać tygrysa za ogon", mamy w niezwykle cennych z tego punktu widzenia wspomnieniach, spisanych przez studentów Uniwersytetu z czasów Mickiewicza.
Tomasz Życki i inni profesorowie byli zwykłymi ludźmi, na których wyrozumiałość wypadało liczyć. Młodzież musiała jedynie uważać, by nie dać się przyłapać na psocie. Otto Śliźień we wspomnieniach Z pamiętnika (1821-1824) w: Z filareckiego świata. Zbiór wspomnień z lat 1816-1824, wydał Mościcki) opisuje jeden z jaskrawszych wileńskich figli: 
…Znaleźli się tacy, którzy wspomniawszy, że kiedyś w Wilnie jakiś uliczny tuzinkowy poeta i malarz dostarczył w szejnekatarynce szkiełek z wizerunkami do pokazywania na ścianie figur znajomych i po większej części profesorskich, umyślił stary ten koncept podźwignąć, z tą różnicą, że dawniejszy był poniekąd w duchu panegirycznym, a teraźniejszy w celu złośliwego wyśmiania. Pomalowywali więc na szkiełkach dużo figur znajomych, przeważnie uniwersyteckich, z najdokładniejszem podobieństwem na twarzach i postaciach, pododawali im żartobliwe szejnekatrynkowe wiersze i puścili na łaskę Niemca, chodzącego z szejnekatarynką. (…) Byłem na herbacie u państwa Kuł…, gdzie było kilka osób (…). Wszyscy byli ją oglądać; posłano i przyprowadzono. Na wstępie Niemiec zadysponował, żeby na kolorowem obiciu ściany zawiesili białe prześcieradło, by cienie wyraźniej się rysowały. 
Najprzód przedstawił się otyły, stary Malewski w swej granatowej bajówce, przebierający palcami w długiej nicianej pełnej kiesce (…). Wszystko tak naturalnie i zgodnie z oryginałem, że rektor na ścianie zdawał się trząść po swojemu. Podpis natomiast głosił:
Oto rektor Malewski, co dobywa z kieski
I złotówki daje na ratówki.
Inaczej nikomu nie daje,
Tylko każdego łaje.
Potem dwaj bracia Śniadeccy, podobni do siebie białowłose starce, siedzą przed stolikiem założonym książkami. Pan Jan w otwartej książce pokazuje palcem panu Andrzejowi, a z ust jego wychodzą wyrazy:
– Patrz waść, jak on tu dobrze twierdzi.
A z ust Andrzeja czyta się odpowiedź:
– Cóż stąd, kiedy Niemcem śmierdzi.
Pod spodem napis:
Oto dwaj bracia Śniadeccy, nieprzyjaciele niemieccy.
Dalej następował brzuchaty, wysoki doktor Frank ze swoją okrągłą, rumianą twarzą, w haftowanym profesorskim mundurze; trzyma za puls trupa, leżącego na tapczanie. Podpis:
Oto znamienity doktor Frank,
Co bardzo często robi krank.
W kalejdoskopie portretów profesorskich nie zabrakło obiektu naszych dzisiejszych badań – Życkiego.
Z pamiętnika Ottona Śliźnia możemy wnioskować, jak profesor wyglądał realnie: Dziekanem mojego fakultetu był ksiądz Życki, chudy, ruchawy, ugrzeczniony, posuwisy staruszek; odziewał się tak samo jak ksiądz Jundziłł, z tą różnicą, że kolor fraka był nie piaskowy, lecz szafirowy, z dużemi, stalowemi guzikami, tak samo z przodu ostro wycięty. W innym miejscu Michał Czarnocki (Czarnocki M., Pamiętniki, t I) tak pisze o profesorze Tomaszu: księży odwiedza ubrany w długi czarny surdut, żydowski kapelusz, z laską i w płaskich pantoflach, idąc do dam przywdziewa frak ze sztywnym kołnierzem à la Jundziłł, i tylko wśród znajomych pokazuje się w zwyczajnym płaszczu. 
Na szkiełku szejnekatrynki nasz profesor jest dobrotliwy i słodziutki:
Dziekan Życki w starofrancuskim fraku, w krótkich spodeńkach, uśmiechnięty staruszek, z wysuniętą naprzód nogą, jakby chciał posuwiście publiczności grzecznie się skłonić. Podpis:
Oto słodziutki Życki.
Byłby jakiś inszy, żeby nie był akademicki.
[Inna wersja:
Oto jest Życki
Profesor akademicki]
Następuje przechadzający się z kijem w ręku profesor starożytnej literatury, ciemnej twarzy, z nieproporcjonalnie dużym nosem, garbaty Groddeck. Podpis:
Jest mądry po starożytnemu Grodek,
Prawdziwy ludzki wyrodek.
(…) Pelikan, wyelegantowany, siedzi pod stołek bez świecy, zajęty rozpatrywaniem trupich członków, w ciemnej spóźnionej porze. Podpis:
Anatom, chirurg niepospolity, wszystkiemi członkami umie dobrze władać
I wie, choć po ciemku, gdzie jaki wkładać.
Występuje wreszcie profesor historji powszechnej, Kukolnik, z krzyżem Włodzimierza na czarnym fraku. Podpis:
Oto historyk Kukolnik, do złego wspólnik,
Prawdy dziejowe chętnie falszuje, gdy za to order poczuje.
Każda przedstawiona figura była tak wiernie z natury wziętą, że niepodobna było pytać o nazwisko, i to właśnie największą satysfakcję sprawiało, że się od pierwszego wejrzenia wiedziało, z kim się ma do czynienia.
Niektórzy podejrzewali, że to robota samego Rustema, lecz najprawdopodobniej była to czynność zbiorowa: jedni projektowali, inni rysowali, drudzy podpisy konceptowali itd.
…Naturalnie, że długo ta katarynka kursować nie mogła (…) dni dwa, trzy powałęsała się po mieście (…) policja się wmieszała i swawolne szkiełka skonfiskowała…
Nasz profesor Tomasz Życki, gdy dotykamy sprawy Wilna i Adama Mickiewicza, jest ważny jeszcze z jednego powodu: nie miał dzieci, ale miał synowca Jana Życkiego (1810-1875), który, będąc lekarzem wojskowym, stanie się właścicielem kamienicy przy zaułku Bernardyńskim/Bernardinų 11 (ówczesna numeracja – 147). O lekarzu często się mówi "doktor Życki", prawda?
Antoni Edward Odyniec – przyjaciel Mickiewicza i autor licznych wspomnień o poecie – w liście prywatnym, skierowanym w 1878 roku do późniejszego właściciela domu przy zaułku Bernardyńskim – Mikołaja Pisaniego, twierdzi, że tablicę "Tu pisana Grażyna 1822", umieszczoną na ścianie wewnętrznej między oknami w "pokoju Mickiewicza" w domu przy zaułku Bernardyńskim 11, zrobić i wmurować kazał własnym kosztem sam ś.p. Doktor Życki. Odyniec tłumaczy decyzję Doktora tym, że: Ja to bowiem, a nie kto inny, powiedziałem ś.p. doktorowi Życkiemu, że Mickiewicz mieszkał w tym domu i w tym pokoju...
Tablicy "Tu pisana Grażyna 1822" dziś niestety nie ma – nie zachowała się, ale w budynku, który w ciągu całego swego istnienia od XVII wieku rozbudowywał się i zmieniał gospodarzy, mieści się obecnie Muzeum Adama Mickiewicza przy Bibliotece Uniwersytetu Wileńskiego, do którego zwiedzenia po zakończeniu kwarantanny serdecznie Państwa zapraszam.
Na zakończenie dodam, że podczas kwarantanny "ręce mi doszły" do odwiedzenia grobów obydwu Życkich. Zdjęcia załączam. Tak przecież wiele przedziwnych dziejów ludzkich ukrywa nasza stara, dziś pięknie odnawiana nekropolia – cmentarz na Rossie.
 

komentarze (Aby komentować musisz być zarejestrowanym użytkownikiem - zarejestruj się lub zaloguj)

W ostatnim numerze

W numerze 6/2020

MĘSTWO POLSKIEGO ŻOŁNIERZA

  • Honory dla rotmistrza Pileckiego
  • Błękitna Armia – jego tworem
  • Uskrzydlona husaria

NASZA WIARA

  • W szkole JPII – lekcja ojcostwa

POLITYKA

  • Na bieżąco

OŚWIATA

  • Matura z "koroną"

MIŁOŚĆ NIEJEDNO MA IMIĘ

  • Krótkie szczęście małżeństwa Sierakowskich

LITERATURA

  • "Światowiec z Borzęcina"

MUZEALNICTWO

  • Utracona szansa

FILM – TEATR

  • Superman socjalizmu

RODAKÓW LOS NIEZŁOMNY

  • Styczyńscy. Spod Wilna na Syberię
  • Męczeństwo kresów 1918-1956

SPORT

  • Siał postrach wśród rywali

MĄDROŚĆ LUDZKA SIĘ KŁANIA

  • O agresywności

Nasza księgarnia

Wilno po polsku
Stanisław Moniuszko w Wilnie

przeglądaj wszystkie

prześlij swojeStare fotografie

Historia na mapie